Śmierć na trasie pielgrzymki


„Nie słyszę głosów zwątpienia”

Iwona Hałgas, ks. Adam Boniecki



Autobus uderzył w krawężnik, zachwiał się, przewrócił na bok, a potem, siłą rozpędu, stoczył z pobocza i pogruchotany, kołami do góry znieruchomiał. Tak to zapamiętali. Niemal wszyscy spali – była godzina druga w nocy. Ojciec Włodzimierz, gwardian klasztoru braci mniejszych konwentualnych w Stoczku Lubelskim – miejscowości, z której wyruszyła pielgrzymka – o wypadku dowiedział się jeszcze tej samej nocy. Ktoś zatelefonował: „był wypadek” i tyle. Jak mówi, jego świadomość broniła się przed myślą, że mogło się stać coś strasznego. Radio o wypadku milczało, w internecie nie było żadnych wiadomości, do nikogo nie mógł się dodzwonić. Pomodlił się więc i poszedł spać. Dopiero rano przeczytał w internecie i zaraz potem usłyszał przez radio o zabitych i rannych. Niemal w tej samej chwili rozpoczął się najazd dziennikarzy na klasztor.

Klasztor... wiejski dom, kaplica z dwóch niskich, połączonych pokoi, przed domem figura Niepokalanej, kawał pola, staw, rozpoczęta budowa. Kilkanaście lat temu pobożne rodzeństwo Janina i Jan Machoniowie ofiarowali to gospodarstwo na „wzniosły cel”. Chętnych długo nie było. Dopiero w 1990 roku przyszli do Stoczka franciszkanie. Postanowili wybudować dom pomocy społecznej dla starych, samotnych ludzi z okolicy. Województwo (wtedy bialskopodlaskie) przyklasnęło i obiecało pomoc. Zaczęto przygotowywać się do budowy, ale reforma administracyjna wszystko pozmieniała i franciszkanie zostali sami.
O Stoczku koło Czemiernik sami jego mieszkańcy mówią ,,wymierająca wieś” – 500 dusz, co roku kilkanaście pogrzebów. W miejscowości, oddalonej 60 km od Lublina i 180 od Warszawy, na pracę, poza tą na roli, liczyć nie można, więc młodzi, jeśli mogą – uciekają. Ale na nabożeństwie w intencji zabitych i ich rodzin kaplica jest wypełniona. W skupieniu, na kolanach, odmawiają różaniec. Zniszczone ziemią palce młodej kobiety przesuwają drewniane paciorki. Tuż obok plastikowe ziarenka oplatają opalone ręce kilkuletniej dziewczynki i starszego nieco chłopca.

Brat Stefan nie chce wiedzieć, kto zginął – znał większość uczestników pielgrzymki, gorąco ich do niej zachęcał, mówił o Matce Boskiej z Medjugorie i Jej cudownych łaskach. Ci, których nie było stać na wpłacenie gotówki, mogli odpracować pielgrzymkę przy budowie Domu Pomocy Społecznej. Dla niektórych była to jedyna szansa na tygodniową wyprawę za granicę.
Brat Stefan był jednym z pierwszych zakonników w Stoczku. Miał zajmować się budową. W 1999 po raz pierwszy pojechał do Medjugorie. Nie był entuzjastą objawień, ale pojechał. Jednej z „widzących” dał folder z projektem domu pomocy. Powiedziała, że wkrótce znajdą się środki i budowa ruszy. Wkrótce do franciszkanów zgłosiła się kobieta – ofiarowała im kilka działek budowlanych w Warszawie. Sprzedano je i były pierwsze pieniądze. Rozpoczęto budowę.
Brat Stefan – mówi o. Włodzimierz – to człowiek-instytucja, świetny organizator, zawsze czymś zajęty. Zbierał używane ubrania i meble dla ubogich, uprawiał 10 hektarów pola, prowadził staw rybny i pasiekę. W zimie, pługiem kupionym za dwa słoiki miodu, odśnieżał drogi. Stoczek nie leży przy żadnym ważnym trakcie, więc urzędowe odśnieżanie go nie obejmuje. Brat Stefan organizował też pielgrzymki do Medjugorie – niemal po koszcie własnym: tydzień 380 zł plus 60 euro na noclegi. Z tych pieniędzy starał się jeszcze wygospodarować rezerwę na opłacenie podróży tym, którzy jechać powinni, a nie mieli za co. Uzależnionym od alkoholu, czasem w nagrodę za religijne zaangażowanie dla wspólnoty.
Do Medjugorie pielgrzymi ze Stoczka wyruszyli po raz dziewiąty. ,,Brat Stefan bardzo się w organizowaniu tych pielgrzymek odnalazł – mówi ks. Józef Chorębała, proboszcz z Czemiernik. – To stało się jego sposobem na funkcjonowanie w stockim klasztorze. Zwłaszcza że w pewnym momencie skończyły się pieniądze na budowę Domu Pomocy Społecznej”. O tym, że pielgrzymki przynosiły efekty, w parafii mówili wszyscy – ktoś się nawrócił, ktoś rzucił nałóg, ludzie więcej się modlili. Brat Stefan – jak twierdzi – też przeżył tam nawrócenie.
Pierwszego dnia po wypadku brat Stefan odebrał ok. 200 telefonów. Odbierał je, dokąd starczyło mu sił – był świeżo po operacji płuca – do wyczerpania baterii w komórce. To były życzliwe telefony, podtrzymujące go na duchu. Brat jest na Węgrzech w szpitalu. Najgorsze jest nie to, że został ciężko pokaleczony (przebite płuca), że ma połamaną nogę. Najgorsze są myśli o tym, co się stało. Ale wie, że gdy wróci do Stoczka, ludzie przyjmą go serdecznie: cały czas modlą się przecież w jego intencji.

Na liście uczestników pielgrzymki nazwisko Dziołak powtarza się sześciokrotnie. Dla rodzinnej kapeli Dziołaków wyjazd był nagrodą za uświetnienie majowych uroczystości św. Antoniego. Mieszkańcy Stoczka do dziś wspominają występ pięcioletniej Moniki, uczestniczki programu ,,Od przedszkola do Opola”. Przy jej nazwisku widnieje krzyżyk. Podobnie jak przy nazwiskach rodziców. Przeżyli tylko chłopcy. Czternastoletni Karol, dwunastoletni Wojtek i jedenastoletni Jacek.
Większość z tych, którzy zginęli, siedziała po prawej stronie autokaru. Pani Alfredzie przyjaciółka, ta sama, która ją namówiła na pielgrzymkę, zaproponowała zamianę miejsc: żeby sobie popatrzyła. Teraz wszyscy wspominają, że Alfreda, nauczycielka ze szkoły w Czemiernikach, żegnając się z mężem i czwórką dzieci płakała jak dziecko. Jakby coś przeczuwała, mówią ci, którzy byli przy odjeździe. A może po raz pierwszy na tak długo rozstawała się z dziećmi.
Wydobywanie rannych i zabitych trwało trzy godziny. Żywi i zmarli, wymieszani, straszliwie zmasakrowani. Ci, którzy przeżyli, oczekiwali na pomoc uwięzieni między fotelami, niepewni, czy się nie wykrwawią. ,,Całe życie przesunęło mi się przed oczami jak film” – opowiadała proboszczowi jedna z ocalałych. Pomoc Węgrów była nadzwyczajna; zmobilizowano też przebywających w okolicy Polaków. Jeszcze raz potwierdziła się polsko-węgierska przyjaźń i po prostu ludzka solidarność.
Do Stoczka nie wróci już ojciec Wiesław Maj, który nominację do tego klasztoru otrzymał trzy dni przed pielgrzymką. Do swoich parafii nie wrócą również dwaj inni księża. ,,Ze śmiercią kapłanów łatwiej się pogodzić. My i tak jesteśmy przeznaczeni Bogu, nie zostawiamy tu dzieci, żon” – proboszcz z Czemiernik wspomina panią Alfredę, którą znał dobrze również z przykościelnego chóru. Jej mąż w rozmowie z proboszczem powiedział: ,,Jakoś dzieci wychowam. Taka widocznie była wola Boża”. Prosił o modlitwę.

Czemierniki, duża wieś z pięknym kościołem i dość zniszczonym pałacem. Za pałacem staw i zamknięty na głucho bar. Na drzwiach kartka: „3 lipca nieczynne”. W pobliżu kościoła skwerek. Na jednej z nielicznych ławek trzech mężczyzn chyłkiem popija gorzałkę. W całej wsi chyba tylko oni. Dziś jest żałoba: flagi, czarne wstęgi, zakaz sprzedaży alkoholu. Ludzie niechętnie mówią o tragedii. Niektórzy nie są w stanie powstrzymać łez.
Ks. Józef Chorębała jest tu od 1975 roku, zna wszystkich z pięciotysięcznej parafii. Teraz ma mówić kazanie na pogrzebie ofiar (Mszę odprawi biskup). Czyta ,,Zło, cierpienie, nadzieję” o. Jacka Salija, ale wie, że nie będzie musiał w tym kazaniu bronić Pana Boga. Wśród parafian nie słyszy głosów buntu. ,,Ludzie tu niewiele mówią, więcej płaczą”. Tylko ci, którzy patrzą z daleka, pytają: jak to, święta pielgrzymka i taki dramat? Albo, jak głos w telefonie do jednej z lubelskich redakcji, mówią, że to Matka Boska pokazała, że nie chce pielgrzymek do miejsca, którego nie uznał Watykan. Znak? Matka Boska i obcięte głowy, zmasakrowane ciała, zabite dzieci? Tutejsi co wieczór, bez specjalnego ogłaszania, wypełniają kościół. Proboszcz prowadzi modlitwy, odprawia Mszę św. Ale na razie nie przemawia. Wie, że są sytuacje, w których słowa są bezradne. Wtedy można i trzeba być razem. Razem się modlić.
Mieszkańcy Czemiernik modlą się więc codziennie. Sporo osób było w kościele już w poniedziałek. Proboszcz zapowiedział, by o nabożeństwach w intencji zmarłych i ich rodzin powiadomić sąsiadów, znajomych. ,,Z każdym dniem ludzi jest coraz więcej. Krąg modlących się poszerza” – mówi ks. Chorębała. List o łączności w modlitwie z Medjugorie ojciec gwardian powiesił na bramie klasztoru w Stoczku. Młody człowiek stojący przed kaplicą mówi: ,,To już jest jakieś dobro, że tylu ludzi się modli”. Modlitwy zaczynają się wieczorem, po zakończeniu pracy w polu i po wyjeździe dziennikarzy. Nie ma kamer, nie ma gapiów. Wszystkie pytania – o stan autobusu, o ubezpieczenia, o organizację pielgrzymki itd. – zostały po raz n-ty zadane i ojciec Włodzimierz po raz n-ty na nie odpowiedział. Zapełnia się kaplica. Jak co wieczór.

3 lipca Mszy św. w Stoczku przewodniczył wikariusz prowincjalny (prowincjał jest na Węgrzech, przy zabitych i rannych), koncelebrowali: ekonom prowincji franciszkanów, franciszkański misjonarz z Tanzanii, ojciec Włodzimierz i naczelny redaktor ,,Tygodnika”. Ojciec wikariusz powiedział ludziom o duchowej bliskości, ojciec ekonom o solidarności franciszkanów z ofiarami i osieroconymi rodzinami. Zapewnił, że zakon chce przyjść im z pomocą, jeśli będzie trzeba, także materialną, i że dom opieki w Stoczku powstanie. Różaniec, Msza św., koronka do Miłosierdzia Bożego. W niskiej kaplicy tłoczno, brak powietrza, lecz ludzie klęczą i modlą się. Upalny dzień dobiega końca. Wracamy.
Mijamy Czemierniki – ulice ciche i puste. W którymś z domów mąż zabitej nauczycielki pewnie układa do snu czwórkę dzieci. Za kilka dni uroczysty pogrzeb. Potem życie potoczy się dalej i nowe wydarzenia przyćmią pamięć o tragicznej pielgrzymce. Ale nie u wszystkich. Są tacy, którym blizny zostaną na całe życie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl