Jan Kott i „Tygodnik Powszechny”

Bronisław Mamoń


„I postanowiłem... poznać mądrość i wiedzę, szaleństwo i głupotę. Poznałem, że również i to jest pogonią za wiatrem, bo w wielkiej mądrości – wiele utrapienia, a kto przysparza wiedzy – przysparza i cierpień.”

(Eklezjasta)

 

 

 


O związkach Jana Kotta z „Tygodnikiem” chciałem napisać zaraz po jego śmierci. Ale odłożyłem pisanie, bo za blisko byłem wydarzeń. Teraz pobudził mnie piękny tekst Barbary Toruńczyk: „Jan Kott (1914–2001). Lustra pamięci”, opublikowany w 78. numerze „Zeszytów Literackich”.


Jan Kott zmarł 22 grudnia 2001 r. w Santa Monica w Kalifornii. W prasie krajowej nie pisano o tej śmierci za wiele. Ogólny ton (poza kilkoma wyjątkami) był raczej powściągliwy i chłodny, jakby pisano o kimś, kto nie był cząstką kultury polskiej. Naczelna „Zeszytów” naszkicowała bardzo wiarygodny i prawdziwy portret Jana Kotta (korespondowałem z nim ponad 10 lat i wiem, co piszę).
Był Żydem. Zawsze podkreślał – polskim Żydem. Ochrzczonym, uczęszczającym na lekcje religii i wychowanym w wierze katolickiej. Kiedy ogłosiliśmy w „Tygodniku” ankietę „Świeccy mówią o księżach”, poprosiłem Janka o wypowiedź. Wystawił bardzo piękne świadectwo ks. Aleksandrowi Glasbergowi, spotkanemu w Paryżu księdzu, który w czasie wojny „ratował ludzi bez względu na ich rasę, przekonania czy nawet winy”. Janek lubił z nim rozmawiać o życiu, gdyż w czasie tej rozmowy i po niej czuł, że coraz bardziej godzi się z samym sobą.
W latach 1945-50, kiedy redagował „Kuźnicę” i przeżywał namiętny romans z nową władzą, wydawało mu się, że przyszło do Polski to, co powinno było przyjść. Szybko się jednak do tego „nowego” rozczarował i wycofał za katedrę uniwersytecką, choć i później w pisaniu nie wyzbył się całkowicie „heglowskiego ukąszenia” (np. „Szkoła klasyków”, wyd. rozszerzone 1955). 
W 1949 r. był już we Wrocławiu, prowadząc na uniwersytecie wykłady z romanistyki. Ten paroletni romans z „władzą ludową” pamiętano mu do samej śmierci. Gustaw Herling-Grudziński, Jerzy Giedroyc i arcybiskup Józef Życiński ostro go za to karcili. Mieli nawet za złe redakcji „Tygodnika Powszechnego”, że teksty Kotta drukowała na swoich łamach. 
Byłem winien raczej ja, a nie cały zespół. W 1991 r. podczas pobytu Kotta w Polsce przeprowadziłem z nim wywiad, który opublikowaliśmy w „Tygodniku” (1991/51-52) pt. „Zmącone świadectwo wieku”. Było to już po londyńskiej edycji „Przyczynku do biografii” w Aneksie w r. 1990. Książka miała charakter autobiograficzny, choć nie o wszystkim się w niej wszystko mówiło. Kott zawarł w niej wiele informacji o młodzieńczych przygodach intelektualnych i artystycznych, o swoim zauroczeniu Laskami i osobą ks. Korniłowicza, o pobycie w Paryżu w r. 1938/39 na stypendium rządu francuskiego. Bardzo się wtedy zbliżył do środowiska francuskich intelektualistów katolickich, skupionych wokół Maritaina. Fascynował go modernizm katolicki, także religie Dalekiego Wschodu. Parę miesięcy spędził pod Paryżem u Ojców Dominikanów, przygotowując się do nowicjatu, z którego w ostatniej chwili zrezygnował. W czerwcu 1939 r. wrócił do kraju. Brał udział w kampanii wrześniowej, w obronie stolicy. Dużo w „Przyczynku” opowiada o okupacji, o strachu, który go ogarniał w czasie łapanek ulicznych, o ucieczkach i radości, kiedy z kotła udawało się wyjść cało.
To, co się stało po roku 1945, już mniej dokładnie zostało opisane. Barbara Toruńczyk słusznie zauważa. że wyszła mu z tego opowieść Kandyda – „raczej powiastka filozoficzna niż autobiografia”. Miał świadomość – mówił o tym ze smutkiem w wywiadzie, który nagrałem – że w latach 1945--50 dokonał złego wyboru, za który później przez wiele lat pokutował. 
W 1966 r. wyjechał do USA jako stypendysta Fundacji Forda, zaproszony z wykładami przez kilka uniwersytetów (Yale, Berkeley, Stony Brook). Chciał pozostać dłużej. Nie przedłużono mu jednak prawa pobytu za granicą, pamiętano mu z 1964 r. podpis „Listu 34” w obronie wolności słowa. Wybrał status emigranta, choć wcale nie miał na to ochoty. Odebrano mu tytuł profesora Uniwersytetu Warszawskiego i nigdy mu go nie przywrócono.
W Ameryce napisał swoje główne dzieła: „Zjadanie bogów” (szkice o tragedii greckiej, na którą spojrzał przez doświadczenia awangardy, „teatru absurdu”: Ionesco, Becketta, Adamova), „Kamienny potok” (eseje o teatrze i pamięci), „Płeć Rozalindy” (próby interpretacji m.in. Marlowe’a i Szekspira), „Przyczynek do biografii”. Wcześniej ukazały się „Aloes” – przejmujące dokumenty i świadectwa i „Szekspir współczesny”, na którego spojrzał poprzez doświadczenia stalinizmu. Jego lektura stała się podnietą intelektualną dla największych reżyserów teatralnych: Brooka, Strehlera, Ronconiego.
Był wytrawnym historykiem teatru i literatury, jednym z najświetniejszych, jakiego kiedykolwiek Polska miała. Nikt nigdy tak o teatrze nie pisał jak Kott, z taką kompetencją, wyczuciem i miłością dla pracy aktora, reżysera, scenografa. Na kilkanaście lat związał się z uniwersytetem stanu Nowy Jork, wykładając tam literaturę angielską i komparatystykę. W 1983 r. przeszedł na emeryturę. Zatrzymał jeszcze na kilka lat mieszkanie w Stony Brook, do którego przyjeżdżał z Santa Monica raz w roku, na parę letnich miesięcy. „Zeszyty Literackie” (nr 74) przyniosły przejmujące świadectwo żegnania się z Stony Brook, z nastroju prawie czechowowskie, owiane smutkiem i melancholią. „Lepszy jest smutek niż śmiech, bo przy smutnym obliczu serce jest dobre” (Eklezjasta). Kott wiedział, że do tego domu nigdy już nie powróci. Nie przyjdą do niego przyjaciele, nie zjedzą z nim kolacji, nie wypiją filiżanki herbaty. Biurko, przy którym zapisał tysiące kartek, ktoś sprzeda na pchlim targu za parę dolarów.
Jan Kott mówił często o sobie, że jest ateistą. Myślę, że była to raczej kokieteria, gra prowadzona z czytelnikiem. Miał – to się w rozmowie z nim czuło – ogromne wyczucie transcendencji, sakralności życia. I nawet wtedy, kiedy pisał o zmysłach, urokach ciała, erotyce, pozostawało w tym pisaniu coś z tajemnicy. Listownie nawiązywał przyjaźnie – odnotowała to Barbara Toruńczyk – w listach się zwierzał, otwierał się bez kostiumów i masek. Mam tych listów od niego około pięćdziesięciu i stanowią one wiarygodne świadectwo o ich autorze.
Do „Tygodnika” pisał na różne tematy, zaproponowane przez niego lub redakcję. Były to mini-eseje o arcydziełach literackich (o „Antygonie”, o „622 upadkach Bunga” Witkacego), o Jerzym Stempowskim, Bolesławie Micińskim, Zbigniewie Raszewskim, Tadeuszu Konwickim, o Halinie Mikołajskiej, którą nazywał „Matką Boską Mikołajską”. Nie widział w tym określeniu nic z bluźnierstwa, gdyż w latach trudnych dla Polski była „matką nieustającego wsparcia”. Pisał o odkryciach ikonograficznych, które znalazł w Biblii. Publikował krótkie poemaciki prozą, bajki dla wnuczki. Jego ostatnia książka „Powiastki dla wnuczek”, wydana przez „Zeszyty”, stanowi fascynująca lekturę; lekturę o duszy ludzkiej, pisaną raczej dla dorosłych niż dla dzieci.
W ostatnich latach życia stawał się coraz bardziej smutny, samotny i bezradny. Musiał się przesiąść na wózek inwalidzki. Zawodziły nogi, ręce. Buntowały się przeciwko niemu przedmioty. Nie mógł sobie dać rady z maszyną do pisania, z faksem, z długopisem. Bardzo źle żyło mu się po śmierci żony, która zmarła prawie półtora roku przed nim. Przeżył z nią ponad 60 lat i czuł się przy niej naprawdę bezpieczny. Coraz częściej chorował, coraz częściej odwiedzał lekarzy, kliniki. Żył w cieniu śmierci. „Żyjąc tracimy życie” – że przywołam tytuł znakomitej książki Marii Janion. Odeszli jego przyjaciele z „Kuźnicy”: Ważyk, Adolf Rudnicki, Żółkiewski, Paweł Hertz. Robiło się wokół niego coraz puściej.
Ojczyznę urodzenia kochał bardziej od ojczyzny z wyboru. Tak naprawdę nie wrósł nigdy w Amerykę, w jej obyczaje i kulturę. Czuł się w niej emigrantem. Po uzyskaniu obywatelstwa amerykańskiego mógł parę razy do Polski przyjechać. W 1990 roku zamierzał swoje 75. urodziny obchodzić w Warszawie. Spodziewał się, że będzie sesja na uniwersytecie, poświęcona jego twórczości (przecież był na tej uczelni profesorem). Ale uznanie, wyróżnienia, ordery, depesze przychodziły z Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Polacy łatwo zapominają swoich ulubieńców, kiedy ci przechodzą na emeryturę. O polskości Kotta i o recepcji jego pism w kraju bardzo wnikliwy szkic napisała ostatnio Małgorzata Dziewulska („Złoty osioł – w krajobrazie Jana Kotta”, „TP” 2002/25). Nie umieliśmy i nie umiemy czytać pism Kotta. Nie chcemy się do tego przyznać. Wolimy go omijać i poszukiwać innych mistrzów.

Po śmierci Jerzego Turowicza nadesłał na moje nazwisko kondolencje adresowane do całej redakcji. „Drodzy – pisał. – To jest cios dla Tygodnika, ale i dla nas wszystkich, którzyśmy znali Jerzego. Był jak mądrość i światło. Po jego odejściu świat zrobił się nagle raz jeszcze pusty.
Tygodnik oczywiście zostanie, ale choć będzie wierny pamięci Jerzego, już nie będzie taki sam.
Katolicki znaczy powszechny, Jerzy był jednym z tak niewielu, którzy to nie tylko rozumieli, ale wcielali w życie. I dlatego odejście Jerzego jest tak przeraźliwie smutne. Przyjmijcie współczucie, ale wszyscy musimy dzielić ten smutek” (list z 27 kwietnia 1999).
Ten tekst poruszył mnie do głębi. Wiedziałem już na pewno, że jego współpraca z „Tygodnikiem” nie była przypadkowym epizodem w jego biografii pisarskiej. Była przygodą duchową, do której zdążał wytrwale od dłuższego czasu, dając nam coś istotnego, czego nie umiem nawet nazwać.

Bronisław Mamoń

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl