Czy w polityce Niemiec wobec Polski pojawi się nowy ton?


Zatrzymać Stoibera!

Wojciech Pięciak



Historyk Heinrich August Winkler napisał kiedyś, że Niemcy nie mogą pozbyć się skłonności do skrajności. Najpierw byli „ponad wszystko”, potem uznali, że „im gorzej, tym lepiej”: im przodkowie byli gorsi, tym bardziej możemy być dumni z (ich) grzechów. Jak naród wybrany – w zbrodni i w pokucie. Potem przyszło Kosowo i Afganistan – i Niemcy, stając po stronie Dobra, zostali „militarnymi humanistami”, patrzącymi przez pryzmat idei praw człowieka także na historię – choć tylko tę najnowszą, i tylko własną. Teraz modni są Niemcy jako ofiary wojny. 


Jeśli zaś jesienią Edmund Stoiber zostanie nowym kanclerzem Niemiec, ahistoryczność zatriumfuje nie tylko nad rozsądkiem, ale także nad – mającą niby niemiecki źródłosłów – Realpolitik. Stoiber obwieścił bowiem na spotkaniu Ziomkostwa Prus Wschodnich, że do polityki Niemiec wobec Polski i Czech wprowadzi nowy element: kwestię powojennych wysiedleń Niemców. Bo oba kraje nie dojrzały do „ducha XXI wieku” – jak sugerował popierający Stoibera komentator „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. 
Słowa Stoibera można skwitować wzruszeniem ramion – politycy mówią w kampanii wyborczej różne rzeczy – gdyby nie dwa powody. Po pierwsze, ta zapowiedź stanowi nową jakość. Wprawdzie wcześniej chadecja posługiwała się podobną retoryką w okresach przedwyborczych – w 1998 r. doprowadziło to do „wojny na rezolucje” między Sejmem RP a Bundestagiem – ale wysyłane pod adresem kilku milionów wyborców-przesiedleńców rytualne sygnały o ich „prawie do ziemi rodzinnej” za Odrą były figurami retorycznymi, pod którymi każdy mógł rozumieć, co chciał, a i tak niewiele z tego wynikało po wyborach. 
Nawet – a może przede wszystkim – u Helmuta Kohla była to tylko retoryka. Stary kanclerz trwał do końca przy swym „polskim szpagacie” (określenie politologa Dietera Bingena): ilekroć mówił o zbrodniach na Polakach, zaraz dodawał, że i Niemcy cierpieli. Taką interpretację legitymizował biografią rodziny: śmiercią brata w niechcianym mundurze Wehrmachtu i cierpieniem żony; niedawno w pośmiertnej biografii Hannelore Kohl zasugerowano, że jako nastolatkę zgwałcili ją żołnierze sowieccy. 
Ale gdy trzeba było, Kohl umiał powiedzieć „nie”: w 1990 r. stanął naprzeciw ziomkostw i postawił sprawę jasno: sprawa granicy na Odrze (i wszystkiego, co się z tym wiąże) jest zamknięta, to warunek zjednoczenia Niemiec.


NOWE RACHUNKI?
Inaczej Stoiber: on, z pokolenia powojennego, składa konkretną obietnicę: gdy wygram, zażądam unieważnienia przez Polskę i Czechy aktów prawnych towarzyszących wysiedleniom (nie: sankcjonujących, bo o wysiedleniach zadecydowały mocarstwa). Stoiber tłumaczy, że to byłby symboliczny gest. Ale czy tylko? Dla jednych tak, dla innych nie. Kwestia, czy te akty prawne w przypadku Polski nadal obowiązują, czy też zostały anulowane przed 1989 r. – jak sugeruje warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine” (z 26 czerwca) – jest drugorzędna. Chodzi bowiem nie tylko o płaszczyznę formalną i materialną (teoretycznie furtka do roszczeń), ale także o sferę pamięci zbiorowej o II wojnie światowej. 
Zabrzmi to banalnie, ale może trzeba wrócić do prawd oczywistych? Może przyszłemu kanclerzowi trzeba tłumaczyć, że wysiedleń nie można oceniać w kategoriach ahistorycznych i w gruncie rzeczy apolitycznych, zapominając, że zmiana granic po 1945 r. i wysiedlenia były skutkami wojny na wyniszczenie, zaczętej przez Niemcy, w której Polska nie tylko straciła połowę terytorium z 1939 r., jedną piątą obywateli, lwią część majątku (także w sferze kultury), ale też niepodległość, aż do roku 1989? Może trzeba powiedzieć jasno, że ubolewając dziś z powodu cierpień niewinnych Niemców, Polska nie nazwie wysiedleń „bezprawiem”, gdyż miały sankcję tych, którzy po wojnie tworzyli prawa? I że jakkolwiek wysiedlenia były okrutne (także wysiedlenia Polaków z Kresów), to w ówczesnych warunkach przyczyniły się – rację ma czeski parlament, zrugany przez niemieckich komentatorów – do pokoju i stabilności w tej części Europy.
Może Stoiberowi trzeba uświadomić, że gdyby w opisie polskich ofiar wojny stosować takie kryteria, jakimi w Niemczech liczy się ofiary „ucieczki [przed frontem sowieckim] i wypędzeń” – bez różnicowań, dzięki czemu „ofiarami” mogą być naziści, a główną „wypędzoną” jest dziś Erika Steinbach, która za Heimat uważa wieś w okupowanej przez hitlerowców Polsce! – to niewykluczone, że „wypędzonych z ziemi rodzinnej” Polaków było więcej niż Niemców? Polskimi „wypędzonymi” mogą się bowiem czuć uchodźcy z Września ’39, którzy uciekali przed masakrami Wehrmachtu na cywilach; wysiedleni z ziem włączonych do Niemiec; deportowani przez Sowietów w latach 1939-41; ludzie, których domy Niemcy zniszczyli w okupowanej Polsce (w tym mieszkańcy Warszawy) lub zabrali podczas „akcji kolonizacyjnych” (Zamojszczyzna); żołnierze armii polskiej na Zachodzie i inni emigranci, którzy nie mogli powrócić; ci robotnicy przymusowi, którzy nie wrócili do domu; wywiezieni przez Sowietów po 1944 r.; wreszcie tzw. repatrianci z Kresów.
Jeśli Stoiber i jego zaplecze polityczne chcą wywołać polityczny spór z Polską o wysiedlenia, to mogą go wywołać. Polska dotąd milczała, ale jej pozycja – polityczna i historyczna – jest mocniejsza niż się zdaje niektórym niemieckim komentatorom, pouczającym, czym jest „duch XXI wieku”. Nie dlatego, że sytuacja prawna jest nieco inna niż w przypadku Czech, bo spór nie ma charakteru prawnego, lecz polityczno-historyczny. Rację miał minister Cimoszewicz, gdy komentując słowa Stoibera przypominał, że także Polska ma jeszcze rachunki z przeszłości, które może przedłożyć. 
Może doradcy powinni przypomnieć przyszłemu kanclerzowi, że jego poprzednik Kohl nie podnosił tematu utraconych niemieckich kresów, gdyż wiedział, że oznacza to postawienie na porządku dziennym kwestii reparacji wojennych? Kohl postrzegał stracone Ostgebiete jako rekompensatę – faktyczną, nie formalną – za polskie straty wojenne. Czy Stoiber chce na nowo liczyć, kto więcej stracił? I czy zamierza skierować jakieś żądania pod adresem Rosji? Po 1945 r. najokrutniejszy los – nieporównywalny z wysiedleniami z Polski – stał się udziałem Niemców w obecnym obwodzie kaliningradzkim: część z nich Rosjanie deportowali na wschód, część umarła z głodu, resztkę dopiero wysiedlono.


NOWE PARADYGMATY...
Jest jeszcze inny powód, dla którego obok tez Stoibera trudno przejść obojętnie: one wkomponowują się w zmiany w pamięci historycznej, odbywające się w Niemczech od kilku lat, a najbardziej widoczne teraz, za sprawą czesko-niemieckiego sporu o tzw. dekrety Benesza. 
Kiedy upadał Mur berliński, wydawało się, że historia jest w Niemczech rozdziałem zamkniętym. Stało się inaczej: pamięć o latach 1933-45 i ich interpretacja są po 1990 r. przedmiotem wielu debat. W ich wyniku utrwaliła się interpretacja, że narodowy socjalizm i szczególnie Holocaust to główny punkt odniesienia w historii Niemiec (a nie moment, wprawdzie potworny, który jednak nie zaciemnia całej reszty). Takiej interpretacji sprzyjała tendencja międzynarodowa: w latach 90. to nastawienie do Żydów – a nie np. zbrojny opór przeciw Hitlerowi – zaczęto postrzegać w świecie jako kryterium oceny.
Zagłada Żydów jako główny punkt odniesienia, także w aspekcie politycznym i moralnym, nie przeszkodziła jednak np. w „normalizacji” niemieckiej polityki zagranicznej. Przeciwnie, prowadząc Niemcy na wojnę o Kosowo, lewica doprowadziła do zmiany paradygmatów: argumentując, że nakazem sumienia nie jest teraz pacyfizm, ale udział w działaniach militarnych.
Jeśli ktoś sądził, że przewartościowania w Niemczech na tym się skończą, to się mylił. Debata o moralności wokół wojny o Kosowo okazała się początkiem. Dziś wszystko zmierza ku temu, że w niemieckiej pamięci pojawia się drugi – obok Holocaustu – dominujący punkt odniesienia: Niemcy jako ofiary II wojny światowej; także przesiedleń. Co jednak uderza: nowe paradygmaty myślenia o moralności w polityce połączyły się z innym myśleniem, przechowywanym w zakonserwowanej postaci od lat 50. przez Związek Wypędzonych, który – na co zwraca uwagę Klaus Bachmann we „Frankfurter Rundschau” (z 11 czerwca) – nigdy nie zajął się samokrytycznie własną polityką z minionych dekad. 
W samym fakcie, że Niemcy chcą pamiętać także o swoich ofiarach, nie ma niczego złego. Podobnie jak niczego złego nie ma w innym trendzie, obecnym od niedawna w niemieckiej literaturze: postaci „dobrych Niemców” jako bohaterów. Przynajmniej dopóki ta spóźniona integracja własnych ofiar w pamięci zbiorowej – możliwa zresztą także dlatego (zważmy na ten aspekt!), że w 1990 r. potwierdzono granicę na Odrze – dokonuje się na planie historycznym, literackim czy medialnym.


...I NOWE MITY
Czytając powieść Grassa „Pełzając rakiem” (poświęconą głównie nie tragedii uchodźców, ile recepcji tegoż przez formację noblisty), zwłaszcza starsi wiekiem Niemcy zdają się głęboko oddychać, zrzucając coś z siebie: dla nich Grass rehabilituje symbolicznie ich indywidualny los. Ale nie tylko Grass i naśladowcy (powstaje kilka kolejnych książek o tragedii uchodźców; biznes to biznes). Znamienne, jakie inne książki, utrzymane w podobnym tonie, najlepiej sprzedawały się w ostatnich dwóch latach. To także „Upadek” Joachima Festa (wyd. 2002), w którym ten znany historyk, opisując ostatnie dwa tygodnie Hitlera, eksponuje tezę, iż Führer nie był kontynuacją, lecz zerwaniem ciągłości niemieckiej historii, a naród niemiecki był ofiarą jego świadomej destrukcji. Z kolei w 2001 r. listy bestsellerów zajmowała praca Normana Finkelsteina „Przedsiębiorstwo Holocaust” i kilka antologii jej poświęconych. Na planie medialnym zaś w trend wpisywały się – wspierając go zarazem – liczne publikacje prasowe i dokumenty telewizyjne.
Powtórzmy: nie byłoby niczym złym, gdyby ta debata nie sprowadzała pamięci zbiorowej Niemców do dwóch tylko aspektów wojny, coraz bardziej zmitologizowanych: Holocaustu i wysiedleń. I nie służyła jako legitymizacja działań na planie politycznym. To się jednak dzieje wobec Czechów i Polaków – i to w kontekście poszerzenia UE.
Efektem takiej mieszanki – nowe paradygmaty plus stary język i pojęcia, pielęgnowane przez działaczy ziomkostw, a teraz zintegrowane w publicznej debacie – są nowe mity. Znamienne: kiedy Erika Steinbach – dziś kreowana przez tygodnik „Spiegel” jako bohater pozytywny – mówi, że w planowanym „Centrum przeciw Wypędzeniom” pokazywane będą także inne wysiedlenia w XX w., wymienia te ofiary czystek, z którymi Niemcy mogą się utożsamiać, w tym Albańczyków z Kosowa. Choć – jak zauważa Zdzisław Krasnodębski w „Rzeczpospolitej” (z 22–23 czerwca) – historycznie właściwsza byłaby analogia między wysiedleniami Niemców i Serbów, a nie Albańczyków. To Serbowie i Niemcy byli agresorami i wywołali wojny, po których musieli opuścić swe domy.
Jak daleko sięga mitologizacja, świadczy majowa wypowiedź prezydenta Johannesa Raua, czołowej postaci starej lewicy, na kongresie organizacji polonijnych w Niemczech: w rytualnym przemówieniu stwierdził, że „Karta Wypędzonych” – z 1950 r., w której wysiedleńcy deklarowali, że wyrzekają się myśli o zemście – była „krokiem ku pojednaniu”, jak list biskupów z 1965 r. Gdyby Rau zajrzał do prac niemieckich politologów, przeczytałby, że „Karta” była dokumentem rewizjonistycznym: wysiedleńcy nie rezygnowali z woli powrotu za Odrę, a tylko deklarowali, że nie będą dążyć do tego siłą. Ale prezydent (czy ten, kto mu pisał mowę, co i tak na jedno wychodzi) nie zajrzał, uznając chyba, że taka interpretacja „Karty” to niekontrowersyjny element obowiązującej linii.


KOMPENSACJA WINY
Jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia byłby ton, w jakim niemieccy politycy i komentatorzy pouczali w ostatnich miesiącach Czechów: co Czesi powinni zrobić, by „dojrzeć do Europy”. Można się czuć uprawnionym do udzielania połajanek, które teraz dotyczą i Polski, gdy przeszłość ocenia się przy pomocy takich właśnie odniesień: z jednej strony wysiedleń jako przykładu ahistorycznego „bezprawia” (łamanie praw człowieka, analogiczne z cierpieniami Albańczyków, w imię których NATO zaczęło wojnę), z drugiej zaś Holocaustu – i niemieccy dziennikarze w nieproszonej roli „obrońców racji żydowskich” (w ich mniemaniu) w czasie polskiej debaty o Jedwabnem.
Pytany o skutki sporu czesko-niemieckiego, lewicowy historyk Hans-Ulrich Wehler odparł (w wywiadzie dla „Spiegla”), że spór ów może doprowadzić do tego, iż Niemcy zaczną się zastanawiać, czy chcą być w Unii Europejskiej razem z potomkami Czechów--oprawców z Usti nad Łabą i Brna. Czy Czesi chcą być w jednej Unii z potomkami tych, którzy przez sześć lat łamali prawa człowieka w okupowanych Czechach – takie pytanie się Wehlerowi nie nasunęło. Nasuwa się za to czeskim przeciwnikom wejścia do Unii. 
Ale czy można się temu dziwić, skoro zmiana paradygmatów niemieckiej debaty o historii i moralności widoczna jest także w sferze, która dotąd uchodziła za tabu? Nowy ton i język w debacie o stosunku Niemców do Izraela po kontrofensywie Szarona przeciw Palestyńczykom; spekulacje, że Niemcy mogą uczestniczyć w siłach rozjemczych na Bliskim Wschodzie, choć nikt o to nie prosił (zważmy: żołnierz niemiecki mógłby skierować broń przeciw Żydowi); „Centrum przeciw Wypędzeniom” jako przeciwwaga dla Pomnika Holocaustu; awantura wokół antyizraelskich wypowiedzi wiceszefa FDP Jürgena Möllemanna, wreszcie powieść Martina Walsera, zdaniem wielu posługująca się antysemickimi kliszami – czy wszystko to nie świadczy, że przewartościowaniu ulega naczelny paradygmat powojennych Niemiec: szczególna odpowiedzialność wobec Żydów? 
Tymczasem racje żydowskie są tu powiązane z polskimi: burzenie jednej konstrukcji (Niemcy–Żydzi) prędzej czy później i w nas trafi rykoszetem. Salomon Korn, architekt i członek Rady Żydów w Niemczech, tak skomentował niemieckie reakcje na konflikt bliskowschodni: „Operacje izraelskiego wojska to dla Niemców pokusa, by za pośrednictwem »uprawnionej« krytyki Izraela dokonać kompensacji ciężaru historycznej winy i trwającego nadal skrępowania wobec Żydów” („Frankfurter Allgemeine” z 6 maja). Spróbujmy w tej trafnej tezie zamienić „Żydów” na „Czechów”, a „operacje izraelskie” na „dekrety Benesza”. Czy mechanizm nie będzie podobny?


NORMALNOŚĆ?
Może wystąpienie Stoibera to tylko retoryka. A może wkrótce zacznie się jałowy spór, po którym zostanie protokół rozbieżności i emocje. Paradoksalnie, dzieje się tak w chwili, kiedy „oddolnie” – na poziomie gmin czy instytutów uniwersyteckich – polsko-niemiecka rozmowa na temat wysiedleń rozwijała się nieźle. Może więc ktoś powstrzyma w końcu paru głupich polityków – i panią Steinbach z jej „Centrum przeciw Wypędzeniom”, i Stoibera – zanim zniszczą jeszcze więcej?
Nieżyjący Ignatz Bubis, który jako nastolatek przeżył Hitlera, a w latach 90. jako szef Rady Żydów w Niemczech był orędownikiem żydowsko-niemieckiej normalności, umierał w 1999 r. w poczuciu klęski. Mówił: „Chciałem usunąć tę izolację: tu Niemcy, tam Żydzi. Myślałem, może ci się uda, może ludzie będą inaczej myśleć o sobie, będą się inaczej traktować. (...) Większość nawet nie złapała, o co mi chodziło. Pozostaliśmy sobie obcy (...). W publicznej świadomości nie jest zakorzeniona odpowiedzialność za Auschwitz”. Po jego śmierci wielu ruszyło z zapewnieniami, że Bubis nie miał racji i przesadzał.
Ktoś kiedyś napisał, że stosunki między krajami dopiero wtedy można zdefiniować jako „normalne”, gdy ich przedmiotem są problemy przyszłości. Wedle takiej definicji do polsko-niemieckiej (a tym bardziej żydowsko-niemieckiej) normalności jeszcze daleko. Czy kiedy Stoiber zostanie kanclerzem, rozgoryczenie umierającego Bubisa stanie się znakiem czasów?


Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl