LISTY



„Dlaczego w ramach struktur Kościoła można pomagać alkoholikom czy małżeństwom niesakramentalnym, a osobom homoseksualnym, które chcą żyć w zgodzie z nauką Kościoła, takiej możliwości się odmawia?” – pytał Adam Fons w tekście „Odwaga »Odwagi«” („TP” nr 26/2002). Na pytanie to, w tym samym numerze „Tygodnika”, próbował odpowiedzieć o. Józef Augustyn SJ.
Dzisiaj oddajemy głos czytelnikom.


Droga do „Odwagi”

Mam niecałe 18 lat i próbuję, po omacku, odnaleźć drogę do Boga. Dziękuję Panu za dar Kościoła i za to, że pozwala mi służyć w ruchu Światło-Życie. Chrystus dał mi w życiu doświadczyć problemu homoseksualizmu na własnej skórze, dlatego serce zabiło mi mocniej po przeczytaniu nagłówka: „Co Kościół proponuje homoseksualistom, którzy chcą żyć zgodnie z jego nauką?”. Pan Adam Fons pisze o Grupie „Odwaga” oraz niewielkiej, jego zdaniem, skuteczności „konwencjonalnej” pomocy duszpasterskiej. Korzystam z pomocy „Odwagi” od prawie roku. Dla mnie – oazowicza ważne jest, że to właśnie ruch Światło-Życie jest inicjatorem tego przedsięwzięcia. Znam wspomniane w artykule „dwie kobiety o wielkiej determinacji” i uważam, że istnienie „Odwagi” to w ogromnej mierze wynik ich wielkiego zaangażowania. Krzywdzące byłoby jednak pomijanie oddania innych osób (gwoli ścisłości są tam cztery kobiety) oraz nieocenionej pomocy ks. Mieczysława Kożucha SJ. Poza tym, w centrum działalności jest tam przede wszystkim Chrystus. 
Niesprawiedliwe jest też mówienie o „pilnej potrzebie zajęcia się tematem homoseksualizmu serio”. Czyżby Kościół zajmował się tym problemem banalnie albo beztrosko? Szukający kierownika duchowego zawsze go znajdzie. Potrzebna jest modlitwa i zwyczajne poszukiwania. Do „Odwagi” trafiłem dzięki Opatrzności Bożej, która postawiła na mojej drodze wspaniałego kierownika duchowego. To on był Bożym impulsem, który rozpoczął moje wychodzenie z homoseksualizmu. Na mojej „drodze do »Odwagi«” spotkałem też ks. Józefa Augustyna SJ. Zgadzam się z nim, że stworzenie sieci takich ośrodków niesie niebezpieczeństwo utraty nad nimi kontroli, a w konsekwencji, być może, do ich odejścia od norm ewangelicznych. Może też dojść, jak w USA, że takie duszpasterstwa staną się miejscem schadzek „katolickich” gejów. Podobnie jak ks. Augustyn myślę, że zamiast grup wsparcia lepsza byłaby fachowa psychoterapia połączona z kierownictwem duchowym.
„TP” czytuję od kilku miesięcy i jestem zadowolony, że pismo tego pokroju istnieje w tak populistycznych czasach. W świecie mediów jest ono dla mnie najważniejszym i wiarygodnym źródłem poważnej myśli katolickiej. Chciałbym podziękować panu Adamowi Fonsowi za odwagę podjęcia problemu i cenne świadectwo, a ks. Augustynowi za wartościową wypowiedź. Redakcji za opublikowanie obu.


(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)


Oni do nas przyszli

Do pełnienia takiej posługi, jaką prowadzi lubelska Grupa „Odwaga”, trzeba fachowego przygotowania. I to właśnie – a nie opór kościelnej hierarchii, jak twierdzi Adam Fons – jest w moim odczuciu główną przyczyną tego, że „Odwaga” pozostaje jedyną w Polsce grupą wsparcia dla osób o skłonnościach homoseksualnych. Można zrozumieć niecierpliwość osób oczekujących pomocy, nie upoważnia to jednak do formułowania niesprawiedliwych ocen. Szkoda, że o. Józef Augustyn nie poprzestał na polemice ze stwierdzeniami Adama Fonsa, a wysunął oceny, które – pośrednio lub nawet bezpośrednio – zdają się podważać działalność „Odwagi”. 
Grupa nie powstała „z inspiracji doświadczeń zachodnich”. W lubelskim ośrodku ruchu Światło-Życie pojawiły się osoby potrzebujące pomocy i potraktowano to jako wezwanie. Próbując na nie odpowiedzieć, sięgnięto też do doświadczeń zachodnich, ale nie odgrywały one głównej roli. U podstaw działalności „Odwagi” leży teologia i praktyka wyzwolenia człowieka, związana z polskim ruchem Światło-Życie i jego założycielem – Sługą Bożym ks. Franciszkiem Blachnickim oraz wyrażoną przezeń troską o człowieka i jego wewnętrzną wolność. Jak pogodzić to ze stwierdzeniem o. Augustyna o przedwczesności działań „Odwagi”? Ta praca wymaga fachowego przygotowania i trudno winić kogoś, kto nie czuje się na siłach, by takiemu wezwaniu sprostać, o bezczynność. Dlaczego, pośrednio, stawia się zarzuty osobom, które jednak prośby o pomoc nie pozostawiły bez odpowiedzi? Tym bardziej, że dzięki inicjatywie „Odwagi” i zaangażowaniu osób z ruchu Światło-Życie przygotowuje się psychoterapeutów i kapłanów do udzielania profesjonalnej pomocy. Dziwna wydaje się uwaga o. Augustyna o zakazie działania grup wsparcia wydanym przez austriackiego kardynała Christopha Schönborna. Przecież nic z tego nie wynika. Czy kardynał jest przeciwny takiej działalności? A może grupy działające na terenie jego diecezji wykraczały przeciw katolickiemu nauczaniu czy dyscyplinie kościelnej? Tego z tekstu o. Augustyna się nie dowiemy. Słusznie autor pisze o konieczności profesjonalnej psychoterapii i kierownictwa duchowego. Szkoda, że przed sformułowaniem swoich ocen nie zapoznał się z działalnością Grupy „Odwaga”, która korzysta z jednego i drugiego, bynajmniej nie okazjonalnie. 
Grupa „Odwaga” nie działa dzięki pracy „dwóch zdeterminowanych kobiet”, jak pisze Adam Fons. Udzielaniem pomocy zajmuje się grono fachowców. Nie jest też prawdą, że ośrodek w Lublinie „nie jest w stanie przyjmować wszystkich chętnych”. Chętnych jest sporo, jednak nikt nie musi czekać w kolejce. Każdy uzyskuje jakąś formę wsparcia, a nasze możliwości są coraz większe.


KRZYSZTOF JANKOWIAK
(rzecznik prasowy ruchu Światło-Życie)

 


Rzeka bólu i rozpaczy


Rozumiem pragnienie Adama Fonsa, aby Kościół podjął temat homoseksualizmu uczciwie i bez lęku, odpowiadając na konkretną potrzebę wiernych. Rozumiem replikę o. Augustyna na temat przyczyn duszpasterskiej powściągliwości. Czy można jednak podchodzić do sprawy tak surowo, jak obaj autorzy? Od kwiecistego słowotwórstwa do duszpasterstwa droga daleka, ale to, co postuluje o. Augustyn – skupienie się na kierownictwie duchowym i pomocy psychoterapeutycznej – wydaje się pożądane. Uświadomienie, że homoseksualizm jest zaburzeniem posiadanego obrazu siebie, a dodatkowo „rzeką bólu i goryczy” może być początkiem rozmowy. Pomoc duszpasterska nie może skupiać się li tylko na, często towarzyszącemu osobom homoseksualnym, problemie masturbacji. 
W tekście o. Augustyna znalazło się, nie wyrażone wprost przekonanie, że Kościół, organizując grupy wsparcia dla homoseksualistów naraża się na zarzut popierania rozwiązłego życia, czyli zagrożenia dla rodziny. Dopóki nie przejdzie przez Polskę fala wstrząsu wywołana nie tylko tym problemem, ale i kryzysem rodziny, obawy te są zasadne. W Kościele amerykańskim chociażby, działają nie tylko grupy podobne do „Odwagi”. Są i takie, które powołując się na Kościół, sieją zamęt w sercach młodych ludzi, często wprowadzając na drogę aktywnego życia homoseksualnego. Co zatem zostaje? Czekać i ufać, że Pan Bóg nie dopuści tego w mojej czy twojej rodzinie? Bzdura. Kościół powinien coraz głośniej mówić, że dla osób homoseksualnych istnieje droga odwrotu: odbudowy tożsamości płciowej i życia w czystości (jeśli z niedowierzaniem przysłuchujemy się opowieściom osób, które jako eks-geje są wzorowymi małżonkami). Są osoby związane z Kościołem, które mogą udzielić wnikliwej porady duszpasterskiej, a w razie potrzeby (czasem okazuje się, że fobie homoseksualne są tylko odpryskiem innego problemu) skierować do psychologa (czy psychoterapeuty). To nie jest przekreślanie osób homoseksualnych, ale dostrzeżenie ich godności. Kto wie, czy nie miał racji o. Augustyn sugerując, że większą jeszcze troską należałoby otoczyć młodzież, która znając oblicza kryzysu rodziny z doświadczenia, może mieć zachwiane poczucie tożsamości. Jeśli nie mogą powstać grupy wsparcia, potrzebna jest powszechna informacja na temat możliwości konsultacji duszpasterskich i psychologicznych oraz intensywniejsza praca z młodzieżą. Po aferze w „Teleranku”, którego gość propagował... homoseksualną stronę internetową, to chyba ważne sugestie.
Adam Fons przypomina w tekście wskrzeszenie Łazarza. Przypomniałbym inną scenę z Ewangelii: do Jezusa przyszła osoba chora na trąd. Jezus wyprowadził ją na środek i kazał pokazać rękę. Dopiero potem ją uzdrowił. Dopóki nie zechcemy wyjść i pokazać: to jest problem, dopóty nie doczekamy się uzdrowienia. Dziękować należy tym, którzy odważyli się dać świadectwo swojej drodze i wszystkim, którzy im na niej towarzyszą. Słyszałem kiedyś, że wszyscy jesteśmy homoseksualistami w tym głębokim sensie, że każdy z nas jest egoistą. Zatem walka toczy się o nas samych!

 

DANIEL REMBISZEWSKI
(Warszawa)

 

 

 

 

 

 

 

 


Sprawy ważne

Dziękuję za teksty o ks. Tomaszu Haliku („TP” nr 25/2002). Znalazłem w nich ogrom ważnych dla mnie spraw, o których myślę podobnie, i nie potrafię zgodzić się z obiegową opinią na ich temat. Zgadzam się z wypowiedzią o nowych ruchach religijnych i postulowaną próbą nawoływania do poważniejszego zastanowienia się nad nimi. Kościoły „tradycyjne” bronią stanu posiadania, nawet za cenę utraty wiernych, szukających innych aspektów religijności niż tylko wspólnotowy. Współczesna duchowość coraz bardziej się indywidualizuje. Obecnie to chyba jedyna droga Kościoła rozumianego jako duchowa wspólnota ludzi gromadzonych przez Ojca. Sekciarstwo ruchu przeciw sektom, o którym mówi ks. Halik, zauważyłem w swoim środowisku. Walka z sektami jest na fali i źle widzi się mówienie czegoś przeciwnego. Nikt nie dostrzega, że do sekt trafiają ludzie, którzy nie potrafią odnaleźć się w Kościele tradycyjnym. Wtedy, gdy mają wątpliwości, są poszukujący, nikogo to nie interesuje. Jeśli odnajdują swoje miejsce (często, niestety, destrukcyjne), gdzie ich się akceptuje, „ważni ludzie Kościoła” wszczynają larum. Czy przypadkiem nie za późno? „Najlepszym zabezpieczeniem przed sektami jest nie straszenie ludzi, ale zaproponowanie wiarygodnej alternatywy zdrowej, żywej, głębokiej duchowości” – święte słowa, a przecież o wiele łatwiej straszyć... Skutkiem straszenia będzie wyjałowienie Kościoła i pozbycie się wielu wartościowych ludzi, którzy chcą żyć wiarą i nią oddychać. Dziękuję też księdzu Halikowi za „opowieść” o Nietzschem – filozofie szukającym autentycznego Kościoła. Nie znalazł Go, więc ogłosił Jego śmierć, podobnie jak proboszcz pewnej parafii, który urządził pogrzeb swojego kościoła lokalnego: wierni podchodzili do trumny, spoglądali do środka, gdzie znajdowało się lustro, i znajdywali tam własne odbicie.
Na koniec pytanie, być może retoryczne: dlaczego te fragmenty i, jak dowiedziałem się z rozmowy również inne, wyrzucono z polskiego wydania? Czyżby polskie, katolickie sumienia nie były gotowe do przyjęcia takich rewelacji?


MIROSŁAW CHMIEL
(pracownik naukowy, Gliwice)

 





Reżimowi grafomani

W felietonie „Słuch absolutny, pamięć zaczyna zawodzić” („TP” nr 25/2002) Andrzej Dobosz omawia krytycznie (i słusznie!) wydarzenie dość marginalne: wręczenie orderów 23 osobom „za wybitne zasługi” w twórczości literackiej, publicystycznej, w pracy naukowej i działalności społecznej. Wyliczając nazwiska kilkunastu odznaczonych pisarzy, przypomina nie tylko ich wątpliwej jakości dokonania z lat Polski Ludowej, ale również ich postawy etyczne. „Zasługi”, które ani wówczas, ani tym bardziej dziś, nie budzą aplauzu.
Przy okazji wymienia niektórych krytyków, którzy „pilnie omawiali” ich twórczość na łamach ówczesnej prasy. Wśród „adorujących” to pisarstwo znalazłem się i ja. W zderzeniu z również wymienionymi krytykami tej miary co: Jan Błoński, Ludwik Flaszen, Andrzej Kijowski, którzy „na temat ich dzieł nie wypowiadali się nigdy”, wychodzi na to, że byłem dyspozycyjnym poputczikiem reżimu.
Nie odpowiadam za intencje pisarskie kolegów po piórze, w gronie których się wówczas znajdowałem. Ale tak jak Andrzej Dobosz oraz wymienieni przez niego, bez grzechu reżimowej usłużności, krytycy, pisałem w ówczesnej prasie, a jako recenzent omawiałem książki różnych i dziwnych reżimowych pisarzy. Za co nawet przez Andrzeja Kijowskiego, przewodniczącego komisji kwalifikacyjnej w Związku Literatów Polskich, zostałem przyjęty do ZLP w 1980 r. Pisałem jednak również m.in. o Władysławie Terleckim, Pawle Jasienicy, Jerzym Krzysztoniu, Kazimierzu Brandysie, Włodzimierzu Odojewskim, Januszu Krasińskim, Andrzeju Bobkowskim. I nie pisałem bynajmniej „po linii” i „na bazie”. I jeśli teraz mam się czego wstydzić, to że nazbyt często stosowałem taryfę ulgową, wmawiając czytelnikom, że cokolwiek są warte arcydzieła grafomanii polskiej. Myślę, że dostrzegały to ówczesne władze i odpowiedzialni za realizację jedynie słusznej polityki kulturalnej koledzy po piórze, skoro nie otrzymałem żadnego odznaczenia ani nawet „Zasłużonego dla kultury”.
I jeszcze jedno, szkoda, że Andrzej Dobosz nie wyjaśnił, iż wszyscy odznaczeni przez Prezydenta są członkami obecnego ZLP.


TADEUSZ J. ŻÓŁCIŃSKI
(Warszawa)

 





Wystawa Hadziewicza

Muzeum Narodowe w Kielcach przygotowuje wystawę monograficzną malarza Rafała Hadziewicza (1803–1886) – profesora Szkoły Sztuk Pięknych i tzw. klasy rysunkowej w Warszawie (1845–1871). Malował głównie obrazy olejne o różnorodnej tematyce, najwięcej portretów i scen religijnych. Sporadycznie wykonywał grafiki: akwaforty, litografie. Zachowały się szkice rysunkowe sporządzone w kolejnych miejscach jego zamieszkania i podróży: w Warszawie (studia, praca akademicka), na stypendium rządowym we Francji (Paryż) i Włoszech (Rzym, Wenecja), w Krakowie i Moskwie – gdzie uczył oraz w Kielcach, gdzie osiadł w 1871 r. i dożył swoich dni. Dziś jedna z sal „Galerii malarstwa polskiego i sztuki zdobniczej” w kieleckim muzeum nosi jego imię. 
Osoby, posiadające prace Rafała Hadziewicza prosimy o udostępnienie ich muzeum dla udokumentowania, a następnie zaprezentowania, za zgodą właścicieli, na wystawie. Chętnie przyjmiemy też dokumenty, listy i fotografie. Zapewniamy dyskrecję co do własności. Zainteresowanych prosimy o kontakt z Elżbietą Jeżewską – kuratorem wystawy (adres: Plac Zamkowy 1, 25-010, Kielce; tel: 0-41, 34-440-14, wew. 245; fax: 0-41, 34-482-61; e-mail: muzeum@kielce.uw.gov.pl).


MUZEUM NARODOWE 
w Kielcach

 





Biografia Ostrowskiego

Opracowuję biografię ostatniego prezydenta Lwowa i prezydenta RP na obczyźnie – prof. med. Stanisława Ostrowskiego. Proszę Czytelników „TP” o wszelkie informacje i wspomnienia, nawet najdrobniejsze, o tej postaci: ze spotkań we Lwowie, uroczystości, w których brał udział, jego działalności jako prezydenta miasta i lekarza w czasie obrony Lwowa oraz przed wojną. Pożądane są fotografie i dokumenty (mogą być odbitki laserowe). Za każdą udzieloną pomoc z góry dziękuję.


DANUTA B. ŁOMACZEWSKA
ul. Mickiewicza 8/12
01-517 Warszawa

 





Sprostowanie

W moim tekście o św. Bracie Albercie („TP” nr 25/2002) na koniec artykułu wkradła się pomyłka. Ostatnie zdanie powinno brzmieć: „Podobne zapytania można by skierować do innych placówek społecznych i dobroczynnych nie poświęconych św. Bratu Albertowi, pamiętając o tym, że »ośmielił się Brat Albert powiedzieć, że większość dzieł miłosierdzia to »bezczelne fałszowanie Ewangelii i bezwstydne oszustwo«”.
Natomiast nota końcowa powinna brzmieć: „Jerzy Adam Marszałkowicz jest jednym z blisko 30 członków założycieli, na czele których stali śp. sędzia Władysław Kupiec i dr Wanda Kozaczyńska, którzy podpisali petycję do wojewody małopolskiego z prośbą o zarejestrowanie Towarzystwa Pomocy. Jerzy Marszałkowicz jest obecnie p.o. kierownikiem Schroniska św. Brata Alberta w Bielicach na Opolszczyźnie”.


JERZY ADAM MARSZAŁKOWICZ







LISTY – prośba o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl