Piłka objętości ludzkiej głowy

Dariusz Czaja



No i po mistrzostwach. Bramki zdobyte. Bramki stracone. Faule brutalnie realne i cudownie wirtualne. Wszystko odgwizdane i wszystko policzone. Gwizdy, gwiazdy, Ronaldo, Ronaldinho, kartki, chorągiewki, spalone szanse, zetlałe nadzieje. Puchar w rękach – dlaczego nie w nogach? – tych, co najpiękniej sambę wodzą.



Generalnie było słabo, dziwnie, skośnie i niespodziewanie. I tylko cud jakiś uratował nas od tego, by znaki czasu się wypełniły. Jasne jest bowiem dla każdego, kto z piłką miał niejaką styczność, że niebezpiecznie rysujący się przez chwilę na horyzoncie finał Korea – Turcja, to byłoby wydarzenie rozstrzygające dla losów tego świata. Więcej: to wydarzenie niechybnie przybliżyłoby nadejście czasów ostatecznych na odległość strzału. Mistrzostwa świata przechodzące gładko w koniec świata... Tak to mogło się skończyć. Nie hukiem, ale szatańskim piskiem koreańskich kibiców.


Gra nadzwyczaj prosta
Dokładnie co cztery lata ludzkość, a w każdym razie jej bardziej rozgarnięta część, próbuje odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytanie: co takiego jest w piłce, że taka mała i skórzana a roznamiętnia miliony? Dlaczego z powodu transmisji telewizyjnych tu i ówdzie wykoleja się gospodarka a giełda wariuje? Dlaczego w rodzinach w harmonii dotąd żyjących, zaczynają pojawiać się nagle wyraźne znamiona rozpadu? Skąd tyle płaczu i cierpienia, skąd tyle zagadkowych zejść śmiertelnych wreszcie? Dlaczego to piłka właśnie, a nie żaden inny sport, generuje tak niespodziewane sekwencje zdarzeń? Teorii jest wiele i każda dobra. Bo trzeba powiedzieć bez ogródek: popychać piłeczkę – to jedno, a mieć do niej teorię – to coś całkiem innego.
Spróbujmy zatem, zimnym pomundialowym okiem, spojrzeć na kilka z tych osiągnięć ducha ludzkiego, które usiłują frontalnie zmierzyć się z problemem. By wszakże zająć się fenomenem metodycznie, odpowiedzmy na pytanie, o co w piłce nożnej chodzi? W książce zredagowanej przez Mieczysława Rościszewskiego „Gry i zabawy towarzyskie”, a wydanej w Warszawie w roku 1899, kwestia została zarysowana z chirurgiczną precyzją: „Gra w wielką piłkę, tzw. futbol (football) jest przeznaczoną dla ludzi z wyrobionymi muskułami i szybkimi nogami; słaby może tu być jedynie widzem. Gra jest nadzwyczaj prosta i nieskomplikowana. Za materyał do niej służy wielka piłka gumowa, objętości głowy ludzkiej, a nawet i większa, jak arbuz lub mała dynia. (...) Gra odbywa się na obszernej łące lub placu, możliwie równym. Każda partya obiera sobie miasto, oddzielając je linią graniczną. Pośrodku tej linii robi się szeroka brama, wytknięta i oznaczona jakiemikolwiek znakami. W bramie stawia się dwóch lub trzech stróży, na wypadek niespodzianego napadu; siły główne wychodzą naprzód. (...) Całe zadanie, cały cel gry polega na tem, ażeby przerzucić piłkę do obcego miasta, przy czem trzeba bezwarunkowo uderzyć w bramę, przez jej szerokość. (...) Partya ciągnie się długo, powodzenie waha się co chwila, i wesoła, ale uporczywa bitwa, koniec końców niesłychanie nuży zapaśników tak, że o drugiej partyi niepodobna jest myśleć. Przy zbytniej, nadmiernej gorliwości, można w tej grze oberwać, ale w ogniu walki przemija to niepostrzeżenie, albowiem z każdą chwilą zatarg się zwiększa, zapala, podnieca, tu, tam i ówdzie, z coraz to wzrastającą mocą, zwłaszcza zaś, gdy obie partye prowadzą silni, zręczni i odważni a przebiegli wodzowie”.
W tych zwyczajnych, na ludzką miarę skrojonych słowach, powiedziano o piłce wszystko. Kto chce, znajdzie tu nie tylko zwięzły zarys reguł gry, ale także wyjątkowo czytelną prefigurację retoryki wojennej, do której tak chętnie odwołują się dzisiejsi sprawozdawcy sportowi (i nie tylko). Przede wszystkim zaś, jasno wyłożony został arcygłęboki sens tej, jak się rzekło, nieskomplikowanej gry. W grze w piłkę nożną chodzi po prostu o to, aby piłką „uderzyć bezwarunkowo w bramę” i uzyskać przewagę w liczbie strzelonych goli. Albo też, jak mawia Kazimierz Górski, który bez wątpienia należy do tej samej szkoły interpretacyjnej, w futbolu chodzi generalnie o to, aby strzelić jedną bramkę więcej niż przeciwnik.
Reszta byłaby milczeniem, gdyby nie całe zastępy teoretyków, którzy próbują jednak piłkę myślowo okiełznać i wcisnąć ją w jakiś wprzód ustanowiony wyjaśniający schemat. Rozum ludzki tak jest bowiem skonstruowany, że nie zadowoli się wyjaśnieniem prostym i nie spocznie dopóty, dopóki nie opracuje jakiejś głębinnej interpretacji zjawiska. Weźmy choćby te pierwsze z brzegu myślowe gnioty: piłka jako opium dla ludu, piłka jako rozrywka gawiedzi, piłka jako pusty rytuał, piłka jako namiastka polityki, piłka jako źródło agresji, piłka jako sport ubogich, piłka jako narzędzie awansu społecznego itp., itd...
Przyjrzyjmy się kontrolnie tej ostatniej wykładni. Powiada się, że w Ameryce Łacińskiej, gdzie, jak wszystkie dzieci wiedzą, „piłka jest religią dla mas” i gdzie – w rzeczy samej – mieszkają najlepsi kopacze z najlepszych, futbol jest dla biedoty okazją do wybicia się na niepodległość, do znalezienia swojego miejsca w życiu i zarobienia paru cruzeiros. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie uświadomić sobie znienacka, że piłka nożna, z niejasnych klasowo przyczyn jest wielce popularna również w Niemczech, gdzie, jak powszechnie wiadomo, głodni, wychudzeni i niedomyci młodzi Niemcy, zamieszkujący gęsto rozrzucone po kraju favele, także próbują sił w piłkarskiej sztuce. O nieszczęście, jak widać, nietrudno...
Porzućmy tedy pseudouczone bajdurzenie, zobaczmy, jak radzą sobie w tej trudnej materii pisarze. Pisarze, dodajmy, futbolem pijani, pisarze, dla których świat bez piłki jest równie niewyobrażalny jak Pauleta bez dryblingu czy Hajto bez faulu. Pisarze, którzy nie tylko piłką się pasjonują, ale twórczym rozumem próbują się nad nią czule pochylić.
Oto kilka, przypadkiem wybranych, propozycji interpretacyjnych.


Wisła płynie przez Normandię
„Co myślę sobie siadając przed telewizorem w oczekiwaniu na hejnał mistrzostw? Myślę, że jestem osioł”. Tak pisał Andrzej Kijowski w pamiętnym roku 1974, w szkicu „Mecz, czyli czarna msza sceptycznego ludu”. Z jakimś narkotycznym powabem mecz odrywa go od, jakże ważnych, zawodowych aktywności. Chciałby Kijowski do Flauberta, chciałby do Baudelaire’a, ale kolejny mistrzowski mecz zaciąga już nad nim srebrzystą poświatę, już bierze go w swoje posiadanie. Hipnoza potrwa 90 minut. Flaubert poczeka. Naturalnie, Kijowski-osioł, w tym ironicznym autoportrecie, nie pisał wyłącznie o sobie, pisał o nas, wszystkich osłach czytająco-piszących, którzy raz na cztery lata odstępują od czynności, z których żyją i wpijają się nieprzytomnym wzrokiem w ekran telewizora.
Kijowski nie daje się jednak uwieść emocjom, próbuje sine ira, krok po kroku, mecz piłkarski opisać i sens jego ostatecznie objaśnić. Odrzuca z punktu trywialne koncepty, wedle których piłka nożna służy wyłącznie do robienia pieniędzy bądź też do kanalizowania negatywnych emocji społecznych. W piłce chodzi o coś dalece odmiennego: „Mecz nie jest (...) »świętem«, czyli okazją do zebrania się tłumów i wyżycia się w krzykliwych, spontanicznych manifestacjach. Olbrzymia większość ludzi pasjonujących się tą grą ogląda ją samotnie w telewizji. Nawet oglądanie nie jest również koniecznym warunkiem ich przeżywania, wystarczy bodaj nazajutrz poznać wynik, aby doznać emocji. Nie jest to więc widowisko tylko – to coś więcej. Co jest zatem tą ich cechą, która porusza wszystkich jednakowo – zarówno tych, którzy kibicują określonym drużynom, jak i tych, którzy patrzą, słuchają, czekają na wyniki z zupełnie bezinteresowną ciekawością, tych, co się na piłce znają, jak i tych, co – jak większość kobiet – z trudem rozumieją, o co w grze chodzi? Co jest istotą tej namiętności, co jej prawdziwym przedmiotem? Myślę, że niespodzianka, tylko niespodzianka. Nigdy nie wiadomo całkiem na pewno, kto wygra, rozstrzygnięcie może nastąpić w pierwszej lub w ostatniej minucie meczu. Dawid zawsze może pokonać Goliata”.
Niespodzianka niespodzianką, ale widać przecie wyraźnie, że opis powyższy pasuje zarówno do piłki, jak i do hokeja na lodzie, co gorsza: pasuje nawet do szachów. Dlaczego to właśnie niespodzianka miałaby stanowić differentia specifica widowiska piłkarskiego? Czy w hokeju na trawie albo, za przeproszeniem, w piłce wodnej Dawid nigdy nie pokonał Goliata? Czy rzeczywiście niespodzianka, egzystencjalna przewrotka, przeżycie losu w czystej postaci – jak zwał, tak zwał – to jedynie domena futbolu? I po to oglądamy wszystkie te mecze? Oczywiście, cieszy kiedy Francja B (umowna nazwa: Senegal) wygrywa z reprezentacją A (czyli po prostu: z Francją). Być może nawet w meczu tym, jak w żadnym innym, dojmująco obecny był słodki smak odwetu za niegdysiejsze kolonie, ale czy naprawdę dlatego pasjonowaliśmy się owym widowiskiem, by dzielić szczęście z ciemiężonym ongiś czarnym ludem? Myślę, że wątpię.
Chwilę wcześniej Kijowski przypomina świetną anegdotę z lat wojennych, ale niestety, jej głębszy sens najwyraźniej mu umyka: „W czasie wojny, w Krakowie odbywały się wielkie turnieje piłkarskie, na podmiejskich boiskach gromadziły się tłumy kibiców i pasjonowały się rozgrywkami, jak gdyby nic ważniejszego nie działo się na świecie. Jeden z takich meczów odbywał się w kilka dni po inwazji w Normandii, kiedy w okolicach Cherbourga toczyły się zacięte walki a cała operacja wisiała na włosku. Kiedy wróciłem z meczu rozgorączkowany grą mojej ukochanej Wisły, ojciec zapytał mnie zaraz, co się dzieje w Normandii. – A skąd mam wiedzieć? – Byłeś przecież wśród ludzi, coś musieli mówić... – Na meczu, o Normandii? – Tego mój ojciec absolutnie nie mógł zrozumieć”.
Otóż to. Ofensywa aliantów trwa, losy wojny mogą się odwrócić, ale to, czy Wisła wygra czy polegnie, jest – teraz, w trakcie meczu! – sprawą najważniejszą na świecie. Jest kibica „być albo nie być”. Bo rzeczywistość piłkarskiego meczu ma coś z czarnej dziury: wsysa oglądającego bez reszty, czyniąc go kompletnie niewrażliwym na to, co się dzieje poza boiskiem. I ta elementarna, nieledwie archetypiczna sytuacja ma wymiar ponadczasowy. Całkiem niedawno, kapitan greckiego promu pasażerskiego doprowadził swój statek do katastrofy tylko dlatego, że jego ukochany Panathinaikos właśnie w trakcie rejsu grał mecz pucharowy i załoga, zamiast kierować maszyną, patrzyła z przejęciem w telewizor... Dla przeżycia niespodzianki ten mecz oglądali? Wolne żarty.
Piłka, to jasne, także i niespodzianką stoi. Ale piłka dla podziwiających ją, dla zakochanych w niej jest czymś znacznie więcej: jest, jak by to powiedzieć, po prostu wszystkim. Powtarzam: wszystkim. Cokolwiek to znaczy. Dlatego też, kompletnie chybiona jest i inna konstatacja Kijowskiego, zgodnie z którą piłka jest „gigantyczną namiastką, kwintesencją masowej kultury, która cała składa się z namiastek”. Żywe, nie zaprogramowane, spontaniczne emocje widzów jako namiastka? Prawdziwa euforia zwycięzców i równie prawdziwe łzy pokonanych jako namiastka? Namiastka czego? Autentycznych emocji? Ale gdzie, w jakich obszarach życia są te autentyczne emocje i kto decyduje o ich autentyczności? Piłka, owszem, bywa ersatzem, ba, bywa pastiszem, a nawet parodią samej siebie, ale nie w tym – ileż razy trzeba to powtarzać – jej wielkość. Żenującą natomiast namiastką, tyle że intelektualną, jest myślenie o piłkarskim widowisku w kategoriach namiastki.


Pierwotne piękno
Kim byśmy byli bez Jerzego Pilcha? Odpowiedź jest banalnie prosta: bylibyśmy biedniejsi o żółtą węgierską futbolówkę, którą prozaik ten tak pięknie wprowadził do swej prozy artystycznej. I wartości tego konceptu wprost nie da się przecenić. Żółta węgierska futbolówka nie tylko powraca nas, starców, w szczęsne czasy dzieciństwa, nie tylko staje się dla nas, tych wszystkich niedopiłkarzy, excuse le mot, magdalenką naszej traumatycznej pamięci. Tu idzie, może przede wszystkim, o rzadki walor edukacyjny piłkarskiego wspomnienia: przecież dla dzisiejszej dziatwy szkolnej enuncjacje Pilcha są na miarę archeologicznego odkrycia: „Pewnego dnia ojciec kupił mi piłkę nożną. Prawdziwą, słynną węgierską futbolówkę za 314 złotych, nie wiązaną, tylko na wentyl, napełnianą powietrzem pompką z igłą”. Ten fragment o żółtej węgierskiej futbolówce cytuję z wywiadu pod zaskakującym tytułem „Żółta węgierska futbolówka”, którego Pilch udzielił dziennikarzowi „Wyborczej”. Mowa tam nie tylko o tym, jak mały Juruś, krótkowzroczna wiślańska niedojda, z czasem wyrósł na rasowego napastnika siejącego postrach wśród okolicznych bramkarzy; Pilch mocuje się też ze zjawiskiem pt. „piłka nożna”. Od razu znać, że mówi fachowiec, że uwagi, które tu padają, są nie tylko głęboko przemyślane, ale i, by tak rzec, intensywnie przekopane. Bywało, że grałem z Pilchem w jednej partyi i wiele razy widziałem, jak przemieszczał się on ze „swojego miasta” do „miasta drużyny przeciwnej”, chociaż by po jego bezwarunkowym strzale piłka przekroczyła bramę, przez jej szerokość, tego, po prawdzie, nie widziałem ani razu. Ale porzućmy szykany i zstąpmy do głębi.
Pilch zwraca uwagę na ważny aspekt, o którym Kijowskiemu i wielu innym teoretykom piłkarstwa zwyczajnie się nie śniło. Estetyczny walor piłki. „Estetyka piłki to sprawa kluczowa. Historia notuje wielkie mecze zakończone remisem 0:0. Holoubek porównuje piłkę nożną do bitwy, dzięki czemu staje się ona źródłem estetyki, by rzec, malarskiej. To jedyna dyscyplina rozgrywająca się na trawie, nawet w hokeja na trawie gra się na sztucznej nawierzchni. Ktoś powie, że bitwę bardziej przypomina mecz hokejowy, bo zawodnicy mają pancerz, oręż (kije) i krążek, który może pełnić funkcje pocisku. Tyle że wielkie bitwy ludzkości nie rozgrywały się na lodowisku, ale na trawie. Bitwa pod Grunwaldem odbyła się – jak powszechnie wiadomo – na zielonej murawie. Bitewna archetypiczność piłki nożnej to rzecz niesłychanie ważna, ale jest inna cecha decydująca o jej estetyce – od piłkarzy wymaga się pewnego subtelnego kunsztu. Nie chcę deprecjonować piłki ręcznej, ale tam gra się rękami, a rękami posługuje się cała ludzkość. Nawet ktoś niespecjalnie uzdolniony manualnie musi się nauczyć nimi jeść. Nogami nikt niczego nie robi, potrzebne są tylko, żeby szybciej albo wolniej gdzieś dojść. Do tak wyrafinowanych czynności jak kopanie piłki kończyny dolne służą nielicznym. Słynna wypowiedź Kazimierza Deyny na pytanie o jego słynne rogale brzmiała: »Chodzi o to, by odpowiednią częścią buta uderzyć w odpowiednią część piłki«. Proste, ale dla normalnego śmiertelnika niemożliwe”.
Mało kto w dzisiejszych czasach tak finezyjnie umie połączyć Grunwald z ewolucyjnym uwstecznieniem sprawności kończyn dolnych, ale nie to w tej wypowiedzi jest najistotniejsze. Pilch wydobywa tu na jaw rzecz, która dla fachowca jest po prostu trzeźwą oczywistością, ale która dla laika pozostanie niepojętą na zawsze. Otóż, okazuje się, że 0:0 to także może być wielki wynik, że Dawid, który nie wygrywa, ale ledwie remisuje bezbramkowo z Goliatem, to też niemało, a finalnie, to może być nawet bardzo dużo.
I tu się pojawia subtelnie wychwycony, istotowy związek piłki z cyrkiem, choć to ostatnie słowo nigdzie w wywiadzie nie pada. Zastanówmy się: przecież to, co nas tak fascynuje w cyrkowych popisach, to czysta niemożliwość: to, że choćbyśmy się wściekli, i tak dla większości z nas balans na linie czy skok na trapezie są nie do zrealizowania. Podobnie z piłką. Kto widział, co przy pomocy kończyn dolnych potrafi z piłką zrobić Ronaldo czy Zidane, ten osiągnął naoczne doświadczenie niemożliwości. Kto zaś widział, jak piłkarz Redondo odwrócony tyłem do obrońcy, piętą zakłada mu „siatę”, po czym pozostawia go ogłupiałego za sobą, ten znalazł się piętro wyżej: spotkał się oko w oko z estetycznym absolutem. Po trzykroć tedy rację ma Pilch, kiedy powiada: „Rozstrzygające jest oczywiście pierwotne piękno czterech z rzędu zagrań z pierwszej piłki zakończonych główką i trzepotem siatki”.


Wyższa rzeczywistość
W rzeczonym wywiadzie Pilch, rozwijając swoją estetyczną teorię piłki, wspomina, nie od rzeczy, o ważnej roli, jaką odgrywa plastyczna oprawa widowiska piłkarskiego: „Równie ważne jest sztuczne oświetlenie – w blasku jupiterów intensywniejsza jest barwa koszulek, piłki, a trawa osiąga intensywność wręcz narkotyczną”. Wątek ten podejmuje i ciekawie uzupełnia Salman Rushdie.
Rushdie przyjechał z Indii do Londynu w roku 1961 jako trzynastolatek. Sport kojarzył mu się jak dotąd jedynie z krykietem czy hokejem na trawie. Przyszły fan londyńskiego Tottenhamu Hotspur miał jednak szczęście. Pierwszy mecz piłkarski, na jaki udał się w towarzystwie ojca, to nie było byle co. Arsenal Londyn podejmował właśnie, w towarzyskim co prawda meczu, wielki Real Madryt. Wspomina Rushdie, że nie miał wówczas pojęcia o wielkości Realu, o jego licznych pucharowych triumfach nie wiedział nic, a nazwiska Ferenc Puskas i Alfredo di Stefano były dla niego pustymi hasłami. Ale, co ciekawe, przypominając ów mecz po czterdziestu latach, Rushdie dokładnie pamięta, niemal minuta po minucie, co się działo na boisku: „W pierwszej połowie Real zepchnął Arsenal do obrony. Londyńska drużyna znana była z mocno defensywnego stylu gry – »Przynudzający Arsenal«, to etykietka, którą przyklejano mu przez lata – ale Real bez trudu przebił się przez obronę Arsenalu i po pierwszej połowie było już 3:0. Wówczas, zapewne dlatego, że był to mecz towarzyski, Real wymienił swoje gwiazdy na gromadę dzieciaków. Arsenal zaś twardo zostawił pierwszy skład na boisku i gra zakończyła się wynikiem 3:3; ale nawet najbardziej zagorzali fani Arsenalu nie mogli udawać, że wynik był adekwatny do jakości gry prezentowanej przez obie drużyny” („The People’s Game”. „The New Yorker”, May 1999)
Rushdie opowiada dalej zajmująco o swojej edukacji piłkarskiego kibica. Dla nas interesujące jest to, co ma do powiedzenia o stadionowym śpiewie. Było nie było, jesteśmy na Wyspach. „Piłka nożna jest grą śpiewaną, namiętnie i w pełni śpiewaną. Drużyny mają swoje własne hymny, często, co dość dziwne, amerykańskiego pochodzenia. I tak »Glory, glory, Hallelujah« śpiewają kibice Tottenhamu, »You’ll Never Walk Alone« Rodgersa i Hammersteina – fani Liverpoolu; jest też cała kolekcja, by tak rzec, patriotycznych pieśni”. (...) Zabrałem kiedyś peruwiańskiego pisarza Mario Vargasa Llosę na White Hart Lane (stadion Tottenhamu – przyp. red.), a on był oszołomiony i zachwycony, kiedy zorientował się, że pieśń kibiców »One team in Europe! There’s only one team in Europe« była śpiewana, mniej więcej, na melodię »Guantanamera«”.
Istnieje też, jakkolwiek by to źle brzmiało, muzyka ryku. Rushdie precyzyjnie opisuje odgłosy dochodzące do jego mieszkania ze stadionu Arsenalu, po których bezbłędnie orientował się w tym, co właśnie działo się na boisku. Amplituda była szeroka: od niepohamowanego, trzewiowego, triumfującego wrzasku, który nieuchronnie oznaczał bramkę dla miejscowej drużyny, po tępe buczenie wskazujące, równie nieuchronnie, na gola dla przyjezdnych. Śpiew i ryk to nieodłączne komponenty piłkarskiego meczu.
Jupitery tedy karmią oko, zaś stadionowy śpiew jest strawą dla ucha. Kiedy oko zwiąże się trwale z uchem, a piłkarze dostroją się czasem do tej harmonii zmysłów, wówczas uczucie przemożnego zagarnięcia przez jakąś wyższą, a bliżej nie nazwaną rzeczywistość, staje się faktem.


Wyrazić niewyrażalne
Otóż właśnie. Piłka jako rytuał. Czymże bowiem innym, jak nie opisem rytualnych spektakli są te wszystkie opowieści zaprzysięgłych fanów futbolu o przeżytych meczach? O czym tu mowa, jak nie o współczesnej formie uczestnictwa w żywej rzeczywistości świeckiego mitu i obrzędu? Nie jest przypadkiem, że język służący do opisu tego, co w piłce najistotniejsze, tak chętnie naśladuje, obok słownictwa wojennego, retorykę religijną. Kijowski pisał przecież o meczu jako czarnej mszy ludu, a stadiony stawały się u niego „świątyniami mas osieroconych przez wiarę w niespodziewaną odmianę losu”. Raymond Coover w całości zbudował swój świetny tekst o piłce („Piłka nożna jako sakrament egzystencjalny”) wygrywając na różnych rejestrach terminologię, stosowaną zwyczajowo do opisu całkiem innej rzeczywistości.
Oto ojciec-Coover i syn-Coover, złożywszy przysięgę na wierność londyńskiemu klubowi Queens Park Rangers, przygotowują się do sezonu: „Sprawiliśmy sobie karnety na cały sezon i wpadliśmy w rytm sławetnych sobotnich rytuałów, obejmujących przedmeczowe spekulacje i ogłoszenia składów, przywdziewanie strojów, przejazd autobusem lub metrem pod stadion, kilka eucharystycznych piw w którymś z okolicznych barów, przeglądanie programu imprezy tudzież nabycie jakiegoś liturgicznego bądź ikonicznego rekwizytu w sklepiku klubowym, ceremonialną wymianę pozdrowień z innymi stałymi bywalcami naszej trybuny (...) a potem już tylko sam dziewięćdziesięciominutowy trans (...) i w końcu drogę powrotną przez huczny kocioł przepełniony czymś, co wyglądało czasem na gwałtowne, przemożne wzburzenie bardziej niż na realną gwałtowność przemocy (ciemna strona futbolu) i wreszcie powrót do domu z kompletem najświeższych (...) »oficjalnych wyników« w garści, aby dotrzeć akurat na przedpołudniową herbatę i oddać się kontemplacji nowych sytuacji w tabelach” (tłum. Andrzej Sosnowski).
W tym miejscu powstaje pytanie, które od początku tych uwag nad fenomenem piłki trwale zawisa, mianowicie o stopień przyległości języka opisu do zjawiska, o którym mowa? Czy użyty język wydobywa istotne rysy widowiska piłkarskiego, czy też jego sens zniekształca? Posłuchajmy jeszcze Coovera: „Piłka nożna jest teatralna, artystyczna, wspólnotowa, ceremonialna i misteryjna – a zarazem toczy się w szalonym, zapierającym dech w piersiach tempie (trochę jak koszykówka lub hokej, ale w znacznie większym stopniu bezustannie i o wiele bardziej złożony sposób), toteż wessany w ten bezczasowy i nieubłagany trans kibic nie tyle jest obserwatorem, ile uczestnikiem jakiegoś sakramentalnego obrzędu”.
Łatwo, za łatwo, zbyć można powyższe, mówiąc o językowym nadużyciu. Protestować można, że Coover bezceremonialnie miesza święte ze świeckim, a przecież jeśli spojrzymy uczciwie i bez uprzedzeń na mecz przez pryzmat podsuniętych nam tu terminów, okażą się one zaskakująco trafne i całkiem na miejscu. A może w ogóle piłeczka nasza jest nieopisywalna? Mówił Pilch: „Nie da się piłki opisać za pomocą świata albo z pomocą języków wziętych ze świata, bo to rozrzedza temat”. Wynikałoby z tego, że piłka jest rzeczywistością samą w sobie, jakąś niepojętą Ding an Sich i że włamać się do jej istotnego rdzenia w żaden sposób się nie da. Nie ma zgody. Nie tylko dlatego, że parę akapitów dalej Pilch uroczo sobie przeczy dając frapujący i adekwatny opis estetycznego wymiaru piłki, ale też dlatego, że opis Coovera nie tylko nie rozrzedza, ale przeciwnie: zagęszcza temat. Wydaje mi się, że dopiero taki język pozwala unieść i nazwać osobliwość piłki nożnej, pozwala też zrozumieć jej oszałamiającą popularność we współczesnej rzeczywistości. Przy tego typu interpretacji, formuły, o których mowa była na wstępie, wyglądają jak tępe wytrychy.


Drybling HideGKutiego
Posłuchajmy na koniec niekwestionowanego autorytetu: pisarza i piłkarza (co za piękna aliteracja!). „Kochałem futbol, byłem świetnym piłkarzem, kosztowało mnie to parę złamań. Wzorem był dla mnie Hidegkuti i jego drybling na chustce do nosa. Tak powinna wyglądać gra metafor. The fascinaton”. Bohumil Hrabal, były piłkarz i gorący fan zespołu Połabianin Nymburk, nigdy nie miał wątpliwości co do prawdziwej esencji futbolu. Swój cykl rozmów z węgierskim dziennikarzem o życiu i literaturze zatytułował z rozmysłem „Drybling Hidegkutiego”. Ów olśniewający, jeśli wierzyć Hrabalowi, drybling węgierskiego piłkarza, filaru węgierskiego wunderteamu, stał się poręczną metaforą tej rozmowy-rzeki: „ten drybling pana Hidegkutiego przezwycięża nie tylko semantyczny chaos pytań, ale i moich odpowiedzi (...) I dlatego zatytułowałem to interview »Drybling Hidegkutiego«, aby złożyć podziękowanie i hołd panu Hidegkutiemu, który potrafił w taki sposób uniezwyklić mecz piłkarski za pomocą technicznych sztuczek z piłką na małym kawałku boiska, że nie tylko rywalom, ale przede wszystkim widzom zapierało dech...” (tłum. Aleksander Kaczorowski)
I o to chodzi. The fascination.

Dariusz Czaja, etnolog, redaktor kwartalnika „Konteksty”, stały współpracownik i filar reprezentacji piłkarskiej „Tygodnika Powszechnego”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27 (2765), 7 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl