Natura i rzeczy ostateczne

Tomasz Fiałkowski



„Powiastki dla wnuczek” Jana Kotta to jedna z tych późnych, przedśmiertnych książek wybitnych pisarzy, gdzie pozostają już tylko słowa i zdania najprostsze i naprawdę konieczne. Czasem nawet rwie się składnia, ale poprzez język prześwituje coś więcej niż zwykły komunikat.



Przed dwudziestu jeden laty w jednym z numerów nieodżałowanego krakowskiego miesięcznika „Pismo” ukazał się szkic Jana Kotta „Cudowny kołatek z mickiewiczowskiego kantorka”. Szkic ten już zewnętrznie wyróżniał się pewną osobliwością: oto w tekst włamane były rysunki owadów, jakby wyjęte z atlasu entomologicznego. 
Znałem już „Szekspira współczesnego”, wygrzebanego gdzieś w antykwariacie, bo książek Kotta w latach 70. nie wznawiano. Przeczytałem także „Postęp i głupstwo” i byłem świadom, że wielu nie potrafi autorowi „Szekspira” wybaczyć jego powojennych publikacji. Znałem więc Jana Kotta główny tytuł do sławy – i główne zarzuty, jakie mu stawiano. Dopiero jednak lektura „Kołatka” sprawiła, że stałem się niejako stroną w sporze, że Kott stał się jednym z „moich” pisarzy, po których nowe teksty natychmiast ma się ochotę sięgnąć. Tak się zaś składało, że miejscem, gdzie można je było najczęściej znaleźć, stały się od jesieni 1982 roku „Zeszyty Literackie”. „Zeszyty” pozostały pisarzowi wierne przez następne dwie dekady; dziś poświęciły jego pamięci numer specjalny, wydały też jego ostatnią książkę.
Kiedy teraz wziąłem do ręki ową książkę, czyli „Powiastki dla wnuczek”, natychmiast przypomniałem sobie tamtą lekturę sprzed lat. Pierwszy powód jest oczywisty: okładka ozdobiona wizerunkiem pająka. Tamte kołatki na łamach pisma „Pismo” były wprawdzie dosyć zgrzebnymi rysunkami skopiowanymi z jakieś wydanej w latach pięćdziesiątych książki o zwalczaniu szkodników drewna, a pająki i inne zwierzęta w „Powiastkach...” to wspaniale zreprodukowane stare ryciny – ale sygnał pewnej analogii się pojawia. I analogia ta sięga znacznie głębiej.
W „Cudownym kołatku” Kott, zainspirowany pracą Zofii Stefanowskiej o świecie owadzim w „Dziadów” części IV, analizuje symboliczną funkcję, jaką pełni u Mickiewicza tytułowy owad, tykający w kantorku „jak zegarek pod poduszką”, jak „zegar śmierci” – tak zresztą brzmi jego nazwa w niektórych językach. Kołatek odzywa się z kantorka w imieniu umarłych, jest znakiem ich współobcowania z żywymi. Kott, sławny przecież z niefrasobliwości w przytaczaniu cytatów i ze swobodnego podejścia do, na przykład, chronologii, w przypadku kołatka okazuje pasję zawołanego entomologa.
W „Powiastkach dla wnuczek”, które – przeczytane nieuważnie – mogą się wydać tylko historyjkami o zwierzętach, fascynacja naturą i poczucie płynności granicy między nią a tym, co specyficznie ludzkie, także łączy się z tematem śmierci i przezwyciężenia lęku przed nią. Ten temat zostaje wprowadzony już w pierwszym tekście, traktującym o adresatkach książki, wnuczkach autora: Lidii i Julii. „Po kolejnym zawale serca – pisze Kott – kazałem sobie nad szpitalnym łóżkiem zawiesić fotografię mojej wnuczki... Wtedy, na tym łóżku szpitalnym, zawał jeszcze nie przeszedł, zrozumiałem, że nie ma co tak się bać śmierci. Odjadę tam, skąd ona przyjechała. W jej oczach powoli odbijał się świat”. To zdanie, w nieco innej postaci, powróci w króciutkim tekście o siedmioraczkach, które „dopiero co przybyły stamtąd, dokąd ja już niedługo pójdę”.
Gdzie jest to „stamtąd”? Nie są to raczej chrześcijańskie zaświaty, bardziej może strumień życia, z którego wynurzają się i w którym znikają jednostkowe byty. Poczucie wspólnoty losu z poszczególnymi cząstkami tego strumienia daje pociechę, ale też skłania do uważności, czy może wręcz pobożnej uwagi, jaka należy się naturze. Ma oczywiście rację Małgorzata Musierowicz, która napisała, że „Powiastki” stanowić mogą wspaniałą lekcję dla dziecięcego czytelnika. Ale jest też w nich warstwa, nazwijmy ją wprost, metafizyczna, którą ten czytelnik będzie co najwyżej przeczuwał.
W jednej z najkrótszych powiastek Kott opowiada o swoim przyjacielu, zoologu, który prowadził eksperymenty na małpkach, rezusach. Eksperymenty bolesne: do mózgu małpek wszczepiano elektrody. Któregoś wieczora zajrzał do pracowni. „Klatki ze zwierzętami, jedne obok drugich, umieszczone były wzdłuż długiego korytarza. Rezusy przycupnięte w klatkach podawały sobie przez kraty kurczowo zaciśnięte łapki. Ten sznur łapek rezusich ciągnął się nieprzerwany od jednego do drugiego końca korytarza w uniwersyteckim zakładzie zoopsychologii. Od wieczora do świtu”. Ten obraz to nie jest tylko poruszający protest przeciw eksperymentowaniu na zwierzętach. Można w nim także odczytać równie poruszający obraz ludzkiej kondycji. Zwłaszcza jeśli się pamięta o miejscu, jakie przyznaje autor zwierzęcemu światu. I o tym, że w innej z „Powiastek” mała Lidia, zaprowadzona po raz pierwszy do warszawskiego ogrodu zoologicznego, „patrzyła długo na starego goryla i on także bacznie się jej przypatrywał. Potem powiedziała bardzo cicho, bo była dobrze wychowana: »Tatusiu, dlaczego ten pan jest w klatce?«”. 

JAN KOTT, „POWIASTKI DLA WNUCZEK”, Warszawa 2002, Zeszyty Literackie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl