Obóz jeniecki w Żaganiu: 
amerykański film, w Polsce zapomniana historia




Zapomniana wielka ucieczka

Marcin Matuzik



Akcja głośnego amerykańskiego filmu „Wielka ucieczka” toczy się w obozie jenieckim w Żaganiu. Lokalne władze nie wykorzystują jednak tego turystycznego atutu, popadając w muzealny banał. Tymczasem w 2004 r. minie 60 lat od „Wielkiej ucieczki”, a w dwa lata później w Żaganiu zamknięta zostanie jednostka wojskowa – na razie główne źródło utrzymania mieszkańców.



Wyjeżdżając z Żagania w stronę poniemieckiej autostrady, która miała łączyć Berlin ze Śląskiem, trafimy na drogowskaz „Stalag Luft 3”. Podążając za nim, dojedziemy w sam środek lasu – na rampę kolejową do załadunku czołgów, własność miejscowej jednostki. Trudno znaleźć ślady obozu, z którego w czasie wojny uciekło kilkudziesięciu alianckich lotników. Miejscowi też nie potrafią pomóc. 
Okazuje się, że drogowskaz jest mylący. Drogą do Iłowej trzeba jechać jeszcze kilometr, by trafić na pomnik rozstrzelanych uciekinierów oraz muzeum. I choć wystawę można zwiedzić za darmo, muzeum świeci pustkami. Czasem pojawiają się turyści z Anglii. Ci, którzy widzieli film „The Great Escape” z 1963 r. (ekranizacja książki pod tym tytułem, napisanej przez Paula Brickhilla w 1951 r.), doskonale wiedzą, co zdarzyło się w Żaganiu wiosną 1944 r. Tu mogą co najwyżej spojrzeć na jedną z tablic ekspozycji, poświęconą bohaterom pisanym... przez „ch”. Muzeum świadczy raczej o zapomnieniu niż o pamięci pasjonującej historii z czasów wojny.

*

Obóz w Żaganiu powstał w 1942 r.; przetrzymywano w nim alianckich lotników zestrzelonych nad III Rzeszą. Przewinęło się przez niego 200 tys. jeńców, w tym ponad setka Polaków. Podłe warunki powodowały choroby i śmierć pilotów. Jeńców bito, ginęli też od kul wartowników. Dlatego postanowili uciec. 
Najpierw chcieli ukryć się na wozie wywożącym korzenie wykarczowanych na terenie obozu drzew. Zrezygnowali, bo Niemcy czasem przeszukiwali wozy widłami. Brytyjczyk Ian Cross wpadł na pomysł, by uciec przywiązując się pod wozem – też się nie udało. W wrześniu 1942 r. kapitan RAF Henry Vivan wydostał się z obozu w lekarskim kitlu, podając się za członka wizytującej stalag delegacji Czerwonego Krzyża. Niestety, minął termin ważności jego sfałszowanych dokumentów i lotnik wpadł podczas kontroli w Berlinie. Dwóm innym oficerom nie udała się ucieczka łodzią w dół Bobru i Odry. 
Czasem dochodziło do sytuacji komicznych. Piloci spostrzegli, że jeden z niemieckich podoficerów to niemal sobowtór ich towarzysza niedoli. Postanowili nie zmarnować szansy: hitlerowski mundur uszyli obozowi krawcy, a oznaki i dystynkcje wytopiono z opakowań po czekoladzie. Pech chciał, że w dniu ucieczki służbę pełnił niemiecki pierwowzór, który – gdy zobaczył samego siebie – mimo szoku zaalarmował wartowników.
Do „wielkiej ucieczki” doszło wiosną 1944 r. Akcję zorganizował „Komitet X”, współpracujący z komórką brytyjskiego wywiadu, która pomagała jeńcom w ucieczkach. Agenci przesłali do obozu elementy radiostacji (ukryte w zestawach gier); na opakowaniach zup w kostkach szyfrowali adresy osób, które na zewnątrz miały pomóc uciekinierom, a w wysyłane płyty wtapiali koperty z pieniędzmi i nieprzemakalnymi mapami. 
Lotnicy postanowili wykopać trzy tunele: „Dick”, „Tom” i „Harry”. Pierwsze dwa Niemcy odkryli. Wejście do „Harry’ego” znajdowało się w podstawie pieca, a jeńcy kopali tunel kilofem pozostawionym przez Rosjan z sąsiedniego stalagu, przywiązanym do bejsbolowego kija. Ziemię wysypywali wokół baraków z nogawek spodni. Tunele obudowano deskami z prycz lub sufitów baraków. Powietrze tłoczono przez rury ze zużytych puszek, samodzielnie skonstruowanymi miechami. Tunel oświetlono żarówkami, wykręcanymi z obozowych lamp. 
24 marca 1944 r. wyloty tunelu jeńcy zasłonili kocami, a końcowe odcinki szyn, po których jechał wózek z leżącym uciekinierem, owinęli szmatami, by światło i hałasy nie zaalarmowały wartowników. Wyposażeni w mapy i wyprodukowane w obozie busole, ubrani w samodzielnie uszyte cywilne ubrania i najedzeni na zapas piloci czekali na początek akcji po wieczornym apelu. Od początku mnożyły się jednak problemy. Trzeba było wymienić linę od wózka, bo niemal się przetarła. Jeńcy mieli kłopoty z podniesieniem drewnianej klapy zamykającej wyjście z tunelu, bo namoknięte deski napęczniały i zaklinowały właz. Po wyjściu pierwszych uciekinierów okazało się, że tunel jest za krótki i zamiast w lesie, kończy się tuż za ogrodzeniem stalagu. 
Ale lotnikom sprzyjał los. W czasie ucieczki w obozie wygaszono światło, bo zbliżał się aliancki nalot. Światło zgasło wprawdzie także w tunelu i jeńcy musieli zapalić kaganki, ale przynajmniej wychodzili na zewnątrz bez większych obaw, że zauważą ich strażnicy. Jednak o czwartej nad ranem wartownik natknął się na wydeptaną w śniegu ścieżkę do lasu i leżących na niej czterech jeńców. Zauważył też wyjście z tunelu. Do tej chwili uciekło 76 lotników. Zarządzono obławę. Kilkunastu złapano w pobliżu obozu. Inni też szybko wpadli, bo z powodu nalotu wstrzymano ruch kolejowy i uciekinierzy musieli maszerować przez pola. Następnych aresztowano na terenie całej Rzeszy, czasem ledwie kilka mil przed końcem ucieczki, np. na ostatniej stacji kolejowej przed granicą zatrzymano pilota z RPA. Inny oficer przekroczył w górach granicę Szwajcarii, ale pomylił drogę i znalazł się na powrót w Niemczech, gdzie został schwytany. Tylko trzem lotnikom udało się uciec z Rzeszy.
Jeńców chroniła Konwencja Genewska, ale hitlerowcy uznali uciekinierów nie za żołnierzy, lecz za poddanych Rzeszy. Szef Gestapo wydał rozkaz, by schwytanych umieszczać w karcerze najbliższego więzienia, a potem rozstrzelać. Kilku pilotów zamordowano w drodze do więzienia, rzekomo podczas prób ucieczki. Winnych egzekucji osądzono po wojnie w tzw. procesie hamburskim. 

*

Dziś na miejscu obozu rośnie las, miejscami pozostało piaszczyste pole. Deski z baraków spłonęły w piecach okolicznych domów podczas kolejnych mrozów. Lotników upamiętnia muzeum, stojący przed nim pomnik oraz dwa cmentarze. W muzeum można zobaczyć pamiątki po ucieczce i cierpieniu jeńców. Jednak banalnie zaaranżowana ekspozycja nie jest na miarę historii z 1944 r. Miasto też nie korzysta z „Wielkiej ucieczki”, choć przyniosłaby mu pewnie popularność i pieniądze z turystyki. Prawie nikt nie wie, że przedstawiona w filmie historia rozegrała się na terenie dzisiejszej Polski. Zapomnieli o niej także nasi filmowcy: obok rozszyfrowania kodu Enigmy (znów Polacy!) to kolejny temat zignorowany przez rodzimą kinematografię. „Wielka ucieczka” kojarzy się dziś tylko z amerykańskim filmem.



W artykule wykorzystano książki: „Pięćdziesięciu z Żagania” R. Szubańskiego oraz „Sagan Befehl – fakty i dokumenty” T. Sojki.








Polskie ślady

Miejsce ucieczki nie jest jedynym polskim akcentem w tej historii. Jednym z najwydajniejszych kopaczy tunelu był por. Zygmunt Król. Urodzony w 1916 r. w Krakowie, wstąpił do lotnictwa w Wielkiej Brytanii. Służył m.in. w elitarnym 74. dywizjonie RAF. Zestrzelono go w lipcu 1941 r. Wraz z nim uciekli także mjr Antoni Kiewniarski, por. Włodzimierz Kolanowski, por. Kazimierz Pawluk oraz por. Paweł Tobolski. Wszystkich zastrzelili Niemcy w marcu lub kwietniu 1944 r. 


MM


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl