Pomoc homoseksualistom – to zbyt trudne?


Grupy wsparcia i pustynia

Ks. Józef Augustyn SJ



Mówiąc o postawie Kościoła wobec homoseksualizmu, mówimy o cierpieniu. Obu stron: homoseksualistów i strony kościelnej.



1. Źródłem cierpienia osób homoseksualnych jest z pewnością nie tylko brak akceptacji społecznej, ale także wewnętrzne rozdarcie, o którym szczerze mówi Adam Fons („TP” nr 26/2002). Pragnienia homoseksualne jawią się jako fatum ciążące nad osobą, która nie może ułożyć sobie życia jak wszyscy inni.
Ale z powodu homoseksualizmu cierpią także wspólnoty kościelne. Nie tylko w związku z atakami niektórych środowisk gejowskich, ale także z upadkami i skandalami dotyczącymi samych ludzi Kościoła. W dniu ogłoszenia w „Rzeczpospolitej” artykułu o sprawie arcybiskupa Paetza, po konferencji w jednym z seminarium, podwoził mnie na dworzec jeden z alumnów. W trakcie rozmowy powiedział: „Teraz ludzie będą nas wieszać; będzie wstyd pokazać się w sutannie na ulicy”. Już w pociągu „namierzyła” mnie jakaś pani i skorzystała z okazji, aby wyrazić swoje oburzenie i ból, choć nic nie było jeszcze wiadomo. Takie rozmowy, szczególnie z młodzieżą, prowadziło wówczas bardzo wielu księży.

2. Cierpienie, które nie zostało do końca zrozumiane, przyjęte i oddane Panu Bogu, powoduje uczucia gniewu, żalu, niecierpliwości i buntu. Człowiek cierpiący czuje się dotknięty także wówczas, kiedy wyraża mu się współczucie i chęć zrozumienia. Ponieważ nie godzimy się tak naprawdę – ani jedna, ani druga strona – z cierpieniem, które jest związane z problemem homoseksualnym, nasza dyskusja może być „nadziana” dwuznacznymi emocjami, które w pośpiechu będą szukać stosownej argumentacji. Cytowane w ferworze polemiki teksty biblijne mogą być naciągane do własnych emocji (przypomina to szesnastowieczne walki na cytaty katolików z protestantami, z których zazwyczaj wynikało niewiele).
Nie wystarczy wyrazić emocje: konieczny jest wysiłek rozumienia drugiej strony. W tej sytuacji bardzo pomocne mogłoby się okazać zalecenie św. Ignacego Loyoli: „trzeba z góry założyć, że każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł ją ocalić” („Ćwiczenia duchowne”, 22).

3. Kilka dni temu tuż po siódmej rano zadzwonił do mnie młody człowiek, który przedstawił się jako członek grupy „Odwaga”, i wyraził żal z powodu mojego artykułu, w którym ustosunkowując się do świadectwa Adama Fonsa wyraziłem opinię, iż w Polsce tworzenie kościelnych grup wsparcia dla homoseksualistów jest przedwczesne i dlatego winniśmy szukać innych metod pomagania tym osobom. Na początku rozmowy, nie umiejąc zebrać zaspanych nieco myśli, powiedziałem, że jest mi przykro, iż tak właśnie odczytał mój tekst oraz że nie bardzo wiem, co mu naprawdę powiedzieć. Z czasem pozbierałem się i zacząłem tłumaczyć ideę artykułu. Nastąpił wyraźny przełom w rozmowie, a pod koniec mój młody rozmówca stwierdził, że rozumie moje intencje oraz że się uspokoił. O uspokojeniu mówił ze dwa-trzy razy. Rozstaliśmy się w zgodzie, życząc sobie dobrego dnia. Może tak będzie i tym razem. Oby!
Moja refleksja o grupach wsparcia dla osób homoseksualnych nie jest bynajmniej prognozowaniem przyszłości, ale odczytywaniem „znaków” na dzisiaj. Kiedy pojawiły się grupy Anonimowych Alkoholików czy też Dzieci Dorosłych Alkoholików, praktycznie nikt nie miał wątpliwości, że „to jest to”. Parafie katolickie dały im wsparcie. Doroczne zjazdy AA na Jasnej Górze są imponujące. To wielkie świadectwo wiary i trzeźwego życia. Nie stało się tak z grupami proponującymi pomoc osobom homoseksualnym. Dlaczego? Pytanie jest zasadne. Bez uzyskania odpowiedzi podejmowane decyzje mogłyby okazać się błędne.

4. Nie jestem przeciwko „Odwadze”. Każda pojedyncza jaskółka jest piękna. W swoim artykule stwierdzam, że „należy docenić odwagę samego Ordynariusza miejsca oraz osób, które organizują i tworzą grupę”. Doceniam odwagę „Odwagi” i nie podejrzewam jej o żadne dwuznaczności. Wiem, że wyrasta z ruchu Światło-Życie – dla osób znających Oazy to wystarcza, by nabrać zaufania. Ale obok racji, jakie może przedstawić jedna grupa wsparcia, są inne racje: kościelne i wspólnotowe, które trzeba uwzględnić przy ewentualnym rozszerzaniu eksperymentu.

5. Pan Krzysztof Jankowiak, rzecznik prasowy ruchu Światło-Życie („Listy do redakcji”, „TP nr 27/2002), twierdzi, że to „nie opór kościelnej hierarchii jest główną przyczyną tego, że »Odwaga« pozostaje jedyną w Polsce grupą wsparcia dla osób o skłonnościach homoseksualnych”, ale brak kompetentnie przygotowanych osób. Rodzi się jednak pytanie, czy to jego opinia prywatna, czy też opinia całego Ruchu, konsultowana z Ordynariuszem Tarnowskim, bpem Wiktorem Skworcem, któremu podlega Światło-Życie? Czy rzecznik nie stwarza iluzji, że za kilka lat – po przygotowaniu odpowiednich osób – będą powstawać grupy wsparcia dla osób homoseksualnych? Realizm, choć bywa nieraz trudny, jest jednak lepszy od obietnic, które mogą się okazać bez pokrycia. Moje zdanie, które byłbym w stanie uzasadniać ukazując klimat kościelny wokół homoseksualizmu, jest inne od zdania rzecznika ruchu oazowego. Nie mam jednak nic przeciwko temu, aby moje rozeznanie okazało się błędne. Kościół w Polsce nie ma żadnych „ukrytych strategii” w tej sprawie, ale rozeznaje na bieżąco „znaki czasu”. Mówię to także na podstawie rozmów z osobami odpowiedzialnymi.

6. Prawdą jest, że Kościół – nie tylko ten w Polsce, ale także w Rzymie – zawsze „spóźniał się” z przyjmowaniem (ale nie z rozeznaniem i oceną) pewnych nowości cywilizacyjnych. Jeżeli jakieś zjawisko oceniał jako pozytywne, to i tak dawał sobie czas na to, aby sprawdzić je w konkrecie życia. Dyskusja wokół homoseksualizmu liczy sobie w Polsce 10 lat, a na Zachodzie 20-30. Co prawda Kongregacja Nauki Wiary wydała „List o duszpasterstwie osób homoseksualnych”, skierowany do biskupów Kościoła katolickiego (1986), ale był on bardziej reakcją na liczne nadużycia w obrębie Kościoła zachodniego niż opisem duszpasterskiego doświadczenia w tej sferze.
Wobec tych właśnie problemów biskupi – nie tylko w Polsce – są ostrożni. Czy należy się temu dziwić? Na możliwość występowania nadużyć także w polskich warunkach zwraca uwagę bardzo mądry list osiemnastolatka („TP” 27/2002)... Zgadzam się natomiast z Krzysztofem Jankowiakiem, że z przytoczonego przeze mnie przypadku decyzji kard. Schönborna nic nie wynika. Sytuacja znana mi jest jedynie z opowieści księdza, który pracuje w Austrii i nie jest wykluczone, że do jego relacji wkradła się nieścisłość. Być może chodziło rzeczywiście o próbę organizowania grupy gejowskiej przy parafii.
W moim poprzednim artykule „Brak odwagi” (tytuł pochodzi od redakcji), nie chodziło o wszczynanie dyskusji o grupach wsparcia dla osób homoseksualnych, ale o zwrócenie uwagi na potrzebę udzielania im realnej pomocy: takiej, jaka jest możliwa dzisiaj. Jeżeli drogą do pomocy – jak zdają się twierdzić niektórzy – są jedynie grupy wsparcia dla osób homoseksualnych, zainteresowani mogą z całą lojalnością kierować odpowiednie pisma, pertraktować, prosić, pytać władze kościelne. To zawsze nam wolno. Zobaczymy, co pokaże czas. Oby tylko nie nastąpiło swoiste zaklinowanie: albo grupy wsparcia, albo pustynia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl