Wokół nowej książki Francisa Fukuyamy


Koniec ludzkości, początek biopolityki?

Jacek Kubiak



Dokąd prowadzi ludzkość sterowana przez nas ewolucja gatunku Homo sapiens i jak nią pokierować, aby uniknąć katastrofy? – zastanawia się w swej ostatniej książce słynny futurolog Francis Fukuyama. Rozwiązaniem ma być nowa, światowa biopolityka i biotechnologiczna globalizacja oparta na typowo amerykańskim pragmatyzmie.



W artykule „The End of History?” („Koniec historii?”) ogłoszonym latem 1989 r. w elitarnym „National Interest”, amerykański politolog japońskiego pochodzenia Francis Fukuyama zadał pytanie (a wedle jego krytyków od razu też twierdząco odpowiedział): czy jesteśmy świadkami końca współczesnej historii oraz heglowskiej ewolucji instytucji politycznych i ekonomicznych? Definitywny upadek komunizmu i powszechne dążenie do modelu demokratycznego społeczeństwa kapitalistycznego miały zakończyć naszą historię, a przyszłość uczynić nudną, rutynową i pozbawioną niespodziewanych perspektyw. Tyleż uwodzicielska, co kontrowersyjna teza przyniosła Fukuyamie światową sławę. 
Z kolei w 1992 r. jej autor stwierdził: „świat muzułmański wydaje się bardziej otwarty na przyjęcie ideałów liberalnych niż Zachód na przyjęcie islamu”. 
Wydarzenia 11 września odesłały obie tezy do lamusa chybionych przepowiedni, a liberalne państwa demokratyczne musiały podjąć walkę o – przyjmując terminologię Fukuyamy – dotrwanie do „końca swojej historii”. 
Mimo to w najnowszej książce „Our Posthuman Future. Consequences of the Biotechnology Revolution” („Nasza Poczłowiecza Przyszłość. Skutki rewolucji biotechnologicznej”) Fukuyama nie tylko podtrzymuje wizję końca historii, ale wieści koniec samej ludzkości (przynajmniej takiej, jaką znamy dziś). Przewiduje nadto, jak będzie wyglądać historia „poczłowiecza” i daje recepty, jak opóźnić upadek naszego gatunku. Znów wizja tyleż kontrowersyjna, co intrygująca i wzbudzająca powszechne zainteresowanie. Czy słusznie?


DROGI DO POCZŁOWIECZEJ PRZYSZŁOŚCI
Od 130 tysięcy lat Homo sapiens walczy o dominującą pozycję na Ziemi. Choć dziś jesteśmy jedynym gatunkiem człowieka, to rodzaj Homo liczył w przeszłości kilka różnych gatunków. Przez ostatnie 2 miliony 200 tysięcy lat ziemię zamieszkiwali ludzie z gatunków: H. rudolphensis, H. habilis, H. erectus, H. ergaster, H. antecessor, H. heidelbergensis, H. neanderthalensis i wreszcie H. sapiens. Również z naszego gatunku powinien się więc wyłonić jakiś nowy Homo supersapiens. Każdy gatunek człowieka przeżywał średnio 200 tysięcy lat. Fukuyama sugeruje, że nam przypadnie w udziale zaledwie 130 tysięcy. Zagrażamy bowiem już nie tylko otaczającej nas przyrodzie, setkom, jeśli nie tysiącom, gatunków zwierząt i roślin, ale i samym sobie. Dziś jesteśmy gatunkiem nie tylko dominującym, ale też najszybciej ewoluującym. Jesteśmy jedynym gatunkiem, który ma zamiar i możliwości świadomego kierowania własną ewolucją i, według Fukuyamy, wkraczamy właśnie w erę przejściową do nowego gatunku poczłowieczego. Pytanie tylko, czy na pewno będzie mógł on nosić miano supersapiens?
Przewodnikami po książce Fukuyamy, na co wskazują cytaty poprzedzające kolejne rozdziały, są Fryderyk Nietzsche, Martin Heidegger, Aldous Huxley, James Watson. Brakuje wśród nich najważniejszego – Karola Darwina. Fukuyama skupia się na trzech problemach: zachowania przez człowieka prawa do bycia człowiekiem, ludzkiej godności oraz natury. Ale czy istnieje powszechnie uznana definicja ludzkich praw, godności i natury? Autor szuka jak najszerszej formuły, która mogłaby zadowolić tak Amerykanów, jak Europejczyków, Azjatów, Afrykańczyków, zarówno bogatych, jak biednych, wierzących, wierzących inaczej i niewierzących. Dochodzi do wniosku, że jest to niemożliwe, ale brnie dalej (czyż ma inne wyjście?), porzucając jedynie po drodze Azjatów, biednych, pokrzywdzonych oraz wszelkich innych, którzy przynoszą kłopoty. W końcu więc pozostaje przy wzorze... amerykańskim. 
To pierwsza sprzeczność książki, ale trudno się jej dziwić – w końcu jej autor jest 49--letnim Amerykaninem, wykładowcą politologii na Uniwersytecie Johna Hopkinsa, doradcą prezydenta Busha do spraw bioetyki, wpływową postacią w Departamencie Stanu i w Białym Domu, a jego ideałem jest demokratyczny liberalizm a l’américaine. 


POSTĘP CZY REGRES
Sednem rozważań Fukuyamy jest pytanie, czy postęp nauki, a szczególnie biotechnologia, zagraża ludzkości. Skoro istnieje tyle trudności już z samym dobraniem definicji ludzkiej natury (a to samo dotyczy praw i godności człowieka), to na jakiej podstawie można twierdzić, że biotechnologia zmieni naturę człowieka? Niewątpliwy talent autora sprawia, że pomimo wahań czytelnik łatwo podąża jego tropem. Czuje bowiem, czym jest jego własna, a więc i ogólnoludzka, natura i jak wielkim dla niej zagrożeniem jest ingerencja w nasze geny. Tu pojawia się druga sprzeczność: Fukuyama trafia raczej do duszy niż do rozumu czytelnika, pomimo że używa racjonalnego (by nie powiedzieć naukowego) języka i wyposaża tom w obszerną bibliografię i liczne przypisy. Przytoczmy choćby tezę dotycząca wydłużenia życia człowieka. Fukuyama roztacza wizję nowego świata, opartą zresztą solidnie na w pełni dowiedzionych obserwacjach demografów. Twierdzi, że wraz z przedłużeniem życia dzięki nowej farmakologii oraz z wprowadzeniem biotechnologicznych nowości (medycyna reperacyjna, leki nowej generacji i medykamenty skrojone na miarę pacjenta dzięki znajomości jego genów), dominującą liczebnie grupą ludzi będą nie tyle starcy, co wiekowe kobiety. To lobby miałoby w przyszłości zdominować światową politykę i ekonomię. „Uwaga” – woła autor – „zagraża nam kobieca gerontokracja!”. Opis przyszłości dopełnia wizja społeczeństwa, w której pozbawione możliwości rozrodczych i pracy, znudzone i zdesperowane hordy osobników o niezbyt klarownej płci staną się plagą. Zgrabne połączenie Al-Kaidy z „Gwiezdnymi wojnami”.


VIAGRA, PROZAC I RITALIN
Ale czyhać mają na nas nie tylko futurystyczne wizje. Według Fukuyamy nawet bez biotechnologii jesteśmy już dziś na najlepszej drodze do poczłowieczeństwa. Szerokie zastosowanie klonowania ludzi, hodowli organów zastępczych z komórek macierzystych pacjenta lub z zarodków sklonowanych dla potrzeb terapeutycznych czy przedimplantacyjnego selekcjonowania zarodków nie są jedynym zagrożeniem. Również modyfikowanie ludzkiej informacji genetycznej, tak by nasze dzieci były bardziej inteligentne, miały lepszą pamięć i nie zapadały na raka, parkinsona czy alzheimera, oraz, co ważniejsze, przekazywały nowe geny swemu potomstwu, nie są bezwzględnie konieczne, aby zagrozić współczesnej cywilizacji. Bowiem dostępne już dziś neurofarmaceutyki, jak prozac czy ritalin (dwa ulubione, i niestety, nazbyt często powtarzające się w książce przykłady), są używane nie tylko do celów leczniczych, ale i do poprawiania, czy, jak mówi autor, „wzmocnienia” (enhancement) człowieka. Pyta on, jak wyznaczyć granice pomiędzy pseudowzmacniającą, a leczniczą funkcją produktów syntezy chemicznej nowej generacji? Czy w przyszłości nie tylko marihuana, ale i amfetamina zostaną wpisane na listę medykamentów? A przecież farmakologia nie zatrzyma się na viagrze, prozacu czy ritalinie. Według Fukuyamy, który, jak się okazuje, po prostu nie wierzy w instynkt samozachowawczy Człowieka, jesteśmy w matni.


DEMOKRACJA A POCZŁOWIECZA PRZYSZŁOŚĆ
Równie alarmistyczne, co selektywnie dobrane argumenty nie prowadzą jednak Fukuyamy do wyłącznie pesymistycznych wniosków. Typowo amerykański optymizm autora widać, kiedy po horrorach pierwszej części książki bez mrugnięcia powieką nazywa biotechnologię „nadzieją ludzkości” w drugiej. Autor pyta retorycznie: czyż to nie wyłącznie dzięki biotechnologii uda nam się wykarmić rosnącą w szybkim tempie ziemską populację?; czyż przedłużenie życia do granic nieśmiertelności to nie odwieczne marzenie ludzkości?; czyż życie bez raka, stwardnienia rozsianego, cukrzycy to nie ideał szczęścia? Aby go osiągnąć, musimy spełnić najważniejszy warunek: racjonalnie stosować nowe wynalazki i odkrycia. W ostatnich rozdziałach Fukuyama przedstawia krótką historię regulacji prawnych i wizję kontrolowania osiągnięć biotechnologicznych w najbliższej przyszłości.
Konieczność ustawowej regulacji nowych technologii pojawiła się po wyprodukowaniu przez Stany Zjednoczone bomby atomowej latem 1945 r. Po latach świadomość ta zaowocowała porozumieniami o nierozprzestrzenianiu broni masowego rażenia. Na przeciwnym biegunie znajduje się technologia informatyczna (światowa sieć komputerowa, internet), która rozwija się praktycznie bez ustawodawczej kontroli. Szeroko pojęta biotechnologia (zarówno klonowanie ludzi, jak modyfikowanie genetyczne zwierząt, roślin i człowieka) plasuje się gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. A powinna znaleźć się bliżej bomby atomowej.
Kto i w jaki sposób powinien kontrolować biotechnologię? Istnieją dziś według Fukuyamy dwa główne modele: amerykański i europejski. Amerykański oparty jest na przesłance, że postęp technologiczny służy gospodarce, więc powinien być wspierany przez państwo. W skrócie: czym mniej regulacji, tym lepiej. Przykładem decyzja prezydenta Reagana uznająca produkcję organizmów genetycznie zmodyfikowanych (GMO) za taką samą technologię co wytwarzanie żyletek. W jej wyniku w USA do tej pory nie istnieje obowiązek informowania konsumenta o genetycznej modyfikacji sprzedawanej żywności (co zresztą blokuje jej dostęp do rynków europejskich). Podobnie jest z klonowaniem ludzi, które podlega nadzorowi FDA (Food and Drug Administration), agendy powołanej do kontroli produkcji i dystrybucji leków. W prawodawstwie amerykańskim ludzki klon ma status lekarstwa, a klonowanie ludzi ścigane ma być na tej samej zasadzie co handel nie zatwierdzonymi przez FDA środkami medycznymi.
Zupełnie inne podejście istnieje w Europie. Tutaj społeczeństwa cechuje wyraźna (choć według Fukuyamy, i nie tylko, nieuzasadniona naukowo) obawa przed skutkami spożywania genetycznie zmodyfikowanych produktów, a najmniejszy udział GMO w produktach spożywczych musi być wyraźnie zaznaczony na opakowaniu. To wpływ, nie mającej zresztą nic wspólnego z biotechnologią, atakującej ludzi choroby szalonych krów (BSE). 
Fukuyama dostrzega moralną wyższość podejścia europejskiego. Ale na tym koniec; nie uważa, aby było ono zasadne w USA. Nie zastanawia się jednak nad tym, jakie skutki wywoła pojawienie się BSE w Ameryce. A może to nastąpić już niedługo i okazać się ekonomicznym 11 września. Wówczas amerykańskiej filozofii wolnego rynku zagrozi załamanie, tak jak atak na WTC i Pentagon zagroził amerykańskiej polityce liberalnej. 
Światowy system kontrolny biotechnologii w ujęciu Fukuyamy powinien być hybrydą systemu amerykańskiego i europejskiego, z akcentem na ten pierwszy. Poza zakazem klonowania ludzi, najbardziej palące byłoby: 1) ustanowienie światowych reguł diagnostyki prenatalnej i przedimplantacyjnej (głównie ze względu na jej powszechne stosowanie, i to już od dawna, do eliminowania żeńskich płodów w krajach Azji, co grozi poważnymi konsekwencjami demograficznymi, społecznymi i ekonomicznymi); 2) wprowadzenie zakazu genetycznego modyfikowania ludzkich komórek linii płciowej (czyli dziedzicznego wprowadzania lub usuwania genów u ludzi), tworzenia chimer ludzko-zwierzęcych (aby zapobiec np. realizacji pomysłu tworzenia osobników będących mieszanką komórek człowieka i goryla, wysuwanego swego czasu przez byłego dyrektora Centrum Badań Naczelnych z Emory University Geoffrey’a Bourne) oraz produkcji nowych środków psychotropowych. 
Kontrola powinna być oczywiście systematycznie dostosowywana do zmieniającego się stanu wiedzy. A to wymaga, zarówno od ustawodawcy, jak państwa, nie tylko nadzoru, ale i odpowiedniej wiedzy. Tylko współpraca polityków, naukowców, lekarzy, teologów, filozofów, prawników może wydać owoce w postaci panowania nad biotechnologiczną rewolucją. Fukuyama twierdzi, i tu trzeba mu przyznać rację, że epoka komitetów doradczych skupiających bioetyków nie mających decydującego wpływu na podejmowanie decyzji przez rządy, dobiega końca. Teraz ludzie ci muszą uzyskać realny wpływ na kontrolę biotechnologicznych zastosowań. 
Zbiegiem okoliczności właśnie teraz ogłoszono we Francji skład nowego rządu i okazało się, że weszły do niego dwie osoby znane z wysokich kompetencji bioetycznych i pełnej determinacji do radykalnego stosowania prawa w kwestiach dotyczących biotechnologii: Jean-François Mattei (lekarz i genetyk) – minister zdrowia i Noëlle Lenoir (prawniczka i bioetyczka) – minister do spraw europejskich. To znak, że rządzące Francją elity dostrzegły konieczność fachowej regulacji prawnej postępu nauki i konieczność kontroli biotechnologii nie tylko w kraju, lecz także w skali kontynentu. Ale czy inne społeczeństwa również gotowe są do zaakceptowania nowej biopolityki i biotechnologicznej globalizacji? To pytanie podstawowe. 


NADZIEJA W PRAWDZIWEJ WOLNOŚCI
Fukuyama nie tylko straszy. Chcąc dodać otuchy, kończy książkę słowami: „Nie musimy być niewolnikami nieuchronnego postępu technologicznego, jeśli postęp ten nie służy dobru ludzkości. Prawdziwa wolność to wolność politycznych społeczności do obrony najdroższych im wartości. Takiej właśnie wolności powinniśmy doświadczyć dziś, w obliczu rewolucji biotechnologicznej”. Jego oświecony, umiarkowany neo-konserwatyzm ma nas przekonać, że jeśli zechcemy, to będziemy w stanie odroczyć, nieuniknione skądinąd, nadejście poczłowieczej historii. Pod jednym jednak warunkiem: że będziemy kierować się (amerykańskim?) pragmatyzmem. Tak sformułowany wniosek może wzbudzić entuzjazm... ale chyba tylko za oceanem.


Autor jest pracownikiem naukowym francuskiego CNRS (Narodowe Centrum Badań Naukowych) i laboratorium Biologii i Genetyki Rozwoju Uniwersytetu w Rennes (Francja). Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl