O nowej książce Ryszarda Nycza


Rzeczywistość utracona i odzyskana

Anna Czabanowska-Wróbel



Nowa książka Ryszarda Nycza przynosi konsekwentną i śmiałą wizję literatury XX wieku „w jej nurcie obiektywistycznym” (s. 5). By napisać to sformułowanie, autor „Tekstowego świata” musiał przejść długą drogę i nie była to droga powrotna do XIX-wiecznego pojmowania dzieła sztuki jako mimesis, naśladowania. Gdy współczesny teoretyk literatury mówi o „literaturze jako o tropie rzeczywistości”, ma świadomość wagi dotychczasowych pytań, zwłaszcza dotyczących języka.



„PROJEKT KRYTYKI EPIFANICZNEJ”

„Literatura jako trop rzeczywistości” stanowi naturalne dopełnienie, ale i wyraziste przekroczenie wcześniejszych prac. Ryszarda Nycza zajmują teraz „subtelniejsze języki”, by posłużyć się sformułowaniem Charlesa Taylora. Badacz odsłania w dwudziestowiecznej literaturze polskiej cały krąg tematów, współczesny „obiektywizm” nie jest bowiem ani nurtem, ani szkołą, lecz rodzajem konstelacji – szerokim, wielokształtnym zjawiskiem o nieostrych konturach. Zjawisko to, raz zobaczone i sugestywnie opisane, narzuca się z mocą. W analizach rozpada się na wiele różnych elementów, by znów scalić się, gdy badacz przyjmuje perspektywę antropologii. Horyzonty, jakie otwiera książka Nycza, są niezwykle rozległe; to „projekt krytyki epifanicznej” gotowy do podjęcia na wielu płaszczyznach.
Książkę o nowoczesnych epifaniach można czytać na różne sposoby. W ramach historii literatury da się z niej wydobyć dzieje najważniejszego może, choć traktowanego dotąd jako nieoczywisty, tematu literatury ostatnich 150 lat, jakim jest zagadnienie poszukiwania tego, co realne. Kwestia ta przewija się od Norwida poprzez Leśmiana do Białoszewskiego i późnego Miłosza, który (jak podkreśla Nycz) jest młodszy od wielu mu współczesnych. Jest to również zbiór doskonałych interpretacji poezji współczesnej z punktu widzenia kategorii epifanii, a wreszcie projekt, który ukazuje rozbitą dwudziestowieczną podmiotowość na niełatwej drodze do scalenia – poprzez odkrycie rzeczywistości niezależnej od „ja”.
Gdyby książka Nycza musiała mieć tylko jednego bohatera, mógłby nim być Leśmian, w którego poezji znalazły się najważniejsze wątki epifaniczne, a w esejach – wyraz świadomości ich wagi. W szkicu, który można by nazwać manifestem nowoczesnego pojmowania opozycji między tym, co obiektywne a subiektywne, pisał on: „Rzeczywistym w danym okresie jest nie to, co można stwierdzić, lecz to czego stwierdzać nie trzeba. (...) Dla malarzy flamandzkich (...) rzeczywistością jest suknia z drogocennego aksamitu, lampa płonąca w pokoju, sam pokój i jego umeblowanie”. Leśmian przypominał, że realność samej sukni nie jest już w jego czasach czymś pewnym, ważniejsza od niej staje się „gra świateł i cieni” na tkaninie.
W Leśmianowskich „Przemianach rzeczywistości”, które, jak sądzę, wolno potraktować jako zarys dwudziestowiecznej problematyki „obiektywności”, znajdujemy ważne uwagi o człowieku postrzeganym najpierw jako typ, następnie charakter, wreszcie jako jaźń. Leśmian wskazuje mechanizm umniejszania się terytorium widzialnego świata w miarę pogłębiania się obszaru introspekcji: „Wiara w jaźń, odwracając oczy nasze od wielu przedmiotów poza nami, jeszcze bardziej uszczupliła teren widzialnej rzeczywistości, skupiając ją w uczuciach bezprzestrzennych”. 
„Jeszcze chwila, a człowiek znika nam sprzed oczu jako sen, nie wiadomo przez kogo wyśniony” – zauważa Leśmian w roku 1910, tym samym, w którym, jak miała powiedzieć Virginia Woolf, „człowiek się zmienił”. W książce Nycza polskim twórcom towarzyszą między innymi Joyce,
Proust, Baudelaire, Rilke, Valéry. Jednemu z najważniejszych wątków książki patronuje Hofmannsthal i jego „List lorda Chandosa”. W tym lapidarnym i niezwykle gęstym tekście doszły do głosu istotne cechy nowej rodzącej się dopiero wrażliwości i nowej estetyki. Dziedzictwo „Listu” w literaturze polskiej pokazuje Nycz na przykładzie Irzykowskiego i sygnalizuje inne jego echa. 
Ciekawym tematem książki jest próba wyrażenia w literaturze nowoczesnej niewyrażalnego, a na pewno trudnego do wyrażenia, przeżycia, w którym człowiek staje się medium tego co pozaludzkie, „miejscem spotkania”, granicą niepodobnych do siebie sfer. Aby to doświadczenie przybliżyć, chciałabym przywołać (za Ryszardem Różanowskim z jego „Pasaży Waltera Benjamina”, 1997) słowa Waltera Benjamina o wyjątkowej chwili przeżytej na Morzu Północnym: „Długo trwała ta gra przeciwieństw, aż sam stałem się jedynie progiem, nad którym nie dający się nazwać posłańcy rozgrywali swą partię w powietrzu”. 
„Literatura – zwłaszcza literatura nowoczesna – pisze Nycz – staje się tym specjalnym miejscem, gdzie świat wkracza dopiero w przestrzeń doświadczenia i zarysowuje na horyzoncie ludzkiego poznania; i tym szczególnym momentem ludzkiego doświadczenia, w którym procesowi nastawania »bezimiennej« realności zachodzą drogę znaki, akty kategoryzacji i nadawania sensu. Tam i wtedy właśnie ślad staje się tropem; literatura – »zaszyfrowanym zapisem« rzeczywistości” (s. 12).

„...nie ma rzeczywistości?”

Trudno wskazać moment, w którym człowiek nowoczesny zrozumiał, że został czegoś pozbawiony, że utracił swoją rzeczywistość. Najprawdopodobniej tracił ją powoli, wydając na pastwę chaosu coraz to nowe tereny swojego doświadczenia świata. Poczuciu pozbawienia dramatycznie dawała wyraz sztuka. Doświadczenie to ukazała choćby Bronisława Ostrowska w „Kole święconej kredy”, wyznając w imieniu innych poetów:

Że nas pustka dławi za gardła
(...)
I rzeczywistość – umarła
Nie ma rzeczywistości. Nie ma prawdy i treści.
Są tylko puste kształty, w których się nic nie 
mieści,

W dodatku inni wcale nie widzą, co utracili, żyją w kręgu luster, przed łudzącymi ekranami:

(Czy oni wiedzą, Boże, czy oni wiedzą, 
Że nie ma rzeczywistości?)

Właśnie do poetów-skamandrytów zwraca się autorka po imieniu z apelem o wspólne przeciwdziałanie wciąż rosnącej pustce: „Może w pustce jest ziarno – może w mroku jest błysk...” Skamandryci próbowali znaleźć rozwiązanie, odkrywając świat zwykłych rzeczy i najprostszych doświadczeń. „Młody artysta”, Antoni z powieści Iwaszkiewicza „Księżyc wschodzi” zaczyna budować swój program literacki od zamiaru opisywania konkretnych szczegółów: „tu na parapecie leży mały liść klonu, żółty, ma czerwone żyłki i jeden kącik całkiem zielony; ten stół, ten pokój, ta nasza rozmowa (...) To jest naprawdę, to istnieje naprawdę. Chcę to chwytać, brać, starać się poznawać”. Iwaszkiewicza i Tuwima poprzedzili Leśmian, Staff i zapomniany Aleksander Szczęsny, o którego tomie „To co się stało” Leśmian napisał entuzjastyczną recenzję. 
Ratunek może stanowić także spotkanie Drugiego. W poezji twarz obcego, przypadkowego człowieka objawia się w krótkim błysku, któremu towarzyszą silne emocje. Tak Benjamin interpretuje wiersz Baudelaire’a „Do przechodzącej”, Taylor – wiersz Pounda „Na stacji metra”, badacze Miłosza czytają jego utwór o nieznajomej spotkanej właśnie w metrze. Podobne zapisy olśnień przygodnym spotkaniem znajdujemy w dzienniku Czapskiego. Jednak od przechodzących ulicą XIX-wiecznego miasta ludzi Baudelaire’a do tych, którzy w XX wieku jadą metrem, nastąpiło znaczne przyspieszenie. Wymiana spojrzeń trwa coraz krócej.
Przypomnijmy scenę z „Lorda Jima”, gdy narrator, Marlow nie może zobaczyć twarzy bohatera poprzez otaczającą go zasłonę mgły. Twarz ukazuje się na chwilę w blasku świecy i na nowo znika w ciemności, staje się niewidzialna. Tak też, nie tylko od okrzyku Kurza: „ohyda”, zaczyna się XX wiek. 

Ślady I ODBICIA

Druga część książki Ryszarda Nycza poświęcona jest interpretacjom. Otwiera ją sylwetka Leśmiana jako poety ludzkiej nietrwałości, „zwiewności”. Osobne szkice dotyczą poezji Przybosia, Miłosza, Różewicza, Białoszewskiego i Herberta. Jedynym prozaikiem jest tu Gustaw Herling-Grudziński, który dobrze znał i rozumiał wyznanie z listu lorda Chandosa. Nie w opowiadanych przez Herlinga fabułach, ale w jego opisach i metaforach, takich jak „odpryski”, Nycz odnajduje „iskierki” ukrytych sensów.
Wyjątkowe miejsce zajmuje Miłosz, który patronuje poezji życzliwej wobec rzeczywistości (z istotnych powodów nie chce jej nazywać obiektywistyczną) nie tylko za sprawą własnych wierszy, ale przede wszystkim od czasu wydania niezwykłej antologii „Wypisy z ksiąg użytecznych” (1994). Tam znalazły się również epifanie, niekoniecznie nowoczesne. Te „ćwiczenia z zachwytu”, z których wiele pochodzi z poezji Wschodu, uczą chwilowego zapomnienia o samopożerającym się zachłannym europejskim pooświeceniowym „ego”. Duchowe konsekwencje takiej postawy poetyckiej są bardzo istotne.
Uderzająca i nieprzypadkowa jest powtarzalność pewnych motywów w poezji opisywanego przez Nycza nurtu. Oprócz kluczowej metafory śladu w ulotnej materii, na śniegu czy piasku, ważnym obrazem są małe zwierciadła, od kałuż odbijających słoneczny blask u Leśmiana i Szczęsnego do „Lusterka samochodu” Adama Zagajewskiego, które odbija w sobie wielką katedrę. Bardzo często pojawiają się wizerunki przedmiotów, z którymi człowiek związany jest na co dzień. Rzeczy wzgardzone, odrzucone, brzydkie czy niepotrzebne to domena dwudziestowiecznej poezji od Szczęsnego do Białoszewskiego; ich literackie wizerunki mają bardzo różny charakter i rozmaite zaplecze filozoficzne. Można jednak wyobrazić sobie poetyckie muzeum zwykłych przedmiotów, w którym znalazłby się stół z wiersza Miłosza („Tylko ten stół jest pewny. Ciężki. Z masywnego drzewa”) a przy nim krzesła, każde z innego kompletu: krzesło z wiersza Herberta, Białoszewskiego, Josifa Brodskiego...
Ostatni rozdział dotyczy Herberta, można by więc oczekiwać na przykład nowej lektury „Elegii na odejście...” – książka Nycza już podpowiedziała sens jego opłakiwania rzeczy. Tymczasem poezję Herberta reprezentuje wiersz „Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy”. Szkic Nycza stanowi tu precyzyjną, jubilerską lekcję ponownego odczytania (wiersz miał przed nim co najmniej sześciu, i to wybitnych, interpretatorów). Odczytanie to jest jakby realizacją napomnienia pochodzącego od Spinozy: „CAUTE”. 
W wieloznacznym wierszu-midraszu Herberta Spinoza dostępuje Boskiej epifanii. Nieprzejednany moralista bierze udział w rozmowie, tytułowym „kuszeniu”. Amor Dei intellectualis filozofa zostaje – na prawach wielkiej ironii – przeciwstawiony pragnieniu Boga:

– chcę być kochany
przez nieuczonych i gwałtownych
są to jedyni
którzy naprawdę mnie łakną 

U Herberta bezkompromisowy filozof kierował się ku górze, ku temu, co boskie i doskonałe. Po swej rozmowie z Bogiem słyszy „kroki schodzące w dół”. Wybrzmiewają one także w zakończeniu książki Nycza, pozostawiając moment „niepewnej jasności” – może Deus artifex spragniony bardziej miłości niż sprawiedliwości, zstępuje po skrzypiących schodach jak stary zmęczony rzemieślnik, by dokonać naprawy tego co niedoskonałe.

Przywrócenie

Leśmian zawarł w „Przemianach rzeczywistości” następujący postulat, który wcale nie musi dzisiaj brzmieć naiwnie: „Jak westalki podsycały ogień święty, tak my musimy podsycać naszą rzeczywistość (...) bo jej trwanie jest trwaniem naszym, jej zmienność – naszą zmiennością, jej zmierzch zupełny – naszym zmierzchem”. Słowa manifestu przynoszą marzenie o tym, że kiedyś człowiekowi na powrót dana zostanie ta „godzina zachwytów dziecięcych, kiedy znów wszystkie, niewiarę budzące przedmioty nabiorą w jego oczach czaru i znaczenia (...). I znów świat cały od sasanki do Boga – stanie się rzeczywistością”. Poezja nigdy nie zrezygnowała z marzenia o bezpośredniości dziecięcego poznania.
Mimo świadomie założonego w książce Nycza „ateologicznego” wymiaru opisywanych dzieł i zagadnień, „preteologiczny” czy też „parateologiczny” sens nowoczesnych i ponowoczesnych epifanii prześwieca przez ich świecką powłokę. Milczące założenia poetów, które można wydobyć z ich wierszy, stanowią przykłady nieortodoksyjnej interpretacji teologii. Są to przed wszystkim: mit „czasu marnego”, pogarszającego się z epoki na epokę, wizja teraźniejszości jako przejścia pomiędzy wygnaniem z Raju a oczekiwaniem na Drugie Przyjście. To również idea przerwania za sprawą epifanii choćby na krótki błysk czasowej tkaniny naszej egzystencji. To także mit mesjanicznego zadania poety-pośrednika oraz wywodzące się z Kabały marzenie o scaleniu dzięki twórczości rozbitych fragmentów, o pozbieraniu w jedno iskier, o restytucji, tikkun, ocaleniu, przywróceniu. To wreszcie marzenie o absolutnej pamięci, która przechowuje wszystko, poetyckiej apokatastazie.
Figurą, do której Ryszard Nycz odwoływał się już w poprzedniej książce, był Angelus Novus z obrazu Paula Klee w interpretacji Waltera Benjamina, obrócony w stronę przeszłości, kierujący się w przyszłość, który widzi dookoła ruiny, ruiny na ruinach. „Chciałby zatrzymać się, zbudzić zmarłych i złączyć to co rozbite” – mówi Benjamin. Wiersz Adama Zagajewskiego „Spróbuj opiewać okaleczony świat” stanowi dowód, że poezja epifanii może być również poezją duchowej restytucji. 
„Istotą rzeczywistości jest sens – pisał Schulz. – Duch ludzki niestrudzony jest (...) w »usensowianiu« rzeczywistości.” Co najmniej od stu lat rzeczywistość wciąż jest tracona i wciąż odzyskiwana na nowo – za sprawą poezji, która ma odwagę jak u Miłosza: „... na samym brzegu otchłani ustawić stół, na nim szklankę, dzban i dwa jabłka.”


RYSZARD NYCZ, „LITERATURA JAKO TROP RZECZYWISTOŚCI. POETYKA EPIFANII W NOWOCZESNEJ LITERATURZE POLSKIEJ”, Kraków 2001, TAiWPN „Universitas”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl