Czy nasi księża pracujący latem w Niemczech przełamią stereotypy o Polakach?


„Bajery” i leczenie zaszłości

Ks. Andrzej Turek



Wiadomo mniej więcej, jak wygląda obraz Niemca odbity w popękanym zwierciadle naszych narodowych ran: to agresor, niosący śmierć i pożogę, często pod emblematem krzyża, zdobiącego płaszcze zakutych w stal Krzyżaków i czołgi ich dwudziestowiecznych „pobratymców”. Niemiec to ten, który pod Głogowem podstępnie osłonił swoje machiny oblężnicze dziećmi obrońców grodu, a podobną „żywą tarczę” zastosował także tysiąc lat później w czasie Powstania Warszawskiego. Niemiec to ten spod Bismarcka i Hitlera, co zawsze chciał „germanić” słowiańskiego sąsiada; to okupant: wynalazca obozów koncentracyjnych, łapanek na ulicy, przymusowych robót. Niemiec to Bauer, wyzyskujący najemną pracę Słowianina („z definicji” gorszego od siebie) i odpłacający mu poczuciem wyższości lub lekceważenia, czego przejawem są chociażby niewybredne „Witze” o Polakach, en bloc niechlujach, religijnych fanatykach i złodziejach (np. „reklama jednego z biur podróży: »Jedź na wakacje do Polski – twój samochód już tam jest«”). Wiadomo, że takiego Niemca-sąsiada nie można lubić – już Wanda wolała śmierć, aniżeli miłość w „germańskim wydaniu”.


WZAJEMNE UPRZEDZENIA
Z drugiej strony nie sposób nie przyznać, iż na negatywny obraz Polaka w Niemczech niektórzy Polacy zapracowali z oddaniem godnym lepszej sprawy. Kiedyś widziałem w monachijskim metrze podchmielonego rodaka o wyglądzie kloszarda, który bełkotliwym głosem, nie unikając wulgaryzmów, narzekał na „panoszącą się” dokoła germańską rzeczywistość. Według tego głośnego osądu wielką winą Niemców było, iż mają piwo, które jemu nie smakuje, a zwłaszcza, że mówią po niemiecku, tj. językiem, którego on nie rozumie. Umieszczane nad wejściem do niektórych sklepów w Niemczech napisy w języku polskim przestrzegające przed konsekwencjami kradzieży, nie są bynajmniej wyrazem admiracji dla naszej mowy. O polskich złodziejach niemieckich samochodów szkoda wspominać, bo tutaj to już naprawdę nie wiadomo, gdzie kończy się prawda, a zaczynają mity lub odwrotnie.
Jakkolwiek elity polityczne twierdzą, że polsko-niemieckie relacje nigdy nie były tak dobre, jak dziś – wydaje mi się, że wzajemne uprzedzenia trwają w kulturze i mentalności obu narodów. Zastanawiam się, na ile żyją one także we mnie, który wiele razy byłem w Niemczech i zaznałem tam dużo życzliwości i dobroci. Dane mi było spotykać się z wyrazami solidarności dla Polaków długo ciemiężonych przez komunizm, którzy jakoś próbują się z tego dźwigać, a przy tym zachowali duchową rześkość i naturalną życzliwość – według niektórych Niemców cechy poniekąd Polakom „przyrodzone” i dla nich „reprezentatywne”. Budowałem się też wieloma pozytywnymi opiniami o moich rodakach, którzy pracują jak zawzięci, a przy tym przejawiają dużo własnej inicjatywy i innowacyjnego myślenia.


„Niemiecka” wiara
Z Niemcami spotykam się przede wszystkim przez Kościół i w kościele. Jako duszpasterz pracujący wakacyjnie w niemieckich parafiach, mogłem nieraz podziwiać „niemiecką” wiarę, która nie pozwala nikomu z przychodzących na Mszę św. stać na opłotkach kościoła, ale każe w różny sposób angażować się w sprawy wiary i życie swojej parafii. Przykładowo, gdy przychodzi sezon urlopowy niejedna Gemeinde z własnej inicjatywy szuka dla siebie księdza. Z perspektywy polskiej, tego rodzaju poszukiwania pasterza przez owce jawią się jako opowieści z innej planety. W Niemczech, tak jak w wielu krajach Europy Zachodniej dotkniętych brakiem powołań, jest inaczej. Podczas wakacji wielu duchownych z Polski zastępuje w parafiach swych „niemieckich kolegów”, co umożliwia tym ostatnim wyjazdy na urlopy. Trzeba stwierdzić, iż na ogół niemieccy wierni cenią sobie bardzo tę pomoc. Więzi ,,sezonowych” polskich duszpasterzy z miejscowymi wiernymi stają się nierzadko bardzo zażyłe i trwałe. Zwykle wykraczają też poza czas wakacyjny – czego wyrazem są wzajemne odwiedziny czy chociażby wymiana życzeń z racji świąt lub imienin. Często słyszy się propozycje pozostania w Niemczech i duszpasterzowania tutaj na stałe: „Zostańcie u nas – macie przecież w Polsce tylu księży. A tutaj ich tak bardzo brak”. 
Kontakty międzypersonalne owocują lepszym poznaniem oraz swego rodzaju zbliżeniem dwu narodów o trudnej wzajemnej przeszłości. Uczą otwarcia, przełamywania barier, odchodzenia od stereotypów i w jakimś sensie stanowią płaszczyznę „międzynarodowej solidarności”. Objawiała się ona chociażby podczas ubiegłorocznej powodzi w Polsce. Przebywając wtedy w Niemczech, dramat ten śledziłem z tamtejszych doniesień medialnych. W niemieckich kościołach modlono się za Polaków dotkniętych tragedią powodzi; szeroko propagowano też akcję pomocy powodzianom (stosowne obwieszczenia widziałem nawet w tramwajach) – wypada dodać, iż te nawoływania nie pozostawały bez echa.
Podczas moich wizyt w „Reichu” mogłem też poznawać od starszych ludzi ich wersję nazistowskiej historii Niemiec – równie trudną i bolesną dla nich, jak dla nas: okrutna bieda, terror, lęk. Ojcowie i bracia wcielani przymusowo do wojska, upośledzone dzieci zabierane rodzicom rzekomo „na leczenie”, które nigdy potem nie wracały do domów, a strach było nawet zapytać co z nimi, bezpowrotnie znikający duchowni, którzy odważyli się głośniej krytykować władzę.


Granica, która łączy
Długo cieniem na powojennych stosunkach polsko-niemieckich kładł się problem granicy. Stalin, kierując się starą zasadą wszystkich tyranów: „divide et impera”, liczył, iż na przeszkodzie do ewentualnego przyszłego porozumienia obu narodów stanie żywy mur Niemców wypędzonych z przyznanych Polsce terenów. Ale problem ten obecnie wydaje się zanikać. Jakkolwiek wśród wielu starszych Niemców żywe są wciąż „graniczne sentymenty”– to jednak młodsze i średnie pokolenie zdaje się akceptować status quo. Niedawno w rozmowie, prowadzonej w przyjacielskiej atmosferze nad kufelkiem piwa, jeden z przedstawicieli owego średniego pokolenia, wspaniałomyślnie „podarował mi już ten Śląsk”. 
Oczywiście łatwo jest kochać „na odległość” – te narody, z którymi spotykamy się rzadko lub wcale – relacja do sąsiadów jest bardziej wymagająca, ale też przez to bardziej prawdziwa. Jakkolwiek bowiem od tamtych narodów nie oddzielają mnie żadne historyczne „zaszłości”, to też tak naprawdę niewiele mnie z nimi łączy. Przed dziesięciu laty Polskę i Niemcy złączył dobrosąsiedzki traktat. Proces dalszej normalizacji zależy teraz przede wszystkim od zwykłych ludzi, którzy powinni pamiętać, że funkcją granicy jest nie tyle dzielić, co nade wszystko łączyć.
W domu uczono mnie, że o relacje z sąsiadami trzeba dbać, aby były zawsze jak najlepsze. Rodzina jest ważna, ale z sąsiadem żyje się na co dzień, a w razie potrzeby pierwszym, który może pośpieszyć z pomocą jest właśnie sąsiad – w tym sensie jest on najbliższy. Niemcy są naszym najbliższym zachodnim sąsiadem. Oby każdy dzień ukazywał coraz wyraźniej, iż ta sąsiedzka bliskość Niemców i Polaków – nie jest tylko bliskością geograficzną czy dyplomatyczną. Myślę, że wiele na tym polu wzajemnego zbliżenia czynią polscy księża poświęcający wakacje na pracę duszpasterską w Niemczech. Czynią to chętnie i z radością i nie jest to tylko kwestia jakiejś przygody, okazji do „językowej wprawki”, dreszczyku zagranicznego wojażowania czy względów finansowych. Jeden z nich powiedział kiedyś do mnie: „Jeżdżę na »Bajery« co roku; wiem, że oni tam na mnie czekają – i co tu dużo mówić: kocham ich”.

Ks. Andrzej Turek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl