O Mironie Białoszewskim w jego 80. urodziny


Po latach, ale jeszcze nie w zaświatach

Tadeusz Sobolewski



Mam przed sobą plakat Mironaliów 2002 – święta ulicy Tarczyńskiej. W tej bocznej ulicy, idącej od placu Zawiszy w głąb Ochoty, na czwartym piętrze przedwojennej kamienicy, w mieszkaniu Lecha Emfazego Stefańskiego powstał w 1955 roku słynny teatr, w którym Białoszewski był przez jakiś czas autorem i aktorem. Na plakacie projektu Stefańskiego – zdjęcie Mirona, umalowanego jak Pierrot. Obok dedykacja znanym, wyraźnym pismem: „po latach, ale jeszcze nie w zaświatach. Miron (B.)”. 
Dobry pomysł miała Wanda Chotomska, żeby obchodzić na Tarczyńskiej urodziny Mirona: w tym roku Białoszewski kończy 80 lat i czas sprzyja temu, żeby przypominać raczej rocznicę jego urodzin niż śmierci. Zresztą w świetle jego poezji te rocznice są czymś umownym, względnym i spotykają się ze sobą. Obie kojarzą się z upalnym czerwcem, z topolowym puchem. „Być sobie jednym / taki traf mi się” – w tej zwięzłej formule mieści się zalążek filozofii Mirona, prościutkiej jak u dawnych japońskich poetów, „sprawdzonej sobą”. Bycie na pograniczu niebytu – kontemplacją tego bycia jest cała jego literatura. 
„Dziś jest dzień moich prawdziwych urodzin” – zapisał w dzienniku prywatnym któregoś 30 czerwca. Odtworzył tę datę sam, na podstawie zeznań rodziny – oni nie pamiętali jej dokładnie. W króciutkiej noweli z cyklu „Opowiadanek z niepokojem” (tom „Rozkurz”) Białoszewski opisuje moment, gdy wiozą go do chrztu. Chrzestną była Nanka, ciotka opisana w innej noweli z tego tomu, przypominającej Trumana Capote’a. Nanka robiła kołdry.
„Rozstawiała krosna w kwadrat pośrodku pokoju, napinała na nie materiały i watę, rysowała na wierzchu wzory do pikowania i zaczynała powolne szycie kołdry. Pod rozpiętym spodem kołdry ja wtedy robiłem sobie gniazdo.”
Miron w pewnym sensie utrzymał to gniazdo przez całe życie. Wychodził z niego na świat – i wracał z powrotem pod kołdrę, jak do domu. Prowadził tryb życia leżący. Którąś z kołder odziedziczył po „jednej Stefie”, której „upiekło się getto”, „mieszkała to zostawiła mi” (Białoszewscy ją przechowywali). Świat się walił na jego oczach. Powstanie warszawskie, tak jak je opisał w swoim arcydziele, „Pamiętniku...”, odsłoniło mu naturę świata, pokazało jego kruchość. Nasz świat jest zawsze na krawędzi katastrofy, zagłady, nieistnienia. Ale to nie znaczy, że Białoszewski żył z kompleksem wojny. Nie przypominał w tym swoich rówieśników, poetów wojennej generacji. W swoim stosunku do zagłady jest raczej bliższy nam, dzisiejszym. Oswajał zagładę. Tak jakby odkrycie, że świat znajduje się wiecznie na krawędzi, uspokajało go: ach, więc to tak? Znaczy: trzeba z tym żyć. Bo co innego? 
Celną charakterystykę postawy Mirona dał w „Miesiącach” Kazimierz Brandys, który spotykał Białoszewskiego w Oborach i w Nowym Jorku. Napisał, że „był on blisko spokrewniony z małą i szarą codziennością, a zarazem ze sprawami niewidzialnymi. Bliżej niż my”.
Ale wróćmy jeszcze do „Opowiadanka z niepokojem”. 
„Nanka, poproszona na chrzestną, jeszcze w drodze do kościoła przebierała kartki kalendarza, żeby utrafić na imię, do tej pory nie wymyśliła. 
– Już kościół, wysiadać!
Nanka spojrzała na kartkę, którą miała pod palcem.
– Miron, niech będzie Miron.”
W ekspozycji tej miniaturowej noweli Miron opowiada o czasie, zanim przyszedł na świat. Było tak, że Zenek – jego ojciec – „przesiadywał do nocy u Kazi”. 
„Raz w nocy dzwoni do swojej bramy. I nagle bierze go strach. Boi się spojrzeć we wnękę z boku, ale widzi i tak, że tam siedzi ktoś. Kto? Jakby dosyć płasko. W coraz większym strachu czeka na stróża. W końcu człapanie. Stróż otwiera żelazne wejście. Zenek do niego
– niech pan zobaczy, kto tam siedzi we wnęce?
stróż łypnął oczami
– e tam 
i za Zenkiem bramę zatrzasnął”.
Ta anegdota ma związek z nurtującym Mirona dociekaniem jedności początku i końca naszego życia. Białoszewski, lekceważąc ostateczności jako „pospolite ostatecznie”, perswaduje sobie i nam, że śmierć to nic nowego: przecież już raz nie byłem, przed urodzeniem. Ale kim jest ten, który mówi: „nie było mnie”?
Dotykamy tu wielkiego paradoksu wypowiedzi poetyckiej, zawierającego się w samej istocie literatury. „Być sobie jednym / taki traf mi się.” Wszystko jest trafem, przypadkiem – pochodzenie, urodzenie, także samo imię, znalezione w kalendarzu, a budzące potem tyle pięknych skojarzeń: Miron. Jedno w tym wszystkim niepokoi: kto tam siedzi w bramie? Kto na to wszystko patrzy, kiedy mnie nie ma? Kim jest to moje literackie „ja”, które mnie przetrwa? Uprawianie literatury – nawet tak potocznej, przyziemnej, zabawnej, pełnej anegdot z życia – jest zawsze potrącaniem tajemnicy. Próbą wyrażenia niewyrażalnego – fikcji trwania, fikcji przemijania. 
Białoszewski długo pracował nad stworzeniem własnego języka poetyckiego. Opowiadał kiedyś o napisanych i wyrzuconych do kosza powieściach z lat pięćdziesiątych – podobno były w stylu prozy Schulza. Długiemu literackiemu terminowaniu sprzyjał niedobry czas – debiutować i tak się nie dało, bo panował soc. Stopniowo Miron dorastał do swojego ja.
W „Obrotach rzeczy” (1956) opiewa klatkę schodową swojego domu:

Już idę
po pierwszej drabinie
mojego życia
Każdy stopień 
śpiewa kolędę
o moim narodzeniu. 


W „Mylnych wzruszeniach” z 1961 roku mówi zupełnie inaczej, już bez metafory:

naprzeciw nocnych szpar
ciemno-ja
mieszkanio-ja
leżenio-ja.

W jego ostatnich tomikach z lat 80. znajdziemy „ja” przezroczyste, nieoddzielone od świata. Rozwój, który możemy śledzić na poziomie języka poetyckiego, był odpowiednikiem rozwoju duchowego. Anna Sobolewska w książce „Maksymalnie udana egzystencja” opisała tę paradoksalną drogę Mirona od „ja” do „nie-ja”. 

Czarna zima
ulica nie zgaszona
świt
stoję
ę to ja 
ten patyk
na który nawija się
niebo z wronami
długo cierpliwie i w 
zapamiętaniu
chińsko.


Ta poezja może się komuś wydać skrajnie egotyczna, niezrozumiała. Żeby ją pojąć, trzeba czytać dosłownie – okazuje się wtedy aktem samopoznania. Białoszewski nie potrzebuje metafory, bo metaforą jest dla niego sama rzeczywistość. Dochodząc do niej poprzez siebie, uznając jedność siebie i świata, poeta oswaja sprawy ostateczne. Znajduje w sobie moment „nieutulonej zgody” – na cierpienie, na niewygody choroby i starości, wreszcie na śmierć, czyli na to, co dotyczy wszystkich ludzi. Co więcej może poeta?
Pozorna celebracja „ja” prowadzi u niego do przezwyciężenia „ja” i odkrycia jaźni. Stawał się świadkiem samego siebie. Działając w zupełnie innym rejestrze, wkraczał w podobne regiony, co Leśmian. Był poetą najgłębszej świadomości. 
Dzięki propozycji Małgorzaty Dziewulskiej miałem niedawno szczęście przygotowywać z aktorami Teatru Narodowego wieczór Mirona. Kiedy czytaliśmy go razem, przekonałem się, że ta literatura, zdawałoby się wchłonięta, uznana, zinterpretowana, znów ożywa, choć w każdym z nas inaczej. Aktorzy odkryli w wierszach i prozie Białoszewskiego ukrytą sceniczność, teatr, domagający się wypowiedzenia. Inny był Miron Anny Chodakowskiej, zupełnie inny – Doroty Segdy, inny Łukasza Lewandowskiego, inny Leszka Zdunia. A każdy prawdziwy, tyle że przepuszczony przez siebie. Tak bardzo plastyczne, chłonne, wielokształtne okazuje się Mironowe „ja”. Tak bliskie dzisiejszej wrażliwości. 
Poeta lingwistyczny? Poeta peryferii? Piewca blokowisk? Żadne z tych podręcznikowych określeń nie trafia w sedno. To tak, jakby Józefa Czapskiego (który poprzez Ludwika Heringa stał się w pewnym momencie dla Mirona ważną postacią – czy ocalała gdzieś ich korespondencja?) nazwać malarzem kolejek podmiejskich i bistr. U Białoszewskiego poprzez tematy bylejakie, przez język odkształcony, pokawałkowany, zaszyfrowany, tak jak dzieci szyfrują swoje tajemnice w zabawie, przebija zawsze sugestia całości. Jak zauważył świetny interpretator jego poezji Janusz Sławiński, Białoszewski jest zawsze gdzie indziej, nie tam, gdzie chcieliby go widzieć raz oswojeni odbiorcy. 
Jak poeci haiku, zachwyca się śpiewem żab, opisuje topolę za oknem. Pisząc o byle czym, odnosi to do samego istnienia. Bo jeśli nie istnieje ta chwila – to co teraz widzę, słyszę, czuję – nie istnieje nic. Poeta o tym wie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl