Nadmiar

Joanna Olech



Myli się, kto sądzi, że „Cela” to książka dla rodziców dzieci dotkniętych zespołem Downa. To znaczy – książka ta z pewnością okaże się pomocą i źródłem otuchy dla rodzin, w których przyszedł na świat „muminek”, ale nie wyłącznie. Jest to znakomita książka dla wszystkich rodziców – także, czy może przede wszystkim dla tych, którzy cieszą się zdrowym potomstwem. Przeczytałam ją jednym tchem i nie zamierzam streszczać – to jest lekcja, którą każdy z nas sam powinien odrobić, bo dostarcza aż nadto materiału do przemyśleń nad sensem rodzicielstwa. 



Zanim zaczęłam czytać – obejrzałam wszytą do książki kolorową wkładkę z reprodukcjami rysunków Celi. Te rysunki są niesamowite! Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, to Dubuffet i Hundertwasser – dwaj giganci malarstwa XX-
-wiecznego, Francuz i Austriak. Skąd ten pomysł? Podobieństwo polega na tym, że ci dwaj artyści pokonali wszystkie szczeble malarskiego wtajemniczenia, opanowali warsztat, nauczyli się odwzorowywać naturę, osiągnęli w tym biegłość, po czym drogą kolejnych świadomych redukcji uprościli swoją sztukę aż do sedna – do kreski i koloru mających cechy dziecięcej „kolorowanki”, w której zarazem zawiera się niepojęta uroda i magia, właściwa tylko dla arcydzieła. 
SŁUCH ABSOLUTNY
Zawsze fascynowała mnie zagadka dzieła sztuki – co rozstrzyga o tym, że jeden obraz nim jest, a drugi nie, i że, niezależnie od epoki, ludzie różnych kultur potrafią nieomylnie wyłowić arcydzieło spośród namiastek. Otóż patrzę na rysunki trzynastoletniej Celi – ja, pożal się Boże, magister sztuki – jak zazdrosny Salieri na dzieła skośnookiego Mozarta. Nie mam wątpliwości, że Cela ma dar – rzadki dar malarskiej intuicji, graficzny „słuch absolutny”. 
W dość powszechnym i, dodajmy, prostackim przekonaniu wysiłek malarzy i grafików zmierza ku temu, żeby namalować coś „jak żywe”. Tymczasem jest inaczej – tyle potrafi byle dyletant bez iskry talentu, o ile będzie długo i wytrwale ćwiczył. Natomiast niezwykle trudno jest raz nauczoną rękę „oduczyć” małpiej, naśladowczej zręczności i w miejsce lwa „jak żywego” namalować syntezę lwa, ideę lwa, harmonijny graficzny symbol lwa, który zachwyca prostotą i zawiera w sobie to irracjonalne, metafizyczne sedno – dziwną pewność, że to jest PIĘKNE. 
Małe dzieci wyposażone są często w niezwykłą wrażliwość estetyczną. Mniej więcej do szóstego, siódmego roku życia malują odważnie, zestawiają kolory na granicy estetycznego ryzyka, podejmują śmiałe malarskie eksperymenty. Talent małym dzieciom przytrafia się częściej niż katar. Od paru lat przyglądam się (w pracowni plastycznej, do której chodzą moje córki), jak ten dar nieuchronnie zanika, tłumiony przez pochodzące ze świata dorosłych pospolite stereotypy „tego, co ładne”. Dzieci tracą odwagę, zaczynają naśladować, zanika ich spontaniczna, wrodzona kreatywność. Niektóre z nich po latach podejmą trud powrotu do dziecięcej intuicji, ale większość utraci ją na zawsze. 
Myślę o dwóch artystach – Nikiforze i Dwurniku. Pierwszy – ułomny, życiowo bezradny, ledwie umiejący się podpisać i drugi – inteligentny, obyty, uosabiający sukces, ze wszystkimi jego materialnymi znamionami. Obaj obdarowani niezwykłym talentem. Nikifor nazywany „malarzem naiwnym”, bezustannie tworzący pod wpływem wewnętrznego przymusu, nie umiejący nazwać ani tym bardziej bronić swojej sztuki... i Dwurnik, który rozpoznał w malarstwie Nikifora genialne sedno, oswoił je, przeżuł i przerobił na własne malarstwo, inspirowane Nikiforem, ale autonomiczne, „dwurnicze”. Dubuffet, Hundertwasser, Dwurnik pokonali tę samą drogę – od wrażliwości dziecka do świadomości dorosłego i z powrotem. 
GENIUSZ I ETYKIETY
Co z tym wszystkim ma wspólnego Cela? Otóż Cela ma niepospolity talent – ten dziwny, tajemniczy nadmiar, którego istoty nie rozumiemy. Ma go od urodzenia, ale, inaczej niż jej zdrowi rówieśnicy, nie wyrasta z niego. Malarska intuicja siedzi w niej jak owad w bursztynie – nietknięta, ocalona. 
Obawiam się, że my, biedni „normalsi”, w naszej aroganckiej normalności nigdy nie zdobędziemy się na to, aby docenić wyjątkową siłę talentu Celi inaczej niż opatrując ją etykietą „down”. Taka etykieta degraduje, pomniejsza, odbiera dziełu Celi należną mu wartość, zamyka w getcie artystów drugiej kategorii. Malarstwo upośledzonych... malarstwo głuchych... malarstwo schizofreników... – zawsze anonimowe, opatrzone (jak epitetem) nazwą jakiejś dysfunkcji. Czy późne dzieła Beethovena należą do kategorii „muzyka głuchych”?! 
Mamy w rodzinie matematyka, który utrzymuje kontakty naukowe z innymi światowej klasy matematykami. Wielu z tych ludzi, z punktu widzenia naszej trywialnej, ubożuchnej normy – balansuje na granicy zdrowia psychicznego. Siła ich naukowych fascynacji, matematyczna pasja tworzenia czyni ich bezradnymi wobec wymagań i oczekiwań świata „normalsów”. Geniusz jest kategorią pozaspołeczną – zdarza się ludziom różnych ras, różnej kondycji, różnych kultur. Geniusz jest „nienormalny” z definicji – nienormalny, bo, jeśli już upierać się przy wartościowaniu – lepszy. 

Wydawało by się, że sztuki plastyczne to obszar niezhierarchizowany, do którego każdy ma wstęp. Tymczasem z tępym uporem dzielimy sztukę na oficjalną, uprawnioną i sztukę „nieprofesjonalną”, drugiej kategorii. Dwurnik w Zachęcie i Pałacu Prezydenckim, Nikifor w małej salce Muzeum Etnograficznego – w getcie wioskowych odmieńców, pośród pisanek i glinianych kogutków. A Cela gdzie? W szufladzie w napisem „sztuka niepełnosprawnych”? W kategorii sznurowania butów na czas zapewne wygramy z „muminkiem”, ale w dziedzinie sztuki to Cela jest siłaczem, Cela jest lwem, Cela jest królem, a nam musi wystarczyć rola pazia w jej orszaku. 

 

Joanna Olech

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl