Kardynał Paryża o Jerzym Turowiczu


Chrześcijańska słuszność

kard. Jean-Marie Lustiger


Kiedy wybuchła II wojna światowa, Polska znajdowała się w centrum mojego obrazu świata. Inwazja i podział Polski między Rosję sowiecką i hitlerowskie Niemcy należą do tych dramatów, które Zachód wolał zapomnieć lub raczej ukryć przed sobą... ze wstydu. Przez następne dziesięciolecia jej obraz był zamglony. Polski jako takiej nie widzieliśmy w ogóle. Oczywiście, docierały do nas dzięki prasie rożne, sprzeczne ze sobą echa. Niewiele rozumieliśmy z tych zagmatwanych, wewnętrznych sporów, podczas gdy komunizm cieszył się u francuskiej inteligencji,w tym także u wielu katolików, przyjętą a priori życzliwością.
Dzięki rodzinnej i kulturowej tradycji pamiętałem, że „Europa Środkowa” istniała realnie i że nie można się zgodzić na podział na Wschód i Zachód. Wyrażenie „Europa Wschodnia” zawsze mi się wydawało terminologicznym ustępstwem, narzuconym siłą, kuriozalnym i nie do przyjęcia. Tu, na Zachodzie, mieliśmy wrażenie, że sowieckie imperium, które dzieliło na dwie części Europę, posiada stabilność nieruchomą i niezmienną jak piramidy, że nic nie może przeszkodzić jego trwaniu przez stulecia. Mieliśmy wrażenie, że przemoc jest weń wpisana jako nieodwracalny stan rzeczy, do którego należy się dostosować, tym bardziej że – jak to się wtedy mówiło – wielkie mocarstwa przyzwoliły na nią w Jałcie.
Wybór arcybiskupa Krakowa na papieża był pierwszą rysą w fatalistycznej pewności ludzi Zachodu. To, co było nie do pomyślenia, stawało się rzeczywistością. Okazało się wówczas, że nie mieliśmy najmniejszego pojęcia o Polsce i o tym, co może ona ofiarować światu. 
To właśnie w kontekście wydarzeń związanych z wyborem Jana Pawła II miałem okazję poznać Jerzego Turowicza, jego przyjaciół i bliskich. Przy okazji podroży spotykałem ich w Krakowie, w Rzymie, w Paryżu. Nasze rozmowy pozwoliły mi lepiej zobaczyć to, co się wydarzyło i co się działo w Polsce pod sztandarem „Solidarności”.
Poznanie Turowicza i kręgu jego przyjaciół było bardzo ważne dla moich przemyśleń i zrozumienia duchowej przyszłości Europy i jej politycznego przeznaczenia. Jerzy był symbolem, był jednym z głównych świadków siły Prawdy, która ośmielała się praktycznie zaprzeczać władzy ideologii komunistycznej. W końcu francuska opinia publiczna przyjęła do wiadomości, że siła ducha jest jedyną siłą zdolną powalić niewzruszone siły imperiów. „Solidarność”, która realizowała związek intelektualistów z ludem, była dla nas czymś zdumiewającym. Ta bezbronna siła otwarcie domagała się wolności, a jej taktyczna sprawność czerpała siłę z modlitwy.
Kościół polski, który Zachód uważał za konserwatywny, łączył ludzi dobrej woli bez względu na istniejące miedzy nimi różnice czy sprzeczności. Zgodnie działali w nim wszyscy, którzy domagali się poszanowania godności człowieka. W tym, co mówił Turowicz, co zawsze było mądre, nacechowane skromnością i realizmem, uderzała mnie chrześcijańska słuszność. Było to tym bardziej znaczące, że nie używał wielkich słów. Przypominały mi się wypowiedzi seminaryjnego kolegi z roku 1946, Zbigniewa Bernackiego, byłego więźnia obozu koncentracyjnego w Dachau. Wyświęcony w 1949, został rektorem misji polskiej w Paryżu. „Wytłumaczę Ci – powiedział mi kiedyś – co to jest esencja człowieka. (Na wykładach filozofii starano się nas przekonać, że esencja to nie to samo co egzystencja). Ja widziałem esencję człowieka. To jest to, co zostaje, kiedy wszystko już człowiekowi zabrano.” Było to jedyne wyznanie na temat Dachau, które usłyszałem z jego ust. To, co zostaje człowiekowi, kiedy wszystko mu zabrano: jego wolność, jego duchowe przeznaczenie. Nie można tego zniszczyć nawet wtedy, kiedy zredukowano go do cienia człowieka.
Polska, rozszarpana przez dwa totalitaryzmy, które zniszczyły Europę, pokazywała, że „esencja człowieka”, to, czego nie można go pozbawić, co jest najbardziej tajemnicze w jego tajemnicy i najbardziej ludzkie, jest silniejsze niż wszystko, co może sprawić wpisane w naturę ludzką pragnienie potęgi.
Dzięki Jerzemu i jego przyjaciołom, odkryłem też, jak zaskakująca „pożyczka-zwrot” dokonała się pomiędzy katolikami z Francji i z Polski. Pomiędzy dwiema wojnami personalizm Mouniera wpisał się w okres niezwykłej płodności katolicyzmu francuskiego. W kręgu Maritaina i wielu innych zrodziła się nadzieja odnowy intelektualnej, duchowej i kościelnej. Wojna to wszystko zatrzymała. Dziś wydaje się, iż rozkwitowi myśli lat trzydziestych nie było dane zaowocować w pełni w Europie Zachodniej. 
Jerzy i jego przyjaciele z Krakowa – ksiądz Wojtyła, przyjaciel, duszpasterz, a następnie, w latach sześćdziesiątych, protektor „Tygodnika Powszechnego”, zgodnie z misją otrzymaną od kardynała Wyszyńskiego i biskupów polskich znaleźli inspiracje w tej odnowie francuskiego katolicyzmu, szczególnie w personalizmie Mouniera. Oryginalność i płodność życia intelektualnego i duchowego w Polsce lat 50. i 60. wydała liczne owoce. Owocem zdumiewającym dla Zachodu było zdobycie wolności przez Polaków, pierwszy naród bloku sowieckiego, który dzięki siłom ducha zdobył w sposób pokojowy wolność. We Francji doświadczenie polskie, wydarzenia gdańskie i to, co po nich nastąpiło, zapoczątkowały głęboki zwrot w myśleniu chrześcijan i niechrześcijan. Katolicy polscy zwracali katolikom Francji po stokroć to, co od nich otrzymali. Kiedy podróże i swobodna wymiana zostały wznowione, zdumieni Francuzi odkryli nowe związki nie tylko między Kościołem a społeczeństwem, ale między siłą duchową ewangelii a przeznaczeniem człowieka. To, co zasiano we Francji lat 30., w Polsce przyniosło owoce, których my, Francuzi, już nie oczekiwaliśmy, ponieważ nie umieliśmy ich ani rozpoznać, ani stworzyć. W pewnym sensie Polacy byli kontynuatorami tego, co zainicjowaliśmy, czego oczekiwaliśmy, a co później porzuciliśmy. Oczywiście, wszystko, co ludzkie rozkwita i więdnie. Oczywiście, przyjdą nowi siewcy, nowi żniwiarze, nowe zasiewy i nowe żniwa. Ale ta wzajemność losów między latami 80. we Francji i w Polsce to moment nadzwyczajny w duchowej historii naszego kontynentu. Należało go tu podkreślić, by móc ocenić wagę dzieła Jerzego Turowicza dla Europy, dla Kościoła.
Ten dziennikarz i intelektualista zawsze chciał tylko skromnie wypełniać swoją pracę. Jego życie, jego boje, jego sukcesy i porażki pomagają nam zrozumieć polski los w tym, co najczystsze, najbardziej znaczące, pozbawione pokus. Oddaję cześć temu, co Jerzy dokonał, jak przyczynił się do ukazania logiki duchowej naszego wieku. 

 

kard. Jean-Marie Lustiger

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl