Przegląd zagraniczny

Amerykański desant w Hadze?


Czy amerykańscy marines zaatakują Holandię? Perspektywa abstrakcyjna, ale teoretycznie pytanie jest uzasadnione: 1 lipca w holenderskiej Hadze rozpoczyna działalność Międzynarodowy Trybunał, powołany przez ONZ i mający być globalnym odpowiednikiem sprawdzonego już międzynarodowego trybunału ds. zbrodni wojennych w b. Jugosławii. Jednak Stany Zjednoczone nie tylko odmówiły przyłączenia się do grona ponad 60 państw, które ratyfikowały traktat o powstaniu Trybunału (podobnie uczynił m.in. Izrael). Amerykański Kongres przyjął pakiet ustaw, który umożliwia armii amerykańskiej interwencję w obronie Amerykanów i przedstawicieli krajów sojuszniczych (NATO), postawionych przed haskim Trybunałem. „To nie żart” – pisze komentator niemieckiego FRANKFURTER ALLGEMEINE ZEITUNG (z 18 czerwca) – choć ustawy są bardziej gestem politycznym, w którym ujawnia się nieufność Amerykanów wobec instytucji międzynarodowych.
Co więcej, nieufny rząd USA przedstawił w ubiegłym tygodniu Radzie Bezpieczeństwa ONZ ultimatum, żądając przyjęcia rezolucji, wyłączającej żołnierzy i pracowników cywilnych misji pokojowych ONZ spod jurysdykcji Trybunału i grożąc, że inaczej Amerykanie przestaną uczestniczyć w misjach pokojowych ONZ – relacjonuje szwajcarski NEUE ZÜRCHER ZEITUNG (z 21 czerwca). Kraje europejskie odrzuciły to żądanie i tak wydłuża się lista kwestii spornych między USA a Europą, obejmująca już m.in. ochronę środowiska (protokół z Kyoto), politykę bliskowschodnią, militarne plany Busha, karę śmierci czy „wojnę celną” na niektóre produkty. 
Kraje europejskie powstanie Trybunału – pierwszego stałego „globalnego” sądu, mającego ścigać ludobójstwo, zbrodnie wojenne i łamanie praw człowieka – postrzegają jako milowy krok w dziele budowy międzynarodowego systemu prawnego. Dla Europy ultimatum USA to kolejna próba zakwestionowania sensu takiego sądu. Prezydent Clinton podpisał wprawdzie międzynarodowy traktat o powołaniu Trybunału, ale nie przesłał go Senatowi USA do ratyfikacji. Amerykanie od początku wyrażali obawy, że Trybunał może ograniczyć ich suwerenność i zostanie zdominowany przez kraje niechętne USA, które wykorzystają go do zwalczania Ameryki. Zastrzeżenia wzmogły się za Busha i w maju Biały Dom poinformował ONZ, że wycofuje podpis Clintona.
Argument Europejczyków, że postulowany przez USA immunitet dla sił pokojowych ONZ podważa sens Trybunału, Amerykanów nie przekonuje. Wytykają oni Europejczykom mierzenie „podwójną miarą”: oto w styczniu rząd brytyjski, działający w imieniu 19 państw uczestniczących w misji pokojowej w Afganistanie, zawarł porozumienie z rządem w Kabulu, że żaden żołnierz sił międzynarodowych nie zostanie przekazany sądowi międzynarodowemu bez zgody właściwego rządu. 
Polityka USA wkomponowuje się tutaj w dążenie Busha do utrwalenia „strategicznej autonomii” – dowodzi politolog Lothar Rühl w NEUE ZÜRCHER ZEITUNG (z 18 czerwca). Już w minionej dekadzie, od wojny w Zatoce (1990-91) przez Bałkany po Afganistan ukształtowały się priorytety polityki USA w sytuacji kryzysu, które mogą wpłynąć także na stosunki w NATO: Amerykanie nie zamierzają dzielić się dowództwem i „strategiczną odpowiedzialnością” ani przekazywać swych żołnierzy pod obce dowództwo bądź jurysdykcję. W amerykańskich operacjach poza obszarem NATO wykluczone jest też uzależnienie od sojuszników czy instytucji międzynarodowych; słowem, operacje, w których uczestniczą Amerykanie, powinny być kontrolowane przez USA. USA uważają wreszcie, że nie powinno się mieszać w jednym teatrze działań wojsk, które wykonują operacje o charakterze interwencyjnym z działaniami peace-keeping. Priorytetom tym USA podporządkowują reorganizowaną właśnie strukturę sił zbrojnych.
Trybunał Międzynarodowy nie zlikwiduje od razu bezprawia i dyktatur w świecie. Jego pozycja zależeć będzie nie tylko od procesów, które podejmie jako pierwsze, ale też od tego, czy potwierdzą się obawy o możliwości politycznych nadużyć – a przede wszystkim, ile krajów będzie się czuć zobligowanych przez jego statut i będzie z nim współpracować. Także dlatego jest tak ważne – podkreśla komentator FRANKFURTER ALLGEMEINE (z 19 czerwca), by USA opuściły szeregi „nieświętej” koalicji, w której niechcący znaleźli się obok takich „państw bandyckich” jak Irak czy Korea Północna. Choć na razie nic nie wskazuje, aby Amerykanie zmienili zdanie.
 


WP

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl