Świadomość, co uczy pokory

Ks. Marek Łuczak



Pytanie o sposób kształcenia kleryków jest dziś coraz bardziej aktualne. Ale jeszcze trudniej odpowiedzieć na pytanie o jakość ich formacji: co zrobić, by w regułach scholastycznego rozumowania nie stracili najważniejszego?



Zaraz po święceniach ksiądz Paweł znalazł się w dużej parafii. Na początku zajmował się zwykłym duszpasterstwem, potem przejął obowiązki więziennego kapelana. Najpierw wydawało się to egzotyczne: przepustka, trzask bram. Praca też nie była skomplikowana: rozmawiał, przynosił kawę i papierosy, załatwiał różaniec czy książeczkę do nabożeństwa. Co tydzień spowiadał, prowadził katechezę. 
Kiedyś spotkał się z młodym więźniem, który ostatnie 10 lat spędził za kratami. Więzień chciał, by rodzice odpisali na jego list. Znał swoją winę, ale miał dość milczenia. Chciał też, by mu przebaczyli. Ksiądz postanowił odwiedzić rodziców i w imieniu syna prosić o wybaczenie. Ale przedtem więzień wyjawił: „Jestem od lat nosicielem wirusa HIV. Zaczynam chorować. Nie zdążę odsiedzieć, umrę”. Wtedy w księdzu coś pękło: załamał się. Nie chciał chodzić do więzienia, nie wiedział, co powiedzieć. „Katastrofa – myślał – nie ma o co oprzeć nadziei”. Dopiero potem zrozumiał, że nie musiał nic mówić. Wystarczyło, że był i słuchał.
Być może ksiądz Paweł nie musiałby przeżywać swego załamania, gdyby w seminarium przygotowano go na podobne sytuacje. Tak jak w Katowicach: w tutejszym seminarium duchownym klerycy mogą zbierać życiowe doświadczenia przed święceniami. Chyba nie ma kleryka, który przez kilka lat studiów nie otarł się o pracę z ludźmi potrzebującymi. 
Mówią, że chcą kontemplować oblicze Chrystusa. Że tak pisze Papież i postanowili być mu posłuszni. Wiedzą, że Chrystusa trzeba kontemplować w drugim człowieku. Ale jak, kiedy śmierdzi? „Nie mył się od tygodni – mówią – to musi śmierdzieć”. Starają się więc zobaczyć coś więcej. Jak klerycy z „grupy dworcowej”, która działa od kilkunastu lat. 
Kiedyś klerycy przychodzili na dworzec dwa razy w tygodniu, przynosili herbatę i chleb. „To był dobry czas, by porozmawiać z bezdomnymi – wspomina Tomasz Koryciorz. – Na dworcu spotykaliśmy ludzi, którzy nigdy nie przyjdą do katolickiego ośrodka. Teraz dworzec się prywatyzuje i nowi właściciele nie życzą sobie ani kleryków, ani bezdomnych”. „Grupa dworcowa” chodzi więc w weekendy do Sióstr Misjonarek Miłości, gdzie na Mszy gromadzi się zwykle około dwustu bezdomnych. „Biskup Stefan Cichy zawsze się dziwi, że nigdzie nie słychać tak głośnego śpiewu, jak wśród bezdomnych” – mówią. Po Mszy rozdają posiłek, ubrania i lekarstwa. Jak trzeba, rozmawiają. 
Także noc sylwestrowa – to spotkanie na dworcu z bezdomnymi. Ponad sto osób. Przychodzą księża, świeccy, spędzają tam noc. Są świadectwa, Msza, potem bigos i śpiew do rana. 
Klerycy wiedzą, że czasami są oszukiwani. Bezdomni potrafią odgrywać dramat, udawać nawrócenie, byle dostać pomoc. „I tak się zdarza – mówią. – Ale potrzebny jest czas. Oni potrzebują zaufania. Najbardziej ich drażni, jak widzą, że ktoś pomaga z litości”. 
Pojawiają się pytania o Boga. Bezdomni mówią bez zahamowań: dlaczego jest taki niesprawiedliwy wobec nas? Niektórzy tracą wiarę, inni nigdy jej nie znajdują. Klerycy nie mają łatwych odpowiedzi. „Takie pytania bolą – mówi kleryk Tomasz. – A jeszcze bardziej boli świadomość, że pozostaną bez odpowiedzi”. Nie robią bilansu zysku i strat. Powtarzają sobie, że nawet jeden człowiek jest wart wysiłku. 
Z kolei kleryk Adrian Buczkowski pracuje z niepełnosprawnymi: razem z kolegami odwiedza ośrodek w Katowicach. Czasem słyszą od otoczenia, że nie warto się „spalać”, bo osoby „uwstecznione” i tak niewiele skorzystają. Odpowiadają na to zaproszeniem: trzeba tam pojechać, zobaczyć. „Dzieci przyjmujące Komunię potrafią odróżnić zwyczajny chleb od Eucharystii – mówią. – Wyrażają to słowem, swoim ciałem, a czasami tylko wyrazem oczu. Mają świadomość, że dzieje się coś niesamowitego. Z Komunią jest inaczej niż z ciastkiem”.
„Także one się rozwijają – mówi kleryk Grzegorz – i trzeba im stawiać wymagania. Mimo że postęp nigdy nie będzie taki, jak u dzieci zdrowych”. I dodaje, że nikt nie jest tak spontaniczny, jak dzieci z „ich” ośrodka. Nie potrafią kłamać. Są bezgranicznie szczere i otwarte. Bardziej niż tak zwani „normalni”. 
Także Grzegorz Skiba na pierwszym roku seminarium stwierdził, że powinien się zaangażować w pracę charytatywną. Zanim poszedł do Pogotowia Opiekuńczego, przez wiele miesięcy musiał codziennie odmawiać różaniec. Modlił się za tych, którym chciał pomagać. Bo w śląskim seminarium zasady są takie: po dłuższym czasie starsi koledzy zabierają ze sobą młodego kleryka, który najpierw może siedzieć w ostatniej ławce i obserwować. Potem przychodzi czas na samodzielność.
Podopiecznych z Pogotowia zabierają na Mszę, przygotowują do sakramentów, idą z nimi na spacer. W piątki spotykają się na wieczornej modlitwie z tymi, którzy nie mają do kogo pojechać na niedzielę. Razem obchodzą Dzień Dziecka czy św. Mikołaja, przygotowują upominki. Pieniądze zbierają sami. Darczyńcy to katowiccy biskupi, wydawnictwa, prywatne firmy.
„Najtrudniejsza jest katecheza – mówi Grzegorz. – Dzieci są nadpobudliwe i trudno wyegzekwować spokój”. Alumni powtarzają sobie, że to nie jest agresja, ale odruch obronny tych dzieci. A może też wołanie o miłość, o zauważenie. 
Dzięki takiej pracy kandydaci do kapłaństwa stają się również – paradoksalnie – mniej pewni siebie: nie wiedzą, co ich może w życiu spotkać. Mają świadomość, że czasem wystarczy przypadek, może choroba, i wszystko się zmienia w ciągu kilku godzin. Wśród bezdomnych spotykają przecież wykształconych i inteligentnych. Ta świadomość uczy pokory. I pozwala odnajdywać charyzmaty, które kiedyś przydadzą się w pracy kapłańskiej. Biedni nie marnują jedzenia, oszczędzają, uczą ubóstwa. Choć nie wszyscy będą pracować tam, gdzie się czują najlepiej; są parafie, gdzie nie prowadzi się duszpasterstwa niepełnosprawnych. 
Ale i tak nie jest to czas stracony: pozostaje wrażliwość. Ona nie pozwoli przejść obojętnie wobec innych potrzeb. Bo na wykładzie w seminarium nie usłyszą, jak rozmawiać z człowiekiem, któremu się życie pokręciło. Nie znajdą gotowych rozwiązań. Najwięcej się nauczą, spotykając żywych ludzi. „Przecież nawet najgorsza prawda o człowieku – mówią – nie jest jedyną prawdą”. Gdyby nic innego nie zapamiętali, i tak wiedzą już dużo. 
I nigdy nie wiadomo, co w nich zostanie z tych doświadczeń. Niektórzy przyjeżdżają, już po święceniach, do seminarium i chcą dalej pomagać. Inni zapominają, porwani codziennością. „Bycie z ludźmi potrzebującymi zmienia każdego – mówi ks. Józef Kupny, rektor seminarium. – Podczas studiów teologicznych formacja intelektualna jest tylko jedną z płaszczyzn. Niezależnie od ich późniejszych losów, to co teraz zdobędą, zostanie”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl