Wątpliwości wokół przyszłości NATO


Luka euroatlantycka – szczelina

czy przepaść?

Stanisław Koziej



Wydawało się, że jesienny szczyt NATO w Pradze zajmie się trzema trudnymi zadaniami: rozszerzeniem, relacjami z Rosją i wewnętrznymi zdolnościami Sojuszu. Dwie pierwsze kwestie rozwiązano w spektakularnych „majowych przedbiegach rosyjsko-zachodnich”. Pozostaje jednak sprawa zapewnienia polityczno-strategicznej i operacyjnej skuteczności NATO oraz jedności działania jego członków.



Nie tak dawno w Londynie przysłuchiwałem się interesującej konferencji na temat strategicznych relacji między USA i Europą. Po początkowej wymianie grzeczności i poetyckich haseł („musimy, chcemy i będziemy razem”), dyskusja przeszła do prozy, by po chwili osiąść na rafie zdolności obronnych, a konkretnie na rosnącej luce strategicznej ulokowanej gdzieś nad Atlantykiem (i częściowo nad Wielkimi Jeziorami, bo Kanada w tej dziedzinie przestaje razem z Europejczykami). Warto przyjrzeć się kilku kwestiom, które spędzają sen z powiek analitykom strategicznym, i które w miarę zbliżania się listopadowego praskiego szczytu NATO będą coraz dokuczliwsze dla polityków.


NAGA EUROPA
Zaniepokojenie wspomnianą luką strategiczną wzmogło się po rozpoczęciu kampanii antyterrorystycznej w Afganistanie. Chodziło w niej, inaczej niż dwa lata wcześniej w Kosowie, o amerykański interes narodowy. USA wolały nie ryzykować i nie tylko nie wypuściły z rąk kierowania kampanią, ale nawet nie kwapiły się do skorzystania z oferty pomocy europejskich sojuszników. Z trudem obmyślono formy aktywności w ramach najsilniejszej broni NATO, jaką jest art. 5. paktu [sojusznicy, w przypadku napaści na jednego z nich, muszą natychmiast podjąć akcję obronną – red.]. Europejski król, na tle potęgi amerykańskiej, okazał się nagi.
Otóż wbrew potocznemu mniemaniu luka między Europą a USA polega nie tylko na różnicy technologicznej czy na europejskich problemach z interoperacyjnością na polu walki. Idzie też o brak jednolitości myślenia: inaczej do współczesnych problemów bezpieczeństwa podchodzą po 11 września Amerykanie, inaczej Europejczycy. Dla tych pierwszych głównym celem jest walka z terroryzmem międzynarodowym – poważna i prowadzona wszelkimi środkami. Chodzi o wykluczenie możliwości przekształcenia obecnej, początkowej formy terroryzmu globalnego w superterroryzm z użyciem broni masowego rażenia. Europa nie chce przyjąć takiej linii postępowania, ale... nie proponuje żadnej alternatywy. Zamiast tego kontestuje, krytykuje, a w najlepszym przypadku zgłasza wątpliwości wobec propozycji amerykańskich. 
Charakterystycznym przykładem jest sprawa „osi zła”, czyli przedstawionej przez prezydenta George’a W. Busha listy państw zagrażających zdaniem Amerykanów bezpieczeństwu międzynarodowemu. Europejczycy od razu zaczęli szukać „dziury w całym”: a to Korea Północna nie pasuje do tego zestawu, a to nie powinno się teraz „czepiać” Iranu, zaś Irak lepiej zostawić w spokoju, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. A jednak wymienione państwa łączą aż cztery, ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa międzynarodowego, elementy: skłonność do nie respektowania postanowień międzynarodowych, dążenie do posiadania broni masowego rażenia, możliwość zwiększania rakietowego potencjału przenoszenia broni masowego rażenia oraz bardziej lub mniej otwarte sprzyjanie metodom i ugrupowaniom terrorystycznym. W Europie tej logiki „osi zła” nie zauważono.


CZAS NA DECYZJE
Rozmowę o zwartym sojuszu euroatlantyckim utrudniają różnice koncepcyjne między USA i Europą. Czy uda się wypracować jednolite stanowisko strategiczne w ciągu kilku miesięcy, jakie zostały do szczytu w Pradze? Taką nadzieję daje choćby osiągnięcie porozumienia w kontestowanej przez Europejczyków sprawie amerykańskiej obrony przeciwrakietowej. Na razie więcej jest jednak wątpliwości, głównie z powodu małej kreatywności strategicznej europejskich partnerów USA.
Nierównowaga między Europą a Stanami Zjednoczonymi rzuca się w oczy w tak kluczowych obszarach jak potencjał informacyjny (w tym „cyfryzacja” działań zbrojnych), mobilność strategiczna, efektywność broni precyzyjnej czy żywotność sił zbrojnych – czyli ich odporność i zdolność do skutecznego działania – w warunkach zagrożenia lub użycia przez przeciwnika broni masowego rażenia. Amerykanie słusznie eksponują ten ostatni czynnik – świadczy to o ich perspektywicznym podejściu do spraw bezpieczeństwa. Brak wystarczającej obrony przed bronią masowego rażenia może rozbić koalicję w najbardziej krytycznym momencie, np. w przypadku szantażu ze strony przeciwnika. Potrzebna jest dokładna analiza takich zagrożeń, zapewnienie środków ochrony na własnym terytorium i dla wojsk wysyłanych w odległe rejony kryzysowe, a także intensywne, wspólne szkolenie. 
Jest jeszcze tzw. „różnica prędkości”, z jaką euroatlantyccy partnerzy poruszają się w dziedzinie bezpieczeństwa. USA planują w najbliższym roku zwiększenie wydatków obronnych o kwotę porównywalną z sumą budżetów obronnych Wielkiej Brytanii i Włoch. Nakłady na amerykańskie prace badawczo-rozwojowe wzrosną o sumę, jaką na ten cel wydają dziś Francja i Niemcy razem wzięte, a warto przypomnieć, że pod względem bieżących wydatków na badania i rozwój Amerykanie przewyższają Europejczyków dwudziestokrotnie. W takiej sytuacji odruchowym rozwiązaniem wydaje się zwiększenie także europejskich wydatków obronnych. Wielu uczestników wspomnianej konferencji tak właśnie stawiało sprawę, tyle że w pewnym momencie ktoś przytomnie zapytał: czy ważny w Europie polityk zyska głosy wyborców, nawołując do zwiększenia wydatków na więzi transatlantyckie? Dyskutantom pozostała recepta bardziej skomplikowana, ale realniejsza: musimy efektywniej wydawać to, co już na obronę przeznaczamy.
Sojuszniczym lekarstwem na „chorobę luki” miało być powstanie inicjatywy zdolności obronnych. W nowej sytuacji wymaga ona jednak przeglądu i aktualizacji. Przede wszystkim należy ustanowić priorytety, a nie tylko długą listę życzeń. Bo jeśli priorytetów jest kilkadziesiąt – to nie ma ich w ogóle. Ponadto winna być ona wzbogacona o pozamilitarny wymiar sektora bezpieczeństwa. Chodzi zwłaszcza o takie dziedziny, jak wywiad cywilny, powszechny system ostrzegania i alarmowania, ratownictwo, działania policyjne, operacje medialne (informacyjne, dezinformacyjne, propagandowe) i obrona cywilna. Ostatnie doświadczenia walki z terroryzmem wskazują bowiem na konieczność zintegrowanego, cywilno-wojskowego podejścia do kwestii bezpieczeństwa. Oznacza to, że ściśle obronne zdolności NATO trzeba przekształcić w zdolności w szeroko rozumianej dziedzinie bezpieczeństwa. 
Dziś wiemy, że szczyt NATO w Pradze będzie nie tylko „szczytem rozszerzeniowym”. Kluczowe staną się decyzje dotyczące wewnętrznej, transatlantyckiej konsolidacji Sojuszu w wymiarze strategicznym (jednolitość koncepcyjna) i operacyjnym (kompatybilność technologiczna i interoperacyjność sprawnościowa). Od tego zależy, czy zmniejszymy lukę euroatlantycką do wymiaru szczeliny, czy też zmienimy ją w przepaść.

Gen. brygady prof. Stanisław Koziej w latach 1993-2001 kierował Departamentem Systemu Obronnego w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego i MON. Był przedstawicielem Polski w Grupie Wysokiego Szczebla NATO ds. polityki nuklearnej. Jest niezależnym ekspertem strategicznym oraz wykładowcą w Akademii Obrony Narodowej i profesorem Wyższej Szkoły Businessu i Administracji w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl