XII Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie



Nurt radykalny

Z członkami zespołu The Cracow Klezmer Band: Jarosławem Besterem, Olegiem Dyyakiem,
Wojciechem Frontem i Jarosławem Tyrałą
rozmawia Tomasz Cyz



TOMASZ CYZ: – Jak powstał Wasz zespół?
THE CRACOW KLEZMER BAND: – W 1997 roku, dokładnie 15 kwietnia, zagraliśmy pierwszy koncert. To był w jakimś sensie czysty przypadek. Nikt z nas nie pochodzi z tradycyjnej rodziny żydowskiej. Nikt z nas nie miał bezpośrednio styczności z kulturą żydowską, poza nagraniami czy krakowskim festiwalem. Dostaliśmy propozycję założenia zespołu tradycyjnej muzyki klezmerskiej, na potrzeby restauracji Ariel (dziś Klezmer Hois). Taki był początek.
Czy spodziewaliście się wtedy, że zagracie kiedyś w Nowym Jorku?
– Zawsze chcieliśmy grać bardzo profesjonalnie. Do Nowego Jorku pojechaliśmy promować nasze dwie płyty: „De profundis” i „The Warriors”. Długo czekaliśmy, żeby pojechać tam, gdzie wydaliśmy obie płyty. Zagraliśmy w najbardziej prestiżowych klubach (Knitting Factory, Makor, Tonic) – ważnych tak dla muzyki żydowskiej, jak i dla muzyki jazzowej czy awangardowej. Odbył się oprócz tego bardzo spontaniczny koncert w klubie Tonic, gdzie graliśmy kompletne „free”, muzykę alternatywną, improwizowaną – między innymi z Johnem Zornem. Mamy nadzieję, że to nie koniec, bo już niedługo, wczesną jesienią, znów jedziemy za ocean.


NURT RADYKALNY
Free-improwizacje, współczesna muzyka alternatywna – to jest dziś. Wszystko jednak zaczęło się od tradycyjnej muzyki żydowskiej. Co miało wpływ na tę zmianę?
– Nasza muzyka przeobrażała się stopniowo. Szukaliśmy najpierw rozwiązań jeszcze na obszarze muzyki tradycyjnej. Myśleliśmy, jak ją uwspółcześnić, jakie elementy dodać – w barwie, współbrzmieniach, w harmonii. Jedynym rozwiązaniem okazało się komponowanie nowej muzyki na potrzeby zespołu.
Czy muzykę, którą gracie obecnie, można jeszcze nazwać „żydowską”?
– Duch tej muzyki na pewno jest osadzony w tradycji, choć nie jest to z pewnością muzyka klezmerska w sensie ortodoksyjnym, raczej jakieś przedłużenie... Dziś nazywają to radykalnym nurtem muzyki żydowskiej.
Czym jest ten nurt?
– Nazwę wymyślił John Zorn. To po prostu muzyka żydowska, która odeszła od tradycjonalizmu. Inne spojrzenie, będące wymieszaniem muzycznej awangardy, nalotów innych kultur, stylistyk czy trendów. W muzyce, w kulturze, zawsze dochodzi do asymilacji czy wymiany. Muzykujący Żydzi, którzy przed wojną mieszkali w Polsce, także czerpali elementy z tego miejsca, i odwrotnie. Dziś podobnie: kształcimy się w akademiach, gramy jazz, słuchamy różnej muzyki, i to wszystko zostaje jakoś zasymilowane.
A wasza muzyka?
– Nie wiemy, jak ją nazwać. To przede wszystkim muzyka wywodząca się z głębi nas. Sami ją piszemy, wykonujemy, tworzymy. Ciężko to wszystko ubrać w słowa, zresztą muzyki nie da się opisać słowami. Chyba w melodyce najbardziej można się doszukać elementów pokrewnych muzyce żydowskiej; w harmonii być może też, ale ta jest dużo bardziej rozbudowana, pojawia się coraz więcej struktur i brzmień jazzowych, ale też czysto klasycznych. Zależy to wszystko od utworu i jego kontekstu. Czujemy też jakoś podskórnie, że to, co gramy, jest czymś nowym. I to stanowi także siłę napędową kolejnych działań.
Może wasz radykalizm jest związany także z tym, że nie mieliście – jak sami mówicie – za dużo wspólnego z kulturą i muzyką żydowską?
– Nie, raczej nie, choć często jesteśmy pytani, czy jesteśmy Żydami. Zastanawia nas ta chęć zaszufladkowania. Jeśli wykonujemy muzykę żydowską, to czy koniecznie musimy być Żydami? W muzyce nie ma znaczenia, czy ktoś jest związany z kulturą danego narodu czy nie. Najlepszym przykładem są Japończycy, grający z tzw. słowiańską duszą muzykę Chopina. Muzyka klezmerska też nie była dawniej tak bardzo ortodoksyjna, jak nam się dzisiaj wszystkim wydaje. Klezmerzy grywali zarówno na weselach żydowskich, jak i nieżydowskich. Mieli bardzo szeroki repertuar. Przecież my sami nie wiedzieliśmy, że coś, co gramy, wpisuje się w radykalny nurt muzyki żydowskiej. Kiedy nagrywaliśmy pierwszy materiał i wysyłaliśmy go do Johna Zorna, nie wiedzieliśmy, kim on jest...


OPOWIEŚĆ
Jak powstają wasze utwory: jest jakiś zapis, wspólne tworzenie na próbach, improwizacja? Wiem, że większość utworów pisze Jarosław Bester.
JAROSŁAW BESTER: – Pojawia się pomysł, inspiracja – to może być zwykła chwila, zamyślenie, olśnienie, natchnienie; inspiracją może być inna muzyka, obraz, film, książka... Cokolwiek. Wtedy powstaje dosyć klasyczny zapis nutowy. Ale nuty są pewnego rodzaju szkicem, punktem wyjścia. Zawsze staramy się też znaleźć do muzyki odpowiednią interpretację. I oczywiście do całości dochodzą naturalne improwizacje, które mają swoje przewidziane wcześniej miejsce, dla każdego z muzyków.
W waszej muzyce zauważalna jest niezwykła spoistość, jednorodność brzmienia. Jakbyście oddychali wspólnym powietrzem...
– To pojawia się dopiero po jakimś czasie. Na początku jest w miarę dokładny szkic, z którego później stopniowo wyłania się utwór. Oczywiście, powstają nowe pomysły, których brzmienie może trochę zmienić istniejący wcześniej zapis. Pewne rzeczy są wymyślane na próbach, natomiast ścisłość tego programu polega na tym, że staramy się opowiedzieć i nazwać, o czym ten utwór jest. Co w nim zostało – poprzez konkretną melodię, rytm, harmonię – zapisane. Dlatego później jest nam dużo łatwiej ponownie go zrozumieć i wejść weń. A każdy z nas, na swój sposób, czuje tę całość i próbuje ją jakoś domknąć.
Czyli każdy utwór ma swoją historię?
– Każdy utwór to w zasadzie jakaś opowieść. Tytuły świadczą już o tym, że jest to muzyka – nawiązując do klasycznych nazw – „programowa”, ilustrująca jakieś stany. Program, który wykonujemy – płyta czy jeden koncert – musi być i jest całościowym spektaklem. Ta całość o czymś opowiada, przechodząc czasem przez bardzo różne wątki. Ale musi mieć odpowiednią dramaturgię. To nie może być zlepek pewnych sytuacji, bo mamy do zagrania kilkanaście utworów. 
Chcemy też, żeby nasza muzyka była czymś więcej niż tylko dźwiękami. Chcemy, żeby docierała z naszego wnętrza gdzieś do wnętrza słuchaczy, nie tylko do ich uszu, żeby uruchamiała wyobraźnię. Oczywiście każdy na swój sposób przyjmuje tę muzykę, ale wątek podstawowy, który my sobie zakładamy, przeważnie pojawia się i spełnia. 
Czasem wydaje nam się, że nie ma sensu zadawać niektórych pytań, bo na wiele z nich nie potrafimy sami odpowiedzieć. Często jesteśmy pytani o źródła, korzenie, punkt odniesienia czy zaczepienia. A my zwykle odpowiadamy: nie wiemy... Układanie ideologii czy filozofii do tego wszystkiego nie ma sensu, bo sami się w tym pogubimy. Przede wszystkim cieszymy się, że możemy w ogóle istnieć, tworzyć, że ktoś chce nas słuchać.


SPOTKANIE
„De profundis”, „The Warriors”. Czy jest już trzeci projekt?
– Trzecia płyta w zasadzie jest już napisana. I w niedługim czasie ten projekt być może zostanie nagrany. Będzie to prawdopodobnie przedsięwzięcie z udziałem Franka Londona. Koncert podczas krakowskiego Festiwalu miał być próbą, sprawdzianem, bardzo spontanicznym i żywiołowym, bo program był ćwiczony dwa dni; oczywiście nie licząc przygotowań, rozmów, które prowadzimy.
Czy to jest próba poszukiwania czegoś nowego?
– Dwie pierwsze płyty miały pokazać nasze fascynacje, także wykonawcze możliwości. Ale wiemy, że nie można zamknąć się w jednej szufladce. Spotkania z kimś nowym sprawiają, że otwierają się obie strony. W Stanach muzyka, którą prezentujemy, jest w jakimś sensie obca i nowa; dokładamy coś, co nazwać by można „duszą słowiańską”... Bardzo ważne było dla nas to, że podczas koncertów w Nowym Jorku wielu muzyków chciało z nami zagrać. Taka współpraca daje szansę rozwoju, poznawania innych stylistyk, myślenia innych wykonawców. W Polsce dosyć o to trudno. Wychodziły od nas propozycje pewnych eksperymentów, ale panuje jakiś strach, zamknięcie i myślenie tylko o sobie. Tymczasem wymiana jest bardzo twórcza – bo dzięki niej powstaje ciągle żywa i świeża muzyka.
Nie myślicie o muzyce teatralnej, o jakimś rodzaju spektaklu?
– Jest pomysł na pewną całość wizualno-muzyczną. Chodziłoby o użycie świateł i tworzenie obrazów; bez aktorów, ale właśnie poprzez obrazy, które uzupełniałyby muzykę. Wraz z odpowiednim instrumentarium, bo chodzi nam po głowie rozszerzenie brzmienia o kilka instrumentów. Ale to na razie sfera marzeń.


MUZYKA I DUCH
Czym jest „mistyczna muzykalność” The Cracow Klezmer Band?
– Nasza muzyka chce się odnosić do sfer duchowych, bardzo chcielibyśmy, żeby tak była odczuwana. Każdy z nas, oprócz dźwięku, szuka jeszcze czegoś więcej: uwznioślenia, jakiegoś Absolutu. Dobrze czujemy się w przestrzeni muzyki głębokiej. Kiedy wchodzimy w taką właśnie przestrzeń, ona nas pochłania i stwarza rodzaj aury; także na próbach, nie tylko na koncercie.
Może dlatego dobrze odnaleźliście się w muzyce żydowskiej, która jest chwaleniem Boga, szukaniem Go...
– Muzyka powinna wołać do Boga. Staramy się grać przynajmniej jeden utwór, który byłby takim właśnie wołaniem. Nie chcemy, żeby to był tylko sam suchy materiał dźwiękowy, który imponuje „prędkością gry”, techniką, harmonią, pewnymi sposobami i trickami. Muzyką i poprzez muzykę chcemy poszukiwać duchowego wymiaru... Dlatego staramy się otwierać każda nową płytę koncertem w synagodze. I wtedy też utwory, które zawierają to pozamuzyczne przesłanie, odniesienie do Boga-Absolutu, mają szansę zabrzmieć i dotrzeć dużo mocniej i wyraźniej.
Jaki jest ten Bóg?
– Jaki? Nie wiemy... Bóg jest jeden.

 

Rozmawiał Tomasz Cyz 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl