Ta sama piosnka

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ



Rabaty kwiatowe znajdują się właśnie w fazie, na którą czeka się przez całą długą zimę: to absolutne apogeum żywego piękna. Dziesiątki błękitnych kolumn ostróżek, poduchy floksów, kaskady róż, gwiaździste łany lilii – a wszystko dyszy zapachami o tylu odcieniach! W tych warunkach stała felietonistka robi się dziwnie niestała. Po prostu – nie ma kiedy pisać! Przecież i w dzień, i w nocy siedzi i patrzy, patrzy i chodzi, stoi lub leży i gapi się godzinami, albo co najwyżej pstryka zdjęcie, mające utrwalić i uwiecznić ten ogrom piękna. W przyszłym roku bowiem cała kompozycja, cała konfiguracja kształtów i barw na pewno się zmieni, i znów wszystko będzie inaczej. Ogród to żyjący obraz, który można malować bez końca – zmieniając, przesadzając, wyrównując, usuwając, dosadzając i dosiewając rośliny. Kto raz zaczął go tworzyć, zapewnił sobie zajęcie do końca życia. Posiadł też gwarancję odczuwania prawdziwego, niczym nie zmąconego szczęścia, i to przez kilka miesięcy w roku! Przez pozostałe miesiące może żyć nadzieją, która na pewno nie okaże się płonna.
„Ptactwo po drzewie wita miłe chłody ucieszonym głosem, a niebo się śmieje.” Maj i czerwiec absorbują nie tylko wzrok, lecz i węch, a także – słuch. Najcudowniejsze ptasie koncerty odbywają się właśnie wtedy, w okresie godowym. Przed tym okresem śpiew ptaków jest zaledwie wyrazem dobrego samopoczucia, a ptasie głosy wyrażają zwykłą potrzebę kontaktu lub przekazują informacje („Gdzie jesteś?” – „Tutaj, tutaj!” – „Dobrze ci tam?” – „O, tak, tak!” – „To już lecę!”) Jednakże w tej właśnie najpiękniejszej porze roku ogród dygocze od zapamiętałego miłosnego śpiewu. Odzywają się głosy wabiące, melodyjne, powiązane w dłuższe zwrotki, głosy o szerokiej skali modulowanych tonów, zróżnicowane pod względem siły, tempa, długości frazy, pod względem rytmu i melodii, bogate i intensywne. (Pewien aktywny samiec zięby, obserwowany przez słynnego ornitologa, prof. Sokołowskiego, w ciągu dwu godzin zaśpiewał 824 razy!)
W swoim wspaniałym dwutomowym dziele „Ptaki ziem polskich” (PWN Warszawa, 1972) profesor Jan Sokołowski niczym prawdziwy poeta, a zarazem znakomity psycholog, znawca charakterów i zachowań, opisuje wygląd, obyczaje i głosy ptasie. (Nie mogę się oderwać od tej lektury!) Oto próbka stylu: „Gile są ozdobą naszych lasów i równie pięknie wyglądają na tle zieleni, jak i śniegu, tym bardziej, że są towarzyskie i zazwyczaj widzimy nieraz całe stadko, a ich flegmatyczne usposobienie pozwala na obserwacje zaledwie z odległości kilku kroków. (...) Nawet gdy po wystrzale spadnie jeden z ptaków, reszta nie ucieknie, lecz przybliża się do nieszczęśliwca, wabiąc go żałośnie. Towarzysze zachowują się, jak gdyby chcieli go zabrać ze sobą i dopiero po chwili niechętnie odlatują. (...) Samica i samiec stale się nawołują, wydając miękki, czule brzmiący ton, który przypomina głuchy świst, jaki powstaje, gdy dmuchamy w otwór klucza. Głos ten można oddać przez »dju dju«. Śpiew składa się z szeregu skrzypiących i brzęczących tonów, przeplecionych opisanym »dju«. Pieśń nie jest piękna, jednak ptak śpiewa ją dobrodusznie i w takim skupieniu, że tym samym sprawia miłe wrażenie. W interpretacji ludowej pieśń brzmi: »Michał duli duli skocz przez kij«”.
Profesor Jan Sokołowski (1899–1982), zoolog i ornitolog, wykładał na Uniwersytecie Poznańskim od 1948 roku, a od 1951 do 1970 – na poznańskiej Wyższej Szkole Rolniczej. Nasi znajomi, którzy mieli szczęście być jego studentami, opowiadają o niezwykłym oddziaływaniu tego ujmującego człowieka. Był naukowcem najwyższej klasy, melomanem i utalentowanym pisarzem. Zobaczmy, jak pisał o przylatujących do Polski w marcu ziębach: „Pięknie wybarwione samce natychmiast zajmują odpowiednie stanowiska i zaczynają równocześnie ćwiczyć się w śpiewie, którego – rzecz szczególna – jakby zapomniały przez zimę. To przypomnienie śpiewu trwa mniej więcej tydzień i ptak każdego dnia robi znaczne postępy, tak że na początku można z łatwością poznać, od ilu dni znajduje się na miejscu. Normalny śpiew zięby składa się z krótkiej, pełnej, melodyjnej i ognistej zwrotki, w której możemy odróżnić trzy części: wstęp, ton główny i końcówkę. Na słowa można by go przetłumaczyć: »cicicicicittjutjutjutjú cetir«. Lud określa go bardzo trafnie przez: »czekaj, czekaj, coś zrobiła, a widzisz«, albo: »myślisz, żem cię na śliwkach nie widział”.
W czasach, gdy profesor prowadził swe – wieloletnie zresztą – badania, lud słuchał jeszcze głosów przyrody i wpatrywał się jeszcze w ptaki, a nie w telewizor; nie sądzę, by dziś w Polsce istniał taki lud, w dodatku w sposób tak miły, figlarny i wyznalazczy. Lud ten już raczej u nas wymarł, podobnie jak zanikli w Europie znawcy ptasiego śpiewu. „Niegdyś, kiedy jeszcze nie było wielu wielkomiejskich rozrywek – pisze prof. Sokołowski – cieszyła się zięba dużym poważaniem. Na przykład w Turyngii za jednego dobrego śpiewaka płacono cenę równającą się wartości krowy, a znajomość rozmaitych śpiewów stanowiła swoistą naukę. Tak np. odróżniono nie mniej jak 40 rodzajów śpiewu i nazywano je zależnie od brzmienia końcówki. Dzisiaj zięba nie jest w modzie i jeszcze tylko w Wiedniu i RFN zachowały się resztki tego niegdyś ożywionego zainteresowania”.
Wspomnijmy przy okazji szpaka imieniem Stahr (Star?), kupionego w Wiedniu, w dniu 27 maja 1784 roku, za 34 grajcary przez Wolfganga Amadeusza Mozarta. W „Listach” kompozytora, wydanych w roku 1991 przez PWN, zamieszczono nawet zapis nutowy śpiewu tego ptaka, zanotowany przez Mozarta i wykorzystany następnie przez niego jako jeden z tematów III części Koncertu fortepianowego G-dur (K-453). Musiał też istnieć ważny dla historii muzyki ortolan (czyli trznadel ogrodniczek), o śpiewie którego pisze Jan Sokołowski: „Jest jednym z najmilszych głosów ptasich. Trudno o głos bardziej prosty, a mimo to bardziej słodki, melodyjny i melancholijny. Harmonizuje on z ciszą, przestrzenią i zapachem pól. Końcowy ton jest o jedną tercję niższy od dwóch lub trzech poprzedzających i tym motywem, zaczerpniętym ze śpiewu ortolana, rozpoczął Beethoven słynną V Symfonię”.
Czy można postawić tezę (a czemu by nie – ośmielę się!), że dzisiejsi kompozytorzy, podobnie jak dzisiejszy lud, nie słuchają ptasiego śpiewu? Trudno nawet przypuścić, by którykolwiek ze współczesnych utworów muzycznych mógł powstać pod wpływem takiego przeżycia, jakie było udziałem Mozarta i Beethovena. Jeśli zaś chodzi o poetów, to obawiam się, że obecnie nie zauważają ptaków w ogóle, uznając, że są one tematem nadto już wyeksploatowanym. Niemożliwe, by któryś popisał się takim słuchem, jak Julian Tuwim („Ptasie radio”!) lub choćby Lucjan Rydel:

Ino się słowik nade mną
Urzewnia i tak mi gada:
,,Biednyś – biednyś!
Boli – boli – boli!...
Żal mi cię, żal, żal, żal!
Ma-ciuś-ciuś-ciuś-ciuś-ciuś!
Biednyś! – Oj, tak!
Cierp, cierp, cierp, cierp, cierp!”

(,,Zaczarowane koło”)

Lecz przepraszam! Jeremi Przybora umie słuchać ptaków i najwyraźniej musi je lubić, skoro napisał:

Gdy prowadzi nas czarodziejski wilgi flet
Przez zielony las tak byś szedł i szedł i szedł!

(,,Ścieżką pośród łąk”)

– w dużej zresztą zbieżności z rozpoznaniem Sokołowskiego, który pisze: „Melodyjne flety wilg rozbrzmiewają przez całe lato”, dodając interpretacje słowną tego śpiewu: „Iglijo – diglijo” lub „Zofijo Zofijo”.
Wróćmy jednak do słowika. „Do rodzaju Luscinia Forst należą nasze najlepsze śpiewaki. Charakterystyczne dla nich jest rdzawoszare upierzenie, duże oko i harmonijne wymiary ciała. (...) Jaśniejszy pierścionek okrąża ciemnobrązowe oko, przez co wygląda ono jeszcze większe i bardziej wyraźne. Żaden ptak nie dorównuje słowikom pełnią tonów, miękkością głosu, siłą wyrazu i mistrzostwem opanowania gardła. Stanowczo osiągnęła tu natura szczyt tego, na co pod względem śpiewu ptasiego mogła się zdobyć. Mimo, że słowiki słyszymy co roku, każdej wiosny ogarnia nas zdumienie, jakim sposobem tak mały ptak może wydobyć tę potężną skalę tonów. Raz brzmią jego trele, jak gdyby się perły sypały, to znów żałośnie fiuka, skarży się i płacze, po chwili delikatnie tylko potrąca jakieś struny, a potem głośno kląska i kończy zwrotkę radosną kaskadą. Śpiew jego jest coraz to inny: raz cichy i rzewny, to znów pełen ogni i temperamentu – pisze Jan Sokołowski, dorzucając, że słowik rdzawy wyglądem i obyczajami niewiele się różni od słowika szarego, toteż rozróżnia się je po śpiewie. „Słowik rdzawy operuje więcej trelami i słodkimi fletami, a poszczególne tony wiąże lepiej. (...) Natomiast słowik szary tonów nie wiąże, a »wymawia« je pojedynczo i każdy ton powtarza po kilka razy z rzędu. (...) Określenie »wymawia« użyłem umyślnie, gdyż istotnie pojedyncze tony łatwo dadzą się ubrać w słowa, np. »słowik słowik dawid dawid kudu kudi tjuku tjuku« itd. Jak się okazuje, nazwa »słowik« jest wiernym odzwierciedleniem pewnej części śpiewu.
W pierwszym roku młode samce mają głos nieszczególny. Pochodzi to stąd, że śpiew słowika nie jest wrodzony i ptak musi się go uczyć od osobników starszych” – rzuca uderzającą uwagę prof. Sokołowski, powodując u zdumionego czytelnika natychmiastowe ruszenie ciągu skojarzeń. Przecież to właśnie do słowika zwracał się John Keats:

Przed tysiącem lat tym samym głosem
Urzekałeś cesarza i prostego chłopa:
Tą samą piosnką, którą dzisiaj w nocy słyszę
Wnikałeś może w serce Ruth, pełne tęsknoty.

(„Oda do słowika”)

A wiersz Thomasa Hardy’ego „Ta sama piosnka” (biorę go w tym samym przekładzie z antologii Stanisława Barańczaka) to oczywiste nawiązanie do słynnej „Ody”. Oba wiersze, zestawione z informacją profesora Sokołowskiego, muszą wzbudzić refleksję zarówno na temat poetyckiej intuicji i daru obserwacji u obu poetów, jak i – tajemnicy owego piękna i owego kunsztu, przekazywanego z pokolenia na pokolenie, na przestrzeni tylu tysiącleci, przez szare i rdzawe, tak krótko żyjące istotki o wyrazistych oczach:

Ptak zanosi się tą samą piosnką,
Bez najmniejszych odstępstw czy pomyłek,
Której kiedyś słuchaliśmy wiosną,
Lat temu tyle...

Co za dziw: śpiewacza ekstaza
Tak przez lata na pamięć wykuta,
Że trwa, do dziś się powtarza
W niezmiennych nutach!

– Ale ptak nie jest ten sam. –
Prawda: tamten to dziś proch i ciemność...
Jak i ci, co wtedy ptasich gam
Słuchali ze mną.



Małgorzata Musierowicz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl