Film


Psychoza po polsku

Anita Piotrowska



Oglądając „Dzień świra” Marka Koterskiego początkowo trudno uwierzyć, że ktoś wreszcie odważył się opowiedzieć o zjawisku pod tytułem „polski inteligent dziś” – zagadnienie to raczej mało „sprzedajne”, a i postać nie bardzo fotogeniczna.



W ostatnich latach pojawiła się spora grupa amerykańskich filmów, w których powtarzał się taki oto fabularny wzór: nieustannie „nakręcony” młody yuppie, który, zdawać by się mogło, osiągnął w życiu zawodowym wszystko, nagle, często pod wpływem błahego incydentu, jak choćby uliczny korek, zrzuca krawat i zamienia się w niebezpiecznego psychopatę. W najlepszym razie rozwala samochody kijem bejsbolowym albo staje się członkiem podziemnego klubu walki na pięści, w najgorszym – zaczyna zabijać tych, którzy staną na jego drodze. Tak było w „Upadku” Joela Schumachera, w „Podziemnym kręgu” Davida Finchera, w „American Psycho” Mary Harron. Nietrudno się domyślić, jakie były źródła owego szaleństwa – każdy z bohaterów próbował odreagować dotychczasowe stresy, piętrzące się wyzwania, nieustające ciśnienie ambicji. I – jak to w amerykańskim kinie – rozpętywał istne pandemonium. 
W Polsce takie filmy jakoś nie powstają – pewnie jeszcze za wcześnie, by tak bezpardonowo demontować mit człowieka sukcesu. Przemiany ustrojowe ostatniej dekady dostarczyły za to innego arcyciekawego materiału, który aż prosi się o przeniesienie na ekran. Myślę o milionach ludzi, uważających się i uważanych za bękarty transformacji, nieprzystosowanych, oszukanych, bezradnych. Myślę o współczesnym polskim inteligencie – wykorzenionym z dawnego etosu, nikomu niepotrzebnym, wykonującym z coraz mniejszym zapałem bezproduktywną, coraz mniej poważaną pracę. O człowieku zmagającym się z codziennym upokorzeniem, poczuciem nieważności, materialnym niedostatkiem, z własną samotnością wreszcie. O człowieku upupionym przez własną matkę, wariującym w czterech ścianach szarego blokowiska z wielkiej płyty. Taki właśnie jest Adam Miauczyński, bohater czarnej komedii Marka Koterskiego. 

*

Oglądając „Dzień świra” początkowo trudno uwierzyć, że ktoś wreszcie odważył się opowiedzieć o zjawisku pod tytułem „polski inteligent dziś” – zagadnienie to raczej mało „sprzedajne”, a i postać nie bardzo fotogeniczna. Co innego swojski gangster, chłop z upadłego pegeeru czy proszący się o własną karykaturę początkujący yuppie. Koterski wybrał sfrustrowanego polonistę (w tej roli bardzo sugestywny Marek Kondrat), przeżywającego w dodatku smugę cienia, rozwiedzionego, rozliczającego własne życie ze zmarnowanych szans. Wszak mógł zostać poetą (po dziś dzień jeszcze coś tam skrobie „do szuflady”) albo asystentem na uczelni; mógł też poślubić inną kobietę – tę jedyną, którą, jak mu się zdaje, kochał naprawdę. Ale wszystko wyszło inaczej. Dziś patrząc na dorastającego syna ze zgrozą dostrzega fatalistyczny krąg, tragiczną „sztafetę pokoleń”, w której realizuje się ten sam model nieudacznictwa i poczucia klęski. Tocząc zza kadru swój monolog, Adam dochodzi do bolesnego paradoksu: najważniejsze decyzje życia podejmujemy właśnie wtedy, kiedy o tym życiu kompletnie nic nie wiemy. A po latach nasza nabyta mądrość też nie na wiele się przydaje: nawet jeśli moglibyśmy cokolwiek jeszcze zmienić, okazuje się, że zbyt obsesyjnie przywiązani jesteśmy do swoich codziennych zwyczajów, do swoich małych nieszczęść. Z lęku przed nieznanym, w imię szeroko pojętej „higieny”, skazujemy nasze życie na ciąg idiotycznych rytuałów. 
Przypadek Adama to już stan ekstremalny, paranoidalny, i jak na komedię przystało, mocno przejaskrawiony. Rzeczywistość jawi mu się jako nie kończący się koszmar: tępi uczniowie, upiorni sąsiedzi, złośliwe przedmioty. Pospolitość skrzeczy bezlitośnie i nie bardzo wiadomo, co począć z kolejnym nowym dniem. Prozac, geriavit i stopery w uszach to jedyni przyjaciele; „Stepy akermańskie” i muzyka Chopina przegrywają w starciu z telewizyjną sieczką. Jedyną odpowiedzią, której wart jest ten znienawidzony, parszywy świat, jest samonapędzająca się agresja, wyładowywana zarówno na przypadkowych ludziach, jak i na najbliższych. 
Każda mijająca godzina, każda sytuacja, w której bohater się znajduje, wymierza mu kolejne kopniaki: jazda tramwajem, wyprawa po wypłatę, wizyta u lekarza czy kupowanie gazety w kiosku zamieniają się w doświadczenia traumatyczne. Nawet na wpół realna, idylliczna wyprawa nad morze okaże się takim samym piekłem. Bohater Koterskiego nosi bowiem to piekło w sobie. Nowe, nieprzyjazne polonistom czasy jedynie wyzwoliły coś, co drzemało w nim od zawsze. Gdyby odniósł sukces, prawdopodobnie któregoś dnia, wzorem amerykańskich kolegów, zacząłby rozbijać samochody kijem od bejsbola. 

*

„Dzień świra” nie ma bowiem ambicji stawiania społecznej diagnozy. Opowiada historię człowieka przegranego, który w chorobliwy sposób filtruje rzeczywistość, dostrzegając wokół wyłącznie jemu podobnych świrów. Koterski stworzył postać bliską mu duchowo – wystarczy przypomnieć drukowane przed kilku laty na łamach miesięcznika „Kino” jego bardzo osobiste felietony pod znamiennym tytułem „Zapiski psychopaty”, jak i znakomite filmy z lat 80.: „Dom wariatów” czy „Życie wewnętrzne”, w których poznawaliśmy młodsze wcielenia Adama Miauczyńskiego. Sam reżyser przyznaje, że praca nad filmem jest dla niego zawsze – a w tym przypadku szczególnie – rodzajem psychoterapii, wyzwoleniem od własnych obsesji. 
Jednocześnie jednak bohater grany przez Kondrata nie jest dlań idealnym porte parole; zarówno scenariuszowa konstrukcja tej postaci, jak i gra samego aktora naznaczona jest dystansem i jadowitą ironią. Rzeczywistość początkowo mami nas niby-realistyczną, drobiazgowo fotografowaną urodą, by za chwilę objawić swoje groteskowe, ekspresjonistycznie wykrzywione oblicze. Znakomita jest finałowa wieczorna scena, kiedy mieszkańcy bloku wychodzą na balkony, by pomodlić się o... wszystko co najgorsze dla sąsiada. Dosłowne to, ale jakże polskie. 
Okrucieństwo Koterskiego nie oszczędza w tym filmie nikogo. Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś poczuł się nim obrażony czy zniesmaczony. Obawiam się jednak, że wielu w ogóle na „Dzień świra” nie dotrze: kuriozalna polityka dystrybutora skazuje go wyłącznie (przynajmniej w Krakowie) na seanse w multipleksach. Ja na moim seansie Adama Miauczyńskiego nie spotkałam. 


„DZIEŃ ŚWIRA”, scen. i reż. Marek Koterski, zdj. Jacek Bławut, muz. Jerzy Satanowski, scenogr. Przemysław Kowalski, wyst. Marek Kondrat, Janina Traczykówna, Michał Koterski, Joanna Sienkiewicz, Andrzej Grabowski i inni. Prod. Polska 2002. Dystryb. Vision. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl