Koniec UOP, początek niewiadomej

Krzysztof Kozłowski



W ub. tygodniu sejmowa komisja specjalna ds. specjalnych pozytywnie oceniła działalność Urzędu Ochrony Państwa w 2001 r. Mimo to UOP przestał istnieć. 
W sobotę 29 czerwca 2002 r. o północy powieszono tabliczki z nowymi nazwami: Agencja Wywiadu, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Między godz. 24 a 3 nad ranem zwolniono ze służby około 500 funkcjonariuszy b. UOP, którzy przez chwilę tylko stali się funkcjonariuszami nowych agencji. Każdemu zwolnionemu oficerowi poświęcono więc ok. 2 sekund. Pytanie brzmi: kto i na jakiej podstawie przygotował zawczasu imienny wykaz zwalnianych? Wszyscy zwolnieni (a będzie ich bez wątpienia więcej) powinni to sprawdzić odwołując się aż do Sądu Administracyjnego.



W czwartek 8 marca 1990 r. parę minut przed 8 rano jechałem tramwajem z hotelu sejmowego na ul. Rakowiecką. Kiedy zjawiłem się w biurze przepustek Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Rakowieckiej w Warszawie, pełniący tam służbę funkcjonariusz zapytał: Pan do kogo? Odpowiedziałem: Ja do pracy... Zażądał legitymacji. Oczywiście nie miałem... 
Tego dnia na polecenie premiera Tadeusza Mazowieckiego objąłem funkcję podsekretarza stanu w resorcie mającym nie tylko jak najgorszą tradycję, ale wciąż – choć od powstania pierwszego demokratycznego rządu RP minęło ponad pół roku – uznawanym za ostoję starego systemu. Zadanie brzmiało: stworzyć cywilne ministerstwo, służące demokratycznemu państwu, a nie aktualnej ekipie rządzącej i doraźnym rozgrywkom politycznym.

 
WIELKA REFORMA
Najważniejszą i najtrudniejszą wydawała się wtedy reforma służb specjalnych. Była to armia 25 tys. ludzi noszących legitymacje SB, uchodzących za twardogłowych obrońców PRL. Wielu z nich miało na sumieniu nie tylko walkę z opozycją, ale i czyny, które w państwie prawa powinny być zakwalifikowane jako przestępstwa. 
Nic dziwnego, że pojawiły się sugestie, by sięgnąć po tzw. opcję zerową – rozwiązać dotychczasowe służby i stworzyć całkiem nowe struktury. Pojawiało się jednak pytanie: czy to wykonalne? Przecież państwo nie mogło pozostać – choćby i przez krótki czas – bez wywiadu i kontrwywiadu. A poza tym skąd pewność i gdzie gwarancja, że nowi funkcjonariusze będą lepsi – tak pod względem fachowym, jak nawet (co potwierdziło się w przyszłości) moralnym?
Siłą rzeczy nowi ludzie w resorcie musieliby pochodzić „z łapanki”. Nie było bowiem tak, że do pracy w reformowanych służbach specjalnych ustawiały się tłumy chętnych. Charakterystyczne, że starsi działacze opozycji demokratycznej najczęściej odmawiali prośbom o pomoc – jednym z nielicznych wyjątków był Andrzej Milczanowski. Na służbę w resorcie godzili się zwykle ludzie poniżej 30-tki, zwykle z niezależnego harcerstwa oraz ruchu Wolność i Pokój. 
Sytuacja była więc trudna: trzeba było zlikwidować ogromny aparat przemocy oraz stworzyć służby dla demokratycznego państwa, a nie istniała żadna baza, na której można by się oprzeć. Kiedy nie wiadomo, jak się zachować i co robić, to najlepiej uciec się do zasad podstawowych i najprostszych metod. Z gronem współpracowników uznałem, że nie możemy używać metod poprzedniego systemu. Dlatego odrzuciliśmy myślenie: „kto nie był z nami, ten był przeciwko nam” oraz regułę odpowiedzialności zbiorowej. Efektem była analiza działalności służby bezpieczeństwa PRL: które jej aspekty były niewybaczalne, a co było jedynie przypadkowe. Wytypowaliśmy te struktury PRL-owskiego MSW, które były rzeczywiście szkodliwe, bo zajmowały się walką z polską inteligencją, z Kościołem, z „Solidarnością” czy z polskimi chłopami. Te zlikwidowaliśmy, bo ich „usługi” były nie tylko moralnie złe, ale i niepotrzebne demokratycznemu państwu.
Uznaliśmy natomiast, że III RP potrzebny jest nadal wywiad i kontrwywiad – w tych pionach zarządziliśmy więc weryfikację pracowników. Tu użyliśmy dwóch kryteriów. Pierwszym był wiek. Uderzające było, że czym starsi byli funkcjonariusze, tym mniej rozumieli, co się w Polsce stało, na czym polega istota nowego państwa i czym różni się premier Mazowiecki od I sekretarza partii komunistycznej. A jeżeli ktoś nie rozumiał głębokości zmian, to musiał opuścić resort. Właśnie gilotyna 55 roku życia, spowodowała, że automatycznie odeszło całe kierownictwo MSW. Powyżej tego wieku nawet nie przeprowadzaliśmy weryfikacji. Kryterium drugim – stosowanym już podczas weryfikacji – był przebieg służby. W służbach specjalnych RP nie miało być miejsca dla przestępców bądź ludzi szczególnie gorliwie zwalczających opozycję demokratyczną za PRL. W efekcie 10 tys. funkcjonariuszy SB w ogóle nie próbowało stanąć do weryfikacji – bo albo byli za starzy, albo pracowali w departamentach, które miały niedobrą przeszłość.
Weryfikacja dotyczyła więc w praktyce jedynie oficerów wywiadu i kontrwywiadu PRL bądź służb pomocniczych. Było jednak jasne, że poza przeglądem kadr trzeba będzie przeprofilować kierunki pracy tych służb. Dotyczyło to zwłaszcza wywiadu, który w PRL operował wyłącznie na kierunku zachodnim. Teraz należało zadbać też o informacje na kierunku wschodnim, bo ten obszar stał się dla Polski najbardziej interesujący. Tymczasem nie mieliśmy tam żadnych aktywów i doświadczeń. 
Ale i odnośnie kierunku zachodniego było sporo do zrobienia. Wprawdzie wywiad PRL miał tam struktury i sporo sukcesów, ale jego działalność – a co za tym idzie metody – miała charakter agresywny i wrogi wobec krajów zachodnich. Nie ma się co dziwić, że nawet po 1989 r. były one nieufne wobec Polski. Przyglądały się naszym reformom, ale wciąż czuć było dystans. A my chcieliśmy, by uznały nas wreszcie za sojuszników. 
Przełomem okazała się operacja iracka. Do niej Stany Zjednoczone uważały, że Polska wprawdzie wyszła już z orbity radzieckiej, ale nie znaczyło to, że jest wiarygodnym sojusznikiem. Ratując oficerów CIA udowodniliśmy, że potrafimy być skuteczni i lojalni, więcej: że jesteśmy gotowi ryzykować życiem naszych ludzi dla wspólnej sprawy. 
Z kolei w przypadku kontrwywiadu pojawiła się wątpliwość, czy funkcjonariusze, którzy dotąd współpracowali, a często pośrednio podlegali, służbom radzieckim, będą w stanie teraz chronić Polskę przed służbami ZSRR, a później Rosji – czyli może przed swymi byłymi towarzyszami. Przecież do 1989 r. po korytarzach i pokojach na Rakowieckiej kręcił się rój „radzieckich”... Nadzieję budziło co najwyżej to, że – w przeciwieństwie do innych krajów bloku wschodniego – oficerowie polskiego wywiadu i kontrwywiadu nie przechodzili szkoleń w ZSRR. Rychło okazało się, że znaczenie mają też czynniki psychologiczne: m.in. to, iż ludzie, którzy przez lata czuli podległość wobec „radzieckich” chcieli się teraz wykazać i odegrać. Dlatego dość szybko kontrwywiad mógł się pochwalić pierwszymi efektami w postaci likwidacji agentów rosyjskich. 
Kwestią ustrojową było natomiast nadanie resortowi spraw wewnętrznych cywilnego charakteru – niezbędnego, jeśli chcieliśmy nazywać III RP państwem demokratycznym. Tak naprawdę nikt nie wiedział, jak z przesiąkniętego wojskowo-milicyjnym drylem komunistycznego MSW stworzyć struktury sprawne i skuteczne, ale poddane społecznej kontroli. Zaczęliśmy od obsadzenia najważniejszych stanowisk cywilami: po odejściu gen. Kiszczaka, tak minister, jak wiceministrowie i szef UOP-u byli cywilami. Z czasem cywili było coraz więcej także na niższych szczeblach resortu. 
Ważne pytanie dotyczyło podporządkowania służb specjalnych. Nie sposób było oddać ich prezydentowi, którym był wówczas gen. Jaruzelski. Z innych względów nie wydawało się korzystne przekazanie ich pod zwierzchnictwo premiera: Tadeusz Mazowiecki miał ma głowie wielką reformę całego państwa, a na dodatek przejęcie przez niego zwierzchnictwa nad służbami specjalnymi oznaczało, że w razie wpadki pierwszy demokratyczny premier III RP ponosiłby za to bezpośrednią odpowiedzialność. 
Choć więc dostrzegaliśmy z Mazowieckim absurdalność dotychczasowych rozwiązań – zwłaszcza ulokowania wywiadu w strukturze ministerstwa spraw wewnętrznych – wspólnie uznaliśmy, że UOP należy pozostawić w gestii MSW. Dzięki temu gdyby, na przykład, naszym ludziom powinęła się noga w Iraku, premier mógłby stwierdzić: to Kozłowski jako minister i Milczanowski jako szef UOP przekroczyli swoje uprawnienia, i nas zdymisjonować. Rząd pozostałby czysty.
Służby miały być odtąd apolityczne – czyli służyć jedynie państwu, a nie jakiejkolwiek partii czy ekipie rządzącej. Stąd nazwa: UOP. Dlatego UOP należało chronić przed naciskami politycznymi, a równocześnie tępić jakiekolwiek pomysły odgrywania przez urząd własnej roli politycznej. To się nie udało: wprawdzie UOP nigdy nie stał się podmiotem gry politycznej, ale zdarzało się mu ulegać próbom wykorzystania go jako instrumentu w walce partyjnej. Przez 12 lat historii nie uchronił się przed presją prezydenta, premierów, niektórych ministrów spraw wewnętrznych, a później koordynatorów ds. służb specjalnych. Jest to największa porażka służb specjalnych III RP.


CO ZMIENIAĆ, JAK I KIEDY
Dlatego zmiany w służbach specjalnych są potrzebne. Nie jestem przywiązany do struktur. Owszem, byłem pierwszym szefem UOP-u – ale nie jestem bezkrytyczny wobec ukochanego dziecka. Tyle że przeprowadzane właśnie przez rząd Leszka Millera reformy wcale nie są zmianami na lepsze. 
Oczywiście umiejscowienie wywiadu w resorcie spraw wewnętrznych było absurdem – przecież wywiad działa na zewnątrz kraju. Na dodatek połączenie w jednej strukturze UOP-u wywiadu i kontrwywiadu dawało jej olbrzymią – może zbyt dużą? – władzę. Lecz kiedy obie służby podporządkowuje się premierowi i rozdzieli wywiad od kontrwywiadu, to powstają inne problemy. Mogą wystąpić kłopoty z koordynacją działań, a przecież w wielu sprawach (walce z przestępczością międzynarodową, terroryzmem itd.) informacja wywiadu jest warunkiem skutecznych działań kontrwywiadu. Może nasilić się źle rozumiana konkurencja (np. w staraniach o budżet), a już na pewno wzrośnie liczba stanowisk kierowniczych oraz koszty działalności obu służb. 
Reforma – wbrew pozorom – nie rozgranicza precyzyjnie kompetencji służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa: cywilnych, wojskowych, policji, straży granicznej. A panuje przecież w tej mierze niebywały bałagan. Przykładowo: w pierwszych latach III RP w policji nie istniał pion ds. przestępczości zorganizowanej i ochrony istotnych interesów gospodarczych państwa. Zajmował się więc tym UOP. Z czasem struktura taka powstała, a następnie do zwalczania najpoważniejszych przestępstw powołano jeszcze Centralne Biuro Śledcze. Jako że nigdy nie ustalono do końca zakresu zainteresowań tych służb, pojawiły się konflikty. Teraz w miejsce kontrwywiadu UOP powstaje Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ale nadal nie wiadomo, jak jej działalność ma się choćby do działalności CBŚ. Nie są znane reguły koordynacji i nie wiadomo, kto miałby rozstrzygać ewentualne spory kompetencyjne. W rezultacie funkcjonariusze obu służb będą sobie wzajem deptać po piętach i przeszkadzać. Może też się zdarzyć, że pojawią się sprawy, którymi nie zajmie się żadna ze służb, bo każda sądzić będzie, iż to zadanie tej drugiej. 
Autorzy reformy zapewniali, że chcą połączyć, a przede wszystkim poddać kontroli cywilnej także wojskowe służby specjalne. Założenie jest słuszne. Między UOP-em a służbami wojskowymi zawsze istniał dystans, a nawet konkurencja – nigdy zaś nie było ścisłej współpracy. Wojskowe Służby Informacyjne uchodziły nadto za skutecznie wymykające się jakiejkolwiek kontroli cywilnej. Można wszelako dowodzić, że rząd skazany na jedno źródło informacji może być przez nie manipulowany, więc utrzymanie dwóch źródeł wiadomości – w postaci służb cywilnych i wojskowych – jest przynajmniej częściowym zabezpieczeniem. Co jednak ważniejsze: okazało się, że służby wojskowe oparły się i obecnej reformie. Nie będzie więc żadnego scalenia: pozostanie tak wywiad, jak kontrwywiad wojskowy. Mówi się jedynie, że wywiad wojskowy skoncentruje się na krajach mogących bezpośrednio zagrażać Polsce. Ale by wiedzieć, że można ograniczyć aktywność wywiadowczą w regionach, które są mało dla nas groźne, nie trzeba reformy i specjalnej ustawy. Swego czasu wywiad UOP bez większego zadęcia zrezygnował z penetrowania obszarów, o których wiedza nie była nam potrzebna i skupił się na tym, co ważne.
Wszystkie te zmiany strukturalne wiążą się oczywiście z ruchami personalnymi. Weryfikacja funkcjonariuszy na początku lat 90. trwała kilka miesięcy, a i tak zdarzyły się błędy. Obecne działania są brutalniejsze: 6 tys. funkcjonariuszy UOP ma być zweryfikowanych w ciągu dwóch tygodni – i albo dostaną angaż w agencjach: Wywiadu bądź Bezpieczeństwa Wewnętrznego, albo nie. W ten sposób pracę straci od 600 do 900 oficerów. W niektórych delegaturach UOP zwolnionych zostanie nawet i po 40, co musi się odbić na skuteczności służb. Redukcje mają wreszcie wymiar czysto ludzki. Jeśli dotkną funkcjonariusza pracującego w resorcie jeszcze od czasów PRL, to przysługiwać mu już będzie emerytura. Ale co zwolnienie oznaczać będzie dla tych, którzy przyszli do UOP po 1990 r. i nie mają jeszcze 15 lat wysługi, czyli prawa do nawet częściowej emerytury, a odprawy są siłą rzeczy niskie? Ci poświęcili na służbę w UOP 10 lat życia, a teraz będą musieli zmienić zawód. Są, co gorsza, przesłanki, że to oni będą zwalniani w pierwszej kolejności – ich bowiem obecne kierownictwo służb traktuje jako niepewnych politycznie. Styl rządzenia ekipy Leszka Millera dowodzi zaś, że w jej myśleniu obecne jest zakorzenione głęboko w przeszłości przekonanie, iż prawdziwą władzę ma się dopiero po opanowaniu przy pomocy swoich ludzi trzech sfer: mediów, centralnych ogniw gospodarki oraz właśnie służb specjalnych. 
Znamienne jest też, że wbrew zapowiedziom zmiany nie wzmacniają kontroli cywilnej nad służbami. Podstawowym jej instrumentem pozostaje komisja sejmowa (opanowana przez koalicję rządzącą). Nie spróbowano wzmocnić pozycji kolegium służb specjalnych – organu złożonego z szefów kluczowych w państwie resortów, którzy powinni wyznaczać służbom specjalnym zadania zgodnie z aktualnymi potrzebami państwa. Rola służb w państwie nie polega przecież na sporządzaniu raportów na wybrane przez nie tematy. To państwo, które utrzymuje służby, musi też je – jak mawia się w resortowym slangu – „zadaniować”. Ponadto jeżeli wywiad i kontrwywiad nie otrzymują zadań od rządu, to zaczynają je wytyczać sobie same. A to bywa groźne. Kolegium zaś i w przeszłości nie potrafiło stawiać służbom precyzyjnych wymagań. 
Upolitycznienia służb dowodzi i to, że na czele Agencji Wywiadu stanął czynny polityk – Zbigniew Siemiątkowski, prominentny członek SLD. Cokolwiek mówić o poprzednich szefach służb, to nie byli oni tak jednoznacznie powiązani z ugrupowaniami politycznymi. A reguła jest prosta: przełożony tylko wtedy może skutecznie wymagać od podwładnych apolityczności, jeśli sam nie jest partyjny i interesuje go wyłącznie dobro państwa.

 
RAPORT – I CO Z TEGO
W ub. tygodniu sejmowa komisja specjalna analizowała raport nt. działalności UOP w roku 2001. Większość członków komisji to posłowie SLD, którzy mogli być zainteresowani w wykazaniu służbom błędów i wpadek. Jednak urząd otrzymał pozytywną opinię – zarzuty dotyczyły, jak co roku, jedynie powiązań politycznych. Mimo to rząd upiera się przy zmianach. Więcej, reforma, której cele i zalety są tak trudno uchwytne, została nagłośniona jako jeden z głównych celów rządów SLD. 
Naturalnie nie ma idealnych rozwiązań, które w każdej sytuacji chroniłyby przed politycznym manipulowaniem służbami, a równocześnie zapewniały skuteczną ich pracę. Ale wielomiesięczna niepewność co do losów UOP – zapowiadanie przekształceń połączonych ze zwolnieniami, musiało osłabić efektywność urzędu. Oficerowie, którzy zastanawiają się, co zrobi z nimi nowa władza, nie mają głowy do pracy. A przecież to nie czołgi i samoloty, lecz zdobywane przez wywiad i kontrwywiad informacje są naszym jedynym atutem w NATO oraz najlepszą gwarancją zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego. Polska tymczasem właśnie teraz sama osłabia swój potencjał i możliwości w sferze służb specjalnych.

 

Krzysztof Kozłowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl