Komentarze

 


Marek Zając Kowboj na Bliskim Wschodzie

Marek Orzechowski z Brukseli Tylko sześć miesięcy

Jacek Imbramowski Studenci do woja marsz


Krzysztof Burnetko ZMS, SD PRL...
 

 




  
Kowboj na Bliskim Wschodzie

Prezydent Bush zaproponował Palestyńczykom układ: za trzy lata niepodległe państwo w zamian za nowe władze Autonomii i budowę demokracji. Trudno uznać ten plan za przełom. Jego adresatem jest naród palestyński – z pewnością niezadowolony z wszechwładzy i korupcji swych władz, ale równocześnie w 80 proc. popierający samobójcze zamachy oraz likwidację Izraela. Kolejny słaby punkt: amerykański prezydent łudzi się, że demokrację można zainstalować w dowolnym miejscu pod słońcem. W krajach arabskich można tymczasem liczyć co najwyżej na pozory demokracji w zachodnim tego pojęcia znaczeniu. Jeśli w bogatej Arabii Saudyjskiej (sojuszniku USA!) panuje despotyczny reżim, to dlaczego w quasi–państewku palestyńskim, pogrążonym w gospodarczej i cywilizacyjnej katastrofie i kontrolowanym przez izraelskie czołgi, mają w ciągu trzech lat powstać społeczeństwo obywatelskie i w pełni demokratyczne instytucje? Plan Busha nie zawiera też żadnych konkretów. Można by mieć nadzieję, że to tylko zachęta, a szczegóły usłyszymy przy negocjacyjnym stole. Tyle że od początku prezydentury Busha widać, że Waszyngton nie ma pojęcia, jak poradzić sobie z bliskowschodnią łamigłówką. 
I na koniec budząca największa kontrowersje propozycja: „Arafat nie może być już partnerem w rozmowach z Izraelem, nawet jeśli wygra styczniowe wybory prezydenckie” – oświadczył Bush podczas szczytu najbogatszych państw świata w Calgary. Amerykański prezydent nie docenia sprytu palestyńskiego lidera. Arafat przez dziesiątki lat utrzymywał się na fotelu szefa Organizacji Wyzwolenia Palestyny, a następnie lidera Autonomii – a to większy wyczyn niż utrzymanie się na grzbiecie ogiera podczas rodeo w Teksasie. Przykład: gdy w 1990 r. Arafat nie poparł w Lidze Arabskiej wysłania wojsk na odsiecz Kuwejtowi i wymieniał pocałunki z irackim dyktatorem, wszyscy wróżyli mu koniec kariery. Tymczasem w 1994 r. odbierał pokojową nagrodę Nobla... Arafat prawdopodobnie wygra styczniowe wybory, a przewodniczący ONZ i Unia Europejska już zapowiedzieli, że będą respektować ich wynik. Europa to wprawdzie drugoplanowy aktor na Bliskim Wschodzie, ale wystarczy na międzynarodową legitymizację władzy Arafata.
,,Czekam na nadejście izraelskiego de Gaulle’a, który podpisze pokój” – mówił Arafat amerykańskim dziennikarzom na początku lat 90. Lider Palestyńczyków także nie jest reinkarnacją wielkiego Francuza. Ale na razie nie ma innego partnera do negocjacji. Lepiej więc patrzeć mu na ręce – by dolary z Zachodu przeznaczano na budowę wodociągów, a nie bomb – niż czekać na palestyńskiego Godota.

 
Marek Zając








Tylko sześć miesięcy...


...pozostało Polsce do końca negocjacji z Unią Europejską. Ani się obejrzymy, a za nami będą ostatnie obszary: polityka regionalna, budżet i rolnictwo. To stara unijna taktyka: co przysparza najwięcej kłopotów – trafia na stół w ostatniej chwili, bo pod ciśnieniem czasu łatwiej o kompromis. Nie każdego on zadawala, ale można z nim żyć. Tak będzie i teraz. Lecz jeśli Polacy powrócą kiedyś pamięcią do rokowań akcesyjnych, to wspominać będą rolnictwo i dopłaty bezpośrednie. Mimo że dopłaty dotyczą tylko niewielkiej części Polaków, większość rodaków mierzy ich wysokością sukces negocjacji.
Nie mają racji, ale nie można mieć do nich pretensji. Pozycja wyjściowa jest jasna: w „Agendzie 2000” regulującej finanse Unii, dopłat dla rolników z krajów kandydujących nie przewidziano – bo jest to system przejściowy, wprowadzony w zastępstwie cen gwarantowanych, z perspektywą likwidacji i zobowiązaniem do gruntownego ograniczenia wydatków. Dopłaty to wątpliwy instrument: 80 proc. tych środków otrzymuje w Unii zaledwie 20 proc. rolników, zaś największym ich odbiorcą jest królowa Elżbieta II posiadająca wielki areał ziemi i odpowiednią produkcję rolną. Dopłaty miały być przejściowe, a urosły do głównej pozycji w unijnym budżecie. Unia przeznacza na rolnictwo 41 mld euro – blisko połowę wydatków, z czego dopłaty bezpośrednie stanowią ponad 80 proc.
Pomijając niemożliwe do utrzymania obciążenie finansowe, system ten jest demoralizujący i niesprawiedliwy. Oto połowa budżetu Unii konsumowana jest przez 1/5 jej mieszkańców, zaś co trzecie euro z tego budżetu trafia w postaci dopłat bezpośrednich do 4 proc. obywateli wspólnoty. Finansują to Niemcy, Austria, Szwecja, Holandia: do wczoraj dobrowolnie, dziś niechętnie, a od jutra nie chcą już wcale.
U podstaw unijnej polityki rolnej tkwił powojenny strach przed głodem, bo ten mógł wywołać kolejne nieszczęścia. Jeszcze w latach 50. w ówczesnej EWG brakowało żywności! Jej produkcja była więc priorytetem, trzeba było ją chronić przed konkurencją. Rolnik produkował ile chciał, a różnicę cen wyrównywał mu Wspólny Rynek. Rosły góry masła i mięsa. Kwoty produkcyjne i dopłaty bezpośrednie miały to zmienić: Unia już nie gwarantuje cen, ale dochody. Efekt: gór masła już nie ma, ale kasa jest pusta.
Reforma polityki rolnej nie wynika z procesu rozszerzenia, ale ma z nim związek. Przybędzie rolników, lecz nie pieniędzy. Perspektywa ta wywołuje u niektórych opór wobec rozszerzenia. Można się spierać, kto wyświadcza nam większą przysługę: Niemcy, które mówią otwarcie, że tak dalej być nie może, czy Francja, która nas popiera, bo popiera własnych rolników. Potrzebna jest solidarność starych członków z nowymi; powinni się podzielić. Dlatego teraz chodzi nie tyle o procenty dopłat, co o procenty solidarności.

 
Marek Orzechowski (Bruksela)








Studenci do woja marsz

Fikcja trzyma się dzielnie. Minister edukacji i szkolnictwa wyższego ramię w ramię z ministrem obrony ogłosili, że wymyślili przełomowe rozwiązanie. Oto od tego roku studenci będą mogli zdawać egzamin z przysposobienia wojskowego w trybie eksternistycznym. Zaliczenie będzie równoznaczne z odbyciem służby zasadniczej i przeniesieniem do rezerwy (ze stopniem szeregowego). Ochotnicy będą mogli odbyć także sześciotygodniowe szkolenie podczas wakacji (jego zakończenie da stopień kaprala podchorążego). Wybrani – których armia zechce docenić szczególnie – po dodatkowych trzymiesięcznych ćwiczeniach dostaną gwiazdki podporucznika rezerwy. 
Wojsko zostawiło sobie jednak w ręku bat: otóż szczególnie niechętni mundurowi (ci, którzy nie zechcą skorzystać ze szkolenia wojskowego w trakcie studiów) już po zdobyciu dyplomu będą mogli być powołani do trzymiesięcznych szkół podchorążych rezerwy „w zależności od potrzeb systemu obronnego”. Armia bowiem może zaciągnąć w swoje szeregi każdego absolwenta wyższej uczelni przez 18 miesięcy od obrony dyplomu.
Równocześnie wiadomo, że armia od paru lat automatycznie przenosi studentów do rezerwy bez żadnych szkoleń – bo nie ma na nie pieniędzy (jak zapowiedział minister obrony na tej samej konferencji (!) taki los spotka także tegorocznych absolwentów). Szef Generalnego Zarządu Zasobów Osobowych gen. Cieślik potwierdza, że sens ma wyłącznie ochotniczy zaciąg. Nie mówiąc już, że pora wreszcie – wzorem innych państw NATO – przejść w Polsce na formułę armii w pełni zawodowej, bo tylko ona może się sprawdzić w warunkach współczesnego konfliktu. 
Nie sposób zrozumieć, dlaczego żaden z ministrów obrony III RP nie zdecydował się na zlikwidowanie kabaretu ze szkoleniem wojskowym studentów. Bo pożytek z niego płynie od lat tylko jeden: jest to żelazny temat studenckich dowcipów.


Jacek Imbramowski

 








ZMS, SD PRL...

Radni z Płocka chcą wystawić w swoim mieście pomnik Związkowi Młodzieży Socjalistycznej, który uważają za zasłużony w budowie rurociągu „Przyjaźń”. Prezydent przyznał odznaczenia państwowe działaczom Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (dawniej SD PRL – organizacji powstałej w stanie wojennym jako przeciwwaga dla zlikwidowanego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i uważanej wtedy za kolaborancką). Więcej: wśród odznaczonych jest autor programów telewizyjnych gloryfikujących prawo stanu wojennego. Wcześniej prezydent medalami wyróżnił paru literatów również znanych z miłości do 13 grudnia 1981 i puczu gen. Jaruzelskiego. Minister Dariusz Szymczycha z prezydenckiej kancelarii tłumaczy (ironicznie zapewne), że trzeba być miłosiernym...
Oczywiście nie o miłosierdzie chodzi. Wyrazem miłosierdzia było już to, że III RP zdecydowała nie nakładać publicznej anatemy na ludzi z własnej woli zaangażowanych w system władzy PRL. Chodzi tylko o to, by nie stawiać im pomników ani nie honorować orderami. Inaczej PRL zrówna się z RP. 
 


Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl