Krystyna Konarska-Łosiowa (1910–2002)


Bóg... Ileż piękna...

Ks. Adam Boniecki



Była świadkiem wiary mądrej, całe życie szukającej zrozumienia. Pamiętam, jak – przemądrzały seminarzysta – milkłem, gdy jedno jej proste, nieśmiało wypowiedziane pytanie sprawiało, że pękały mydlane bańki wyuczonych pobożnych formułek.



Krystyna Konarska urodziła się 27 marca 1910 w Kluczewsku, majątku rodziców (woj. kieleckie). Nauki pobierała w domu, ostatnie klasy gimnazalne ukończyła w szkole sióstr Sacré Coeur w Ziowskiej Górze. Uczęszczała jako wolny słuchacz na wykłady Uniwersytetu Warszawskiego, uczestniczyła w działalności „Odrodzenia”, z przejęciem brała udział w „Tygodniach Społecznych” KUL. W latach 30. ukazały się pierwsze tomiki jej wierszy „Oczy w słońcu” i „W szklanej kuli”. W 1936 roku wyszła za Adama Łosia („ślub odbył się w kluczeskim kościele z pochodniami i karetą”). Wojnę przeżyła w Zamościu, Hrubieszowskiem, w okolicach Warszawy, nad Pilicą („wysiedlanie wsi, przy przeszło dwudziestostopniowym mrozie, napady, pożary, morderstwa. Niemcy, Ukraińcy, partyzantka, wszystko to kotłowało się w jakimś śmiertelnym tańcu”). Mąż, żołnierz AK, był ciężko ranny. Mieli czworo dzieci, z których przeżyło troje. Po wojnie, wypędzeni wraz z rodziną, u której przez wojnę mieszkali, osiedlili się w Warszawie. Drukowała wiersze w „Tygodniku Warszawskim”, współpracowała z „Więzią” od pierwszego jej numeru, a od roku 1962 do emerytury (1979) pracowała w redakcji na stałe (prowadziła m.in. „przegląd zagraniczny”). W 1962 zmarł jej mąż. W wydawnictwie „Więzi” ukazały się trzy tomiki jej wierszy: „Granice życia” z przedmową Marka Zielińskiego (1985), „Takie wielkie zmęczenie” (1995) i „Niepokorność”, ze słowem wstępnym Jacka Łukasiewicza (2000). „Gdyby walorom estetycznym jej wierszy towarzyszyła mocniejsza, nastawiona na sukces »osobowość towarzyska« poetki, już od dawna byłoby o niej głośno w kręgu profetycznych arbitrów – i niewątpliwie zajmowałaby swoje dobrze ugruntowane miejsce w kręgu liryki, nie tyle chrześcijaństwu zawdzięczającej swoją odrębność i wartość – gdzieś między Iłłakowiczówną a Poświatowską – co próbie ocalenia porozbijanego na okruchy świata marzeń i nadziei” – napisał o Krystynie Konarskiej-Łosiowej Marek Zieliński.
Ja chciałbym podzielić się wspomnieniem bardziej osobistym, by choć częściowo spłacić dług. Była człowiekiem bardzo mi bliskim, bliskością nie tylko rodzinną, i w moim życiu bardzo ważnym.

Napisała we wspomnieniach, że dom jej dzieciństwa „rozsypał się w gruz”. Dom dzieciństwa, modrzewiowy dwór w Kluczewsku z łamanym gontowym dachem. Przez długie lata „jedyne i najpiękniejsze miejsce na ziemi”...
Jej pokolenie i moje, nosi w pamięci takie domy. W dzieciństwie dawały poczucie stabilności, bezpieczeństwa i ładu, a potem „rozsypywały się w gruz”... Ale w jej wspomnieniu napisanym w 1985 roku nie słyszy się żalu za kluczewskiem dworem. Kiedy to pisze, ma za sobą długą drogę, 75 lat życia i od dawna wie, że „zaczęło się schodzenie po mniej lub bardziej stromym zboczu. Potrzeby maleją, a posiadanie zbyt wielu potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy nagromadzonych przez życie staje się balastem. Coraz trudniej jest poruszać się w świecie książek, notatek, listów, fotografii, choć treści w nich zawarte pozostały bliskie i cenne”. I przychodzi dojmująca świadomość, że „najważniejsze jest to, co dzieje się w nas samych. Mówiąc najprościej – nasza postawa wobec życia i śmierci. Jest to nieodłączne od myślenia o dziejach świata i losie człowieka, nieodłączne od myślenia o Bogu i szukania różnych form modlitwy”.
Ta mądrość naszym matkom, naszym rodzicom towarzyszyła już wtedy. Zostawiali za sobą domy, które co prawda jeszcze stały, ale już „rozsypywały się w gruz”, zabierali dzieci (nas) i szli w nowy, okropny świat. A my przy nich nadal czuliśmy się bezpieczni. Część tej drogi – poniewierki wojennej i powojennej – odbywaliśmy przecież razem z Łosiami i pamiętam, że nie było tam nostalgicznego opłakiwania przeszłości, obliczania strat. To nie był klimat lęku. Oni umieli zaczarować ten okropny czas. To, mimo wszystko, był dla nas czas radości...
Bo fundamentem świata, który stworzyli, nie był modrzewiowy dwór, ale człowiek, ludzie. Krystyna Łosiowa (dla nas, mnóstwa siostrzeńców i bratanków „ciocia Krystyna”), jak zresztą też jej mąż – Adam, byli częścią tego niezniszczalnego świata. Naszego świata. Mojego świata. Od tak dawna, jak sięgam pamięcią. 
Nie że jakaś wzniosłość. W rodzinnej, pamiątkowej księdze mamy ułożone i wpisane jej ręką, jeszcze przed wojną, ballady. Pełne humoru, poetyckie opisy rodzinnych wydarzeń, świąt. Pisane swobodnie, bez oglądania się na subtelności warsztatowe, beztrosko rymujące „choinka” – „rodzinka”. I w jednym z tych tekstów, rzucone jakby mimochodem, przepiękne wyznanie miłości do męża... Jeszcze jako dziecko byłem porażony zachwytem wobec tego poważnego zdania w wesołej balladzie. Wtedy panował taki styl, że nawet poważne sprawy i wzruszenia (może z wyjątkiem religijnych) pokrywało się żartem.
Była piękna. Patrząc na nią, zawsze wyobrażałem ją sobie w balowej sukni, taką jak na stojącej u nich w domu fotografii z młodych lat. To piękno z latami stawało się coraz intensywniejsze, coraz bardziej dojrzałe, uduchowione; było jakby promieniowaniem jej duszy.
Jeszcze kiedy byliśmy dziećmi rozmawiała z nami inaczej niż inni, inaczej niż wszyscy patrzyła na świat. Stawiała inne pytania. Milkła w sytuacjach, w których inni wygłaszali pouczenia i wiedziało się, że milknie nie dlatego, że nie ma nic do powiedzenia, ale dlatego, że czasem nie należy nic mówić. I umiała uważnie, mądrze słuchać.
„Pani Krystyno, pani jest poetką”, uroczyście oznajmił redaktor „Tygodnika Warszawskiego” po przeczytaniu wierszy, które przyniosła do redakcji. A my, jej bliscy, nawet bez czytania tych wierszy zawsze o tym wiedzieliśmy.

W ostatnich dniach jej życia poszedłem do niej do szpitala. Była bardzo słaba: była tu, a już jakby gdzie indziej. Pierwsze słowa na mój widok to pytanie o stan mojej nogi. Podczas poprzedniej wizyty widziała, że opieram się na lasce, wspomniałem o czekającej mnie operacji. Nieczęsto pierwszą myślą człowieka, który cierpi, bywa myśl o dolegliwościach innych...
Była bardzo słaba i wypowiedzenie każdego słowa przychodziło jej z wielkim trudem. Mówiła: „Bóg... ileż piękna... dobra...” Potem, bardzo wolno, słowo po słowie wypowiedziała wyznanie wiary: „Wierzę w Boga Ojca...”
Była świadkiem wiary mądrej, całe życie szukającej zrozumienia. Pamiętam nasze rozmowy, jak – przemądrzały seminarzysta – milkłem, gdy jedno jej proste, nieśmiało wypowiedziane pytanie sprawiało, że pękały lśniące, mydlane bańki moich wyuczonych pobożnych formułek.
Osiągnęła trudną mądrość wiary: „Pozostały pytania, lecz miarą pewnej nabytej dojrzałości stała się zgoda na ich nierozwiązywalność. To jednak nie oznacza rezygnacji. Bywa rozpaczą, ale również zadziwieniem i nadzieją”. Uważnie patrzyła na świat, nie z pozycji obojętnego widza lecz raczej – jej słowa – „»bezradnego świadka« skazanego na milczące współcierpienie i nie kończące się rozterki myśli i uczuć”.
Wciąż spierała się z Bogiem. Bogu musiało się to podobać, bo dał jej wspaniały dar jasności myśli, której nie zaćmił ani wiek, ani choroba. Odchodziła na tamtą stronę, gdzie „zmienia się ciężar i barwa wszystkich spraw” w pełni świadoma, otoczona troskliwą miłością bliskich.
Jej pogrzeb odbył się w Laskach pod Warszawą. Kaplicę Zakładu dla niewidomych szczelnie wypełnili krewni i przyjaciele. Homilię wygłosił o. Jacek Bolewski, nad grobem przemówił Tadeusz Mazowiecki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl