Polski kleryk czasów popkultury

Tomasz Potkaj



W czterdziestu polskich seminariach diecezjalnych i pięćdziesięciu seminariach zakonnych studiuje ponad siedem tysięcy kleryków – to aż jedna czwarta wszystkich kleryków w Europie. Do kapłaństwa przygotowują się kandydaci z „pokolenia X”, generacji wychowanej na kulturze masowej. To wyzwanie dla ich seminaryjnych wychowawców oraz dla Kościoła. Jak sobie z nim radzą? I czy w Polsce nadchodzi kryzys powołań?



Piotr do seminarium wstąpił dwa lata temu, od miesiąca nosi koloratkę i nie może się przyzwyczaić, że ludzie zwracają się do niego „proszę księdza”. Pamięta, że najtrudniej było mu przyzwyczaić się do organizacji czasu. Do tego, że wszystko jest w stałym, niezmiennym porządku. Pobudka, Msza, wykłady, posiłki. Zanim wstąpił do seminarium, przez dwa lata wieczorowo studiował architekturę krajobrazu, a w dzień pracował w firmie internetowej. Teraz czas na naukę ma od piętnastej do osiemnastej, gdy w „tamtym życiu” zawsze uczył się w nocy. No i nie musiał wstawać o szóstej rano. „Taki tryb życia ma swoje plusy, choć wiem, że jeśli kiedyś zostanę księdzem, sam będę musiał organizować mój czas” – mówi. I dodaje, że studia nie są trudne, choć miał problem z zaliczeniem łaciny. 
Były kleryk M. (prosił o anonimowość) w seminarium spędził dwa lata. Choć minęło już kilka lat od kiedy zdecydował się odejść, do dziś seminarium kojarzy mu się z zapachem kuchni i kiepskiego jedzenia, przenikającego wszystkie zakątki, łącznie z kaplicą: „Seminarium jest jak subkultura: ma własny język, modę, styl życia. Nigdzie nie słyszałem tylu dowcipów o Matce Bożej, co tam”. Kiedyś M. zapytał rektora, dlaczego przyszłym księżom nie mówi o zagrożeniach, które na nich czekają. Usłyszał: „Niech się uczą tego co dobre, to co złe poznają sami”.

CI, KTÓRZY PRZYCHODZĄ

Co roku do seminariów diecezjalnych zgłasza się ponad 900 młodych ludzi, którzy postanowili iść za głosem powołania. Po „powołaniowym boomie” lat 80. i znacznym spadku na początku lat 90, liczba ta od kilku lat utrzymuje się na niemal tym samym poziomie. 
Jaki jest typowy kandydat do kapłaństwa? Ma mniej niż 25 lat, pochodzi z miasta (aż 60 proc. – to duża zmiana ostatnich lat, bo przez dziesięciolecia podstawą społeczną przyszłych kapłanów była wieś), jest ministrantem, często związanym z ruchem Światło-Życie (popularna „oaza”), rzadziej z Odnową w Duchu Świętym czy neokatechumenatem. Zwykle jest absolwentem liceum, choć coraz częściej ma już za sobą kilka lat studiów lub pracy, albo odsłużone wojsko. Taki obraz wyłania się z opublikowanego przed rokiem raportu „Powołani na progu III Tysiąclecia”. Jego autor, ks. Krzysztof Pawlina (rektor Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie) swoje wnioski oparł na wynikach ankiety, którą przeprowadził wśród nowo przyjętych kleryków we wszystkich 40 seminariach diecezjalnych. 
Odpowiedź, jacy są i w co wierzą, komplikuje się jednak, jeśli przyjrzeć się odpowiedziom na szczegółowe kwestie. I tak, aż 20 proc. przyszłych księży nie ma jasnych kryteriów co do dobra i zła, 5 proc. dopuszcza przyjęcie łapówki, 14 proc. uzależnia jej przyjęcie od okoliczności. 7 proc. uważa, że w Kościele należy wprowadzić więcej demokracji. Tyle samo sądzi, że księża powinni mieć możliwość zawierania małżeństw. 2 proc. dopuszcza kapłaństwo kobiet. 5 proc. nie wierzy w istnienie piekła, 3 proc. kwestionuje istnienie szatana. Po kilka procent wskazuje lęk przed nieudanym małżeństwem albo biedą wśród motywów wstąpienia do seminarium. Tylko 3 proc. odpowiada, że obowiązkiem katolika jest posłuszeństwo wobec Kościoła. 
To nie powinno zaskakiwać: kandydaci do seminariów nie różnią się od swego pokolenia. „Są dziś zupełnie inni niż pokolenie, które wstępowało do seminariów 20-30 lat temu – twierdzi ks. Marek Dziewiecki z Radomia, psycholog i Krajowy Duszpasterz Powołań. – Mają zwykle mniejszy kontakt z Kościołem i tradycją religijną. Coraz częściej pochodzą z rodzin o słabej więzi, niekiedy z rodzin rozbitych, zaburzonych alkoholików. Nie czują się wystarczająco kochani, nie mają dostatecznego poczucia bezpieczeństwa, szukają go więc »na zewnątrz«: w podporządkowaniu się zbiorowości, w naiwnej religijności. Coraz częściej zdarza się też, że kandydaci na księży byli w przeszłości wykorzystywani seksualnie. Mają problemy z dyscypliną i podejmowaniem decyzji na całe życie. Coraz więcej miało niewystarczającą lub zaburzoną więź z rodzicami, co może być źródłem trudności emocjonalnych i trudności w relacjach z ludźmi”.
„Owszem, coraz liczniej w seminariach pojawiają się klerycy z rodzin zaburzonych i to jest wyzwanie dla nas, wychowawców – ks. Mirosław Cholewa, opiekun duchowy w warszawskim seminarium i redaktor naczelny formacyjnego kwartalnika „Pastores”, próbuje opisać podopiecznych. – Ale z drugiej strony to pokolenie jest bardziej otwarte. Są jakby bardziej dojrzali, bardziej niż my w ich wieku wiedzą, czego chcą. Otwarcie mówią o swych problemach. Są bardziej pokoleniem obrazu niż słowa, wychowali się na telewizji, internecie, kulturze masowej. W seminarium muszą przestawić się na słowo: dostęp do telewizji i internetu mają w ograniczonym zakresie, z telefonów komórkowych nie mogą korzystać w ogóle. Dla tych, którzy kilka miesięcy wcześniej porozumiewali się ze światem głównie za pomocą SMS-ów, to szok. A dla wszystkich to wyciszenie, »wyjście na pustynię«, jest rzeczywiście wyzwaniem”.
Jak wielkim? Ks. Cholewa przyznaje, że nie wszyscy kandydaci dokonali trafnego wyboru: z 34 osób przyjętych do warszawskiego seminarium, w ciągu pierwszego roku odeszło 14, z czego 9 trzeba było usunąć. Powody? Alkohol, brak dyscypliny, przypadłości charakterologiczne. 
Z seminarium „wylatuje się” również za każdy stwierdzony przejaw aktywności seksualnej, w tym homoseksualnej. Można przyjąć, że przypadki takie się zdarzają, choć trudno coś powiedzieć o skali zjawiska: sprawy takie władze seminariów otaczają dyskrecją. I choć kandydatów do seminariów nie „sprawdza się” szczegółowo pod kątem orientacji i aktywności seksualnej (po serii skandali w Kościele w USA praktyka ta stała się tam powszechna), to wydaje się, że wśród wychowawców problem jest rozpoznany – przynajmniej w teorii. 
Statystycznie w czasie 6-letnich studiów z seminarium odchodzi 30-50 proc. kleryków. Niektórzy rezygnują już po tygodniowych rekolekcjach, które poprzedzają rozpoczęcie pierwszego roku. Inni odchodzą po pierwszej sesji albo nie wracają po wakacjach. Zdarza się, że rezygnują dopiero przed przyjęciem święceń diakonatu, po 5 latach. Albo robią magisterium z teologii, nie przystępując do święceń. 
Ks. Dziewiecki uważa to za normalne: seminarium jest po to, by dokonać selekcji kandydatów i zweryfikować motywacje. Bardziej niepokoi księdza, że niektórzy przeżywają kryzys już po święceniach, popadając np. w alkoholizm: „To cierpienie dla parafii, biskupa, rodziny księdza. I dla niego samego”.

TESTY I FORMACJA

Księża są tacy, jaka jest ich rodzina, otoczenie, ich cechy osobowościowe. Oraz jakie jest seminarium, które kończyli. 
„Polscy duszpasterze byli duchowymi przywódcami w czasach dyktatury, ale ich dzisiejsi następcy zaczynają się gubić we współczesnym świecie” – twierdzi ks. Zdzisław Kroplewski, rektor seminarium diecezji koszalińskiej i autor książki „Nauczycielu, gdzie mieszkasz? Seminarium w dobie nowej ewangelizacji” (Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2001). Dlaczego zaczynają się gubić? „Model wychowania seminaryjnego jest przestarzały i nie wytrzymuje konfrontacji z wyzwaniami współczesności – wyjaśnia ks. Kroplewski. – Dotąd stawiał na masowość, mniejszą uwagę zwracając na indywidualną formację”. Potrzebę zmiany ksiądz dostrzegł już w połowie lat 70., kiedy sam był klerykiem: „Miałem wrażenie, że w dużej mierze zostałem pozostawiony sam sobie, że nie otrzymałem szansy pełnego rozwoju” – tłumaczy. 
Wprawdzie soborowy Dekret o Formacji Kapłańskiej już w połowie lat 60. zajmował się organizacją seminariów, podkreślając rolę wychowawców i kładąc nacisk na konieczność ogólnego wykształcenia humanistycznego, ale mimo to synody biskupów w następnych latach jeszcze kilkakrotnie musiały podejmować ten temat. VIII synod (1990 r.) w całości zajął się formacją kapłanów. Opinie biskupów i tom uwag były podstawą do wydanej dwa lata później papieskiej adhortacji „Pastores dabo vobis” – dokumentu poświęconego kwestii formacji wychowawców seminaryjnych, w którym podkreślano znaczenie ludzkiego wymiaru formacji kapłańskiej. 
„Rektorzy seminariów powielali model, który znali, wychodząc z założenia, że skoro ich uformował, będzie odpowiedni dla ich następców – mówi ks. Kroplewski. – Nowi księża opuszczali więc mury seminarium tak, jakby nic się zmieniło. Tymczasem świat wokół był inny niż 10 lat temu. Zresztą i dziś nie zaryzykowałbym twierdzenia, że adhortacja »Pastores dabo vobis« jest realizowana w pełni we wszystkich seminariach diecezjalnych w Polsce” – zaznacza ksiądz. 
Zanim Piotr został przyjęty do seminarium, musiał wypełnić test (500 pytań) i odbyć rozmowę z psychologiem. Podobną procedurę przeszedł każdy z jego kolegów. „Testy są standardem w seminariach w Europie Zachodniej i USA. Dobrze, że psychologia także w Polsce stanowi coraz poważniejsze źródło oceny w świetle kryteriów powołaniowych – uważa ks. Dziewiecki. – Dzięki badaniom psychologicznym możemy poznać silne i słabe punkty w strukturze osobowości, historię życia i sposób, jak radzi sobie z trudnościami, zdobyć informację na temat więzi międzyludzkich, jakie buduje i wskazać ewentualne czynniki ryzyka”.
„Oczywiście, stuprocentowa weryfikacja kandydatów nie jest możliwa – dodaje ks. Cholewa. – Ale jestem przekonany, że zdecydowana większość świeżo wyświęconych księży to ludzie o dojrzałej osobowości, przygotowani do czekających ich wyzwań”.
Ks. Kroplewski jest mniejszym optymistą: „Seminarium wciąż jest »kloszem ochronnym«, a zderzenie z rzeczywistością współczesności bywa bardzo bolesne”.
Od kilku lat wychowawcy seminaryjni pracują nad tzw. ludzką formacją kapłana. To dojrzałość, równowaga psychiczna, zdolność nawiązywania relacji z innymi. Do tej pory klerycy z Warszawy podczas wakacji jeździli na rekolekcje czy pielgrzymki albo pomagali proboszczom w parafiach. Teraz doszły obowiązkowe trzytygodniowe praktyki w domach opieki, hospicjach, szpitalach. Klerycy mieszkają w nich razem ze swoimi podopiecznymi, 24 godziny na dobę.

GDY KLERYK SIĘ ZAKOCHA

Dwa lata temu, po długich dyskusjach, w polskich seminariach wprowadzono nowy program studiów. Teraz jest mniej łaciny, za to więcej wiedzy z zakresu nauk o człowieku: antropologii, psychologii, pedagogiki, komunikacji, języków. Seminarzyści mają większą możliwość doboru przedmiotów. „Z powodu kłopotów ze studiami przełożeni tylko sporadycznie usuwają z seminarium. Ale choć w świetle prawa kanonicznego tytuł magistra nie jest konieczny do święceń, biskup dziś raczej poczeka niż wyświęci diakona, który nie obronił pracy magisterskiej” – mówi ks. Cholewa. 
20 lat temu, kiedy ks. Cholewa przyjmował święcenia, magisterium robiło dwóch na trzech seminarzystów, dziś wszyscy. Ks. Cholewa wskazuje jeszcze inną różnicę: gdy 11 lat temu przyszedł do seminarium, 330 kleryków miało tylko trzech opiekunów duchowych. Dziś ta trójka opiekuje się 130 klerykami.
W Polsce są trzy szkoły wychowawców seminaryjnych. Ich cel to przygotowanie do pracy w roli wychowawcy, na różnych poziomach formacji seminaryjnej. Specjaliści uczą, jak kształtować dojrzałe sumienie, na czym polegają wybory w drodze do kapłaństwa, dojrzałość emocjonalna albo uczucia negatywne. Albo co robić, kiedy kleryk się zakocha. 
No właśnie: co? W teorii seminarzystom wpaja się, że „uczuć nie wolno tłumić, gdyż może to doprowadzić do deformacji osobowości. Należy je przede wszystkim oczyszczać i wychowywać” – tak pisze ks. Jacek Kiciński (w tekście „Podstawowe uwarunkowania życia w celibacie kapłańskim”; „Ateneum Kapłańskie”, nr 2-3/2000). W praktyce przeważnie kończy się na rocznym urlopie, po którym kleryk wraca – bądź nie. 
Wśród kleryków krąży żart, że celibat oznacza tylko tyle, iż ksiądz nie może mieć żony (caelebs to po łacinie: bezżenny). Pytanie o poglądy na temat celibatu pada zawsze w rozmowie wstępnej przed przyjęciem do seminarium. Kwestie seksualności należą zresztą do najczęstszych problemów, z którymi spotykają się ojcowie duchowi. Ale to kleryk decyduje, co jest przedmiotem rozmowy ze swym ojcem duchowym. Jeśli więc robi uniki, problem może pozostać. Czasem na lata. „Minęły czasy, kiedy wystarczyło być pobożnym, aby zostać ojcem duchowym – zaznacza ks. Cholewa. – Dziś korzystamy z dorobku wielu dziedzin: psychologii, pedagogiki. Świat komplikuje się, nie możemy zostać w tyle”. 
Ks. Kroplewski mówi, że w dotychczasowym modelu wychowania seminaryjnego sprawa była prosta: ludzi z rodzin patologicznych, o słabej osobowości albo „z problemami” nie przyjmowano. „W tej chwili ludziom tym nie można odmówić, bo oni są częścią tego pokolenia i innych kandydatów nie będzie” – mówi ksiądz.

CZY KRYZYS POWOŁAŃ? 

W referacie, wygłoszonym niedawno podczas konferencji o powołaniach na Górze św. Anny, ks. Kroplewski postawił zaskakującą tezę: że w Polsce można już mówić o kryzysie powołań, tak jeśli chodzi o ich liczbę, jak i jakość. 
Istotnie, dane pallotyńskiego Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego pokazują, że są seminaria, w których na pierwszy rok zgłasza się mniej niż 15 kleryków – choć w rekordowo licznych seminariach w Lublinie i Tarnowie na pierwszy rok zgłosiło się po 70 alumnów. I że są diecezje, w których biskup wyświęca rocznie tylko kilku księży. Mimo to w porównaniu z Europą Zachodnią, Polska wciąż jest powołaniową potęgą. Dlatego informacje o symptomach kryzysu wolno przebijają się do świadomości ludzi polskiego Kościoła. 
Przyszli księża nie kryją, że mają odmienną wizję kapłaństwa niż ich starsi koledzy, których pracę oceniają często krytycznie. W badaniach prowadzonych przez ks. Krzysztofa Pawlinę, na pytanie o największe wady księży 17 proc. kleryków wskazało pychę i zarozumiałość, 16 proc. kłopoty w kontaktach z ludźmi, 10 proc. na brak zaangażowania, a 7 proc. rutynę. Z kolei z sondaży prowadzonych w całym społeczeństwie wynika, że wymagania stawiane duchownym są dziś dużo wyższe niż kiedyś. 
Niewątpliwie, trudniej dziś być księdzem niż kilkanaście lat temu. Ochroną nie są już jednolite struktury kościelne, zmienił się stosunek wiernych do księdza, zmieniła się jego tożsamość społeczna. Nie ma już też jednego modelu kapłaństwa. Czy seminarium odpowiada na te nowe realia? Zapewne bardziej niż kilka lat temu. Chociaż...
Piotr opowiada o pewnym zdarzeniu: niedawno chciał wyjść poza seminarium w sutannie i sandałach, naturalnie bez skarpetek, jako że skarpetki noszone do sandałów Piotr uważa za przejaw złego smaku. Ale przełożony polecił mu włożyć półbuty. Sandały noszone do sutanny uznał za strój nieodpowiedni. 
Piotr ma 23 lata. Uśmiecha się: „Seminarium uczy pokory”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl