Votum separatum

Ciasno

JÓZEFA HENNELOWA



Przeczytałam niedawno w prasie, że lekarz specjalista od paru lat nie może otworzyć prywatnego gabinetu w nieswoim mieście, bo lekarskie władze miejscowe „nie widząc potrzeby”, nie udzielają zgody. W „Tygodniku” dopiero co odbyła się dyskusja nad barierami stawianymi adeptom do zawodów prawniczych spoza „klanu”. Dyrektor ważnej placówki kulturalnej w rozmowie o braku perspektyw dla programu „absolwent” powiedział mi: „u mnie największym wrogiem zatrudniania nowych ludzi są związki zawodowe. Nawet jak ktoś odchodzi na emeryturę, żąda się ode mnie, żeby zwolnione pieniądze przeznaczyć na podwyżki”. Podobne zjawisko obserwuję sama: nie udało się wybłagać w wielkiej firmie pracy sprzątaczki dla matki czworga dzieci – pozostałe panie nie zgodziły się po prostu, a szefowa wolała święty spokój. A czy rzadkością jest emeryt pozostający na umowie zamiast nowego, młodego pracownika? Ileż bowiem za nami, seniorami, przemawia argumentów!
To tak, jakby robiło się ciasno. Jakby za dużo było ludzi, za dużo ich ofert, ich potencjalnych możliwości, nawet najlepszego ich przygotowania. Zresztą, czy to tylko na rynku pracy? Dopiero co ustał wyścig gimnazjalistów do szkół licealnych: przeszło pół miliona piętnastolatków stało w kolejkach do liceów, gdzie jedno miejsce przypadało na kilku kandydatów. Nie natknęłam się na ani jedną wymianę zdań na ten temat z byłym ministrem edukacji, dalej nieodmiennie dumnym ze swojego pomysłu reformy. A przecież, gdy jest ciasno już omal przy wejściu w życie, to perspektywy dla tych, co się nie zmieszczą, są złe – i nie z ich winy, tylko tych, co im to życie uparli się urządzać. Jak im to wytłumaczą?
Jest wiele miejsc na świecie, gdzie rzeczywiście ludzi potrzeba mniej. Nie można mnożyć w nieskończoność liczby banków ani fabryk samochodów, nie potrzeba na pewno jeszcze więcej dziennikarzy i stacji telewizyjnych. Ale nie ustanie nigdy zapotrzebowanie na obecność człowieka przy człowieku. Tym, którego trzeba przytulić i kołysać, potem z nim rozmawiać, potem być w pogotowiu obok, wymagać i chwalić, słuchać i znać, nie zawodzić. I jeszcze leczyć, prostować ścieżki, opiekować się, znosić, pomagać coraz bardziej nieustannie i bez końca – do końca. Jest coś bardzo niedobrego w urządzaniu świata, w którym ta oczywista niezbędność obecności nie może być sposobem na życie dla wszystkich, którzy by ją wybrali. Że i tutaj są tamy nie do przezwyciężenia, łącznie z ekonomicznymi. Sami to przecież sobie wybieramy. Niż demograficzny natychmiast zaowocował zamykaniem klas i szkół „za mało” licznych, bo to urzędnik zdecydował o liczbie podopiecznych na nauczyciela. A jak przypomina Marek Andrzejewski w „Polityce”, psycholog w domu dziecka „przewidziany” jest dopiero dla tłumu ponad setki dzieci...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl