Rzecznik
jako oszust zawodowy

MARCIN KRÓL



Ostatnio, po aferze z telerankiem, rzecznik TVP powiedział, że telewizja publiczna jest niewinna, bo to przecież rodzice powinni pilnować, co dzieci oglądają (potem trochę się wycofał). Jest to jednak typowa postawa każdego rzecznika w każdej instytucji w Polsce. Zadaniem rzecznika, zastępów rzeczników, tysięcy rzeczników (bo nawet powiat ma rzecznika i więziennictwo ma rzecznika i koleje mają rzecznika i – co najśmieszniejsze – niektóre gazety mają rzeczników) jest nie informowanie zainteresowanych, lecz obrona własnej instytucji i to za wszelką cenę. Jest to jednak tylko pierwsze zadanie, drugie polega na tym, że jeżeli szef lub inny przedstawiciel danej instytucji się zapędzi, rzecznik mówi coś zupełnie innego lub wręcz odwrotnego. Tak czyni na przykład rzecznik premiera Michał Tober. Innymi słowy w Polsce zawód rzecznika polega na tym, żeby nie mówić prawdy.
Czy utrzymywanie zawodowych kłamców jest w interesie publicznym oraz w interesie poszczególnych instytucji? Oczywiście, że i te kilka (jeżeli nie kilkanaście) tysięcy posad jest słusznie obsadzone. Przecież gdybyśmy dowiadywali się prawdy na rozmaite tematy, to by się nam żyć odechciało, a tak możemy udawać, że wierzymy rzecznikom i udawać sami przed sobą, że nie jest tak źle. 
Amerykański socjolog, znający zresztą język polski i wiele piszący o Polsce, Jeffrey Goldfarb, opublikował przed laty książkę zatytułowaną „Cyniczne społeczeństwo”. Pokazał w niej, między innymi, że politycy w trakcie kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych kłamią, że wyborcy wiedzą dokładnie kiedy i pod jakim względem politycy kłamią, a jednak w swoich wyborczych decyzjach powodują się tymi, znanymi im świetnie kłamstwami. Słowem, wszyscy kłamią, a interes toczy się dalej. W Polsce jest podobnie, a szczególną rolę w tej procedurze odgrywają rzecznicy. Nie mam do nich żadnych pretensji – taki fach, jeden jest murarzem, drugi cieślą, trzeci kłamcą. W naszych społeczeństwach, a zwłaszcza w Polsce są oni niezbędni.
Wyobraźmy sobie dyrektora Polskich Kolei Państwowych, który mówi, że sytuacja jest tragiczna, a będzie tylko gorsza, że szybkie koleje uruchomimy najwcześniej za kilka lat i tak dalej. Przecież musiałby ustąpić ze stanowiska. A rzecznik mówi, że kolej się dynamicznie rozwija, w tym roku przewiozła o 10 procent więcej pasażerów niż w minionym, a dochody (chociaż są tylko starty) będą przeznaczone na unowocześnienie taboru. I tak na każdym poziomie z rządem włącznie. Powinniśmy nie tylko szanować rzeczników, ale być im niesłychanie wdzięczni za to, że nie dopuszczają nas do prawdziwych wiadomości. Bo i co mi z informacji, że kolej bankrutuje? Przecież jej nie wesprę finansowo. A co mi z informacji, że nauczycielom nie wypłaca się ustawowych premii? Wolę tego wszystkiego nie wiedzieć, chociaż wiem, wolę udawać przed sobą i wolimy wszyscy, że nie jest tak źle, że szef kasy chorych nie jechał pijany, tylko alkomat był bez atestu. W ogóle to wszyscy, którzy nami rządzą i kierują życiem publicznym nie mają atestu, ale kto miałby im go przyznać, skoro sami się go pozbawili.
I tylko smutny filozof w zaciszu swojej werandy toczy czcze rozważania nad przewagą prawdy nad kłamstwem, ale po co on komu. Filozof to w przeciwieństwie do rzecznika – zawód społecznie zbędny.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl