LISTY





Czaję się i boję

Przeczytałam artykuł ojca Wojciecha Jędrzejewskiego „Religijność odciętej głowy” („TP” nr 19/2002). Mam 65 lat, dużo czytam, szukając odpowiedzi na moje pytania. Pierwszy raz znalazłam tekst, który tak głęboko dotyczy moich spraw. Dlaczego tak późno?! W moim wieku chciałoby się wszystko uporządkować, oczyścić, odnaleźć wewnętrzny spokój. Do tej pory nie znalazłam jednak osoby, która chciałaby zatrzymać się nad moim problemem i być „obiektywnym rozumem”, prostującym myślenie.
W dzieciństwie byłam wykorzystywana seksualnie przez o 10 lat ode mnie starszego brata. Dotyczyło to także mojej siostry, ale rodzice nie dawali jej wiary. Miałam świadomość, że dzieje się coś złego. Nie wiedziałam, przy pierwszej dziecięcej spowiedzi, jak to nazwać. Ksiądz potraktował mnie surowo. Pierwszy raz otwieram się tak dalece. Dotychczas czułam lęk, żeby się z czymś nie wydać. Nigdy nie byłam „prawdziwa”, stale coś ukrywałam, stwarzałam pozory. Bałam się rodziców, brata, nocy poślubnej. Boję się sądu ostatecznego, gdzie wszystko zostanie odkryte. Nigdy nie byłam szczera i otwarta wobec męża, choć szanujemy się, mamy czworo dzieci z rodzinami – na zewnątrz wszystko bez zarzutu. Zawsze nosiłam w sercu tajemnice (oddawałam je Bogu, jako ofiarę mojego bólu i lęku), swój świat. Wewnętrznie byłam samotna.
Sytuacja z dzieciństwa miała wpływ na moje spowiedzi. Mam problemy nie z żalem za grzechy, ale z ich nazwaniem. Za pierwszym razem bałam się i nie umiałam nazwać tego, co brat ze mną robił, teraz jestem zalękniona, czy dobrze określam moje postępowanie. Zdarza się, że przez kilka dni chodzę od kościoła do kościoła i nie mogę podejść do konfesjonału. Przez długi czas nie przyjmuję więc komunii św., obwiniam się, że za mało kocham, służę, modlę się... Przygniata mnie moja słabość. Na Mszy św. płaczę z wielkiej wewnętrznej tęsknoty, a nie mam odwagi podejść do ołtarza. Spowiednik powiedział mi, że nie ma we mnie wiary... Kiedy odczuwam lęk przed Komunią św., coraz bardziej czuję, że chore są moje uczucia. Nie wiem, jak zachowywać się wobec siebie, i przenoszę to na relacje z innymi: nie ufam im, podejrzewam, oskarżam i nie rozumiem. Nie ma we mnie chrześcijańskiej radości, tylko czajenie się, aby nikt nie poznał, co jest we mnie.
Potrzeba pomocy wierzących psychologów, rozumiejących podłoże religijne ludzkich problemów. Niestety, księża w większości nie są przygotowani do tego i zamiast pomóc penitentowi, często wprowadzają jeszcze większy niepokój. Chciałabym na moim przykładzie potwierdzić, jak zranione, chore uczucia wpływają na życie religijne i podkreślić, że karygodne molestowanie dzieci w rodzinach ma miejsce, ale jest ukrywane przez rodziców, którzy nie dopuszczają myśli o zaistnieniu takich sytuacji. Ten list jest moim pierwszym wyznaniem, jakby spowiedzią. Czy przełamanie bariery przyniesie mi jakieś uspokojenie?


(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)


*

Ten list otrzymałem tydzień po publikacji tekstu – pasmo cierpienia, długo ukrywana tajemnica, odciskająca głębokie piętno na całym życiu. Tego samego dnia zatelefonowałem do autorki. Nie udało nam się spotkać osobiście, ale skontaktowałem ją z ludźmi, którzy przeszli podobne piekło. Zdecydowała się podjąć terapię. Niedługo po naszej rozmowie dostałem drugi list z opowieścią o wyzwalającej rozmowie z mężem, który bolesną tajemnicę przyjął z wielką delikatnością i współczuciem. 
Poprosiłem korespondentkę o zgodę na opublikowanie jej historii. Zrobiłem to w przekonaniu, że jej długoletnie cierpienie i przełamanie muru milczenia może dotknąć tej samej rany, którą skrywa być może ktoś inny, czytający jej słowa... Ilu wśród nas żyje ludzi, którzy stali się ofiarami kazirodztwa? Ilu nawet nie dopuszcza do siebie tych wspomnień? Jak wiele osób ma przekonanie, że z tego powodu są nic niewarci i niegodni stanąć przed Bogiem? Aż strach pomyśleć, jak często może powtarzać się sytuacja pogrążania przez spowiednika tak zranionych osób w jeszcze większej udręce. 
Słowa, które płyną prosto z serca, trafiają do serca. Odsłonięta rana może w świetle prawdy i Bożej miłości stać się źródłem nowego życia. 


O. Wojciech JędrzejewskI OP





Natężenie przemilczeń

Prof. Tomasz Szarota w wywiadzie „Jedwabne bez stereotypów” („TP” nr 17/2002) twierdzi, że „jest za wcześnie, aby precyzyjnie odpowiedzieć na (...) pytanie”, co się wydarzyło 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem. Obawiam się, że przeciwnie: po 60 latach jest zbyt późno, by coś ustalać. Należało badać wcześniej. W badaniach nad przeszłością dążenie do „precyzyjnej odpowiedzi” bywa zasłoną, za którą kryje się niechęć do mówienia prawdy w ogóle.
Prof. Szarota jest niezadowolony, że tragedia Żydów polskich budzi zbyt wielkie zainteresowanie w świecie. Mnie razi coś przeciwnego – brak zainteresowania i to w kraju, w którym ta tragedia miała miejsce. O polskich publikacjach poświęconych II wojnie, w których nie poświęcono ani strony Zagładzie, można by napisać książkę i to wcale niebanalną. Nie będę gołosłowny. Czytam drobiazgową biografię głównego komendanta AK – gen. Stefana „Grota” Roweckiego (Tomasz Szarota „Stefan Rowecki »Grot«”, Warszawa 1983). Właśnie w tej pracy wydawałoby się nie sposób nie pisać o Zagładzie, a zwłaszcza o stosunku do niej bohatera. Przecież na jego oczach wymordowano dziesiątą część ludności Rzeczypospolitej! Nie sposób, ale okazuje się, że można. O ile czegoś nie przeoczyłem, o Zagładzie napisano tam kilka dziesiątek słów w zdaniach podrzędnych. 
Podobny przykład z tej samej półki podręcznej biblioteki (zestawienie wynika z alfabetu): prof. Tomasz Strzembosz z organizowanej przezeń konferencji o stosunkach narodowościowych na kresach podczas II wojny wykluczył problematykę żydowską, jako zbyt kontrowersyjną („Społeczeństwo białoruskie, litewskie i polskie na ziemiach północno-wschodnich II Rzeczypospolitej w latach 1939–1941”, Warszawa 1995, ss. 3-4).Dlaczego tak się robi? 
W dziejach Polski „kontrowersyjne” są nie tylko sprawy żydowskie, a przemilczenia nie były dziełem tylko cenzury PRL. Nie zapomnę rozmowy w 1953 r., gdy prof. Karol Koranyi w cztery oczy opowiedział początkującemu historykowi, co sądził o historiografii czasów pierwszych Piastów, czyli traktującej o początkach państwowości, jego z kolei mentor – prof. Stanisław Grabski, przywódca Narodowej Demokracji (bał się napisać Grabski, nie utrwalił mój rozmówca, nie opublikowałem i ja...). Skąd to natężenie przemilczeń? 
Jak twierdzi prof. Szarota, winna istnieć „różnica między badaniem dziejów a mówieniem o nich oraz przekazywanym społeczeństwu wzorcem tradycji narodowej”, czyli: historycy mogą znać prawdę i przekazywać ją sobie na ucho, tając przed nie-historykami. Przy takim nastawieniu należy się obawiać, jakie plamy: „białe” czy „czarne”, będą w polskich dziejach kultywowane. Gross naruszył konwencję. Mógł to zrobić, pracując za granicą. Czy w kraju byłoby mu równie łatwo?


JÓZEF LEWANDOWSKI
(założyciel seminarium z historii Polski 
na Uniwersytecie w Uppsali, Szwecja)





Kogo to interesuje?


Z uwagą przeczytałam artykuły: Janusza Reitera „Powiedz mi, co wiesz o historii, a powiem ci, dokąd zmierzasz” („TP” nr 20/2002) oraz Janusza Jasińskiego („Centrum krzywd”, „TP” nr 22/2002). Polacy w ciągu ostatnich kilkunastu lat zapomnieli o tym, co spotkało ich ze strony Niemiec, pisząc przede wszystkim o Katyniu, gułagach, więzieniach sowieckich i katowniach ubeckich. Nie wspominają faktu wymordowania przez Niemców 2 milionów obywateli polskich w czasie II wojny, czyli blisko 20 proc. populacji przedwojennej. Nie pisze się o mordach dokonywanych w Powstaniu Warszawskim na ludności cywilnej (rozstrzelanie, 5 sierpnia 1944 r. na Woli, 30 tys. osób cywilnych), wypędzeniu blisko miliona obywateli stolicy po Powstaniu, zabójstwach w obozie przejściowym w Pruszkowie, wywożeniu, nawet dzieci, do obozów koncentracyjnych. Do tego dochodzą zbrodnie i wysiedlenia dokonywane na Zamojszczyźnie, w Wielkopolsce i na Pomorzu.
Los kiedyś zemści się na nas za ten brak pamięci. Nie mam nic przeciwko powstaniu Centrum Wypędzonych, ale przy zastosowaniu w ekspozycji niezafałszowanych proporcji historycznych. Tylko czy z naszej strony kogoś to jeszcze interesuje?


ZOFIA GRODECKA
(Poznań)





Literatura i gusta

Od 23 lat mieszkam i pracuję w Niemczech. Należę do ludzi, którzy – jak pięknie to określił Horst Bienek – nie czytają, a żyją książkami. Z wielkim respektem słuchałam o Literaturkreis – nieformalnych, dyskusyjnych kołach literackich, gdzie paru ludzi spotyka się, aby przy kawie porozmawiać o „zadanej do czytania” książce. Tylko tyle albo aż tyle. W każdym razie Literaturkreis brzmi dumnie. Dzięki takiemu spotkaniu, w małej miejscowości słuchałam utworów Tadeusza Różewicza, Adama Zagajewskiego, Andrzeja Stasiuka, Rasanau, Schrotta. To dowód na istnienie garstki ludzi, kochających książki, którzy nie należą do telewizyjnego stada. 
Nie mam telewizora od 15 lat – nie chcę. Nie słucham więc zbyt często wypowiedzi Marcela Reicha-Ranickiego, o którym pisze Joanna Skibińska w tekście „Bez taryfy ulgowej” („TP” nr 18/2002). Jego opinie o książkach najczęściej nie odpowiadają moim, choć podoba mi się jego iście polskie pieniactwo. Fascynującym zjawiskiem był i jest (jakkolwiek teraz diminuendo) jego wpływ na literackie gusta telewizyjnych Niemców. Reich-Ranicki uwielbia Theodora Fontane i Tomasza Manna. Nigdy nie omawiał książek, np. Patricka White'a, Vidiadhara Naipula, Josifa Brodskiego, Sandora Marai, Czesława Miłosza czy Wisławy Szymborskiej. Jego wypowiedzi na temat literatury polskiej są i były, niestety, koniunkturalne, vide: „Kolumbowie” Romana Bratnego czy książki Andrzeja Szczypiorskiego.
Na szczęście istnieje jeszcze Karl Dedecius. Jego tłumaczenia i wydania utwierdzają niemieckiego czytelnika w przekonaniu, że literatura polska nie potrzebuje żadnej taryfy ulgowej.


ANNA TECHMAŃSKA
(Detmold, Niemcy)





Niedaremny wysiłek 

Dyskusja o bp. Spletcie zakończyła się na łamach „TP” kilka miesięcy temu (teksty na ten temat ukazały się w „TP” nr 33, 36, 42, 43 i 52-53/2000 oraz 46/2001 – red.). Do Gujany Francuskiej, gdzie mieszkam, polska prasa nie zawsze szybko dociera i nie mogłem wziąć w niej wówczas udziału. Mimo tego opóźnienia, chciałbym podkreślić trud i wysiłek, jakiego podjęła się redakcja „TP” dla wyjaśnienia sprawy Spletta i przywrócenia mu godności, której usiłowali pozbawić go komuniści. Po lekturze tekstów doszedłem do wniosku, że ks. bp Splett wyjątkowo nie miał szczęścia, jeśli po tylu latach od jego śmierci wielu Polaków traktuje serio komunistyczny, pokazowy proces.
Pracowałem kiedyś w Chorzowie u ks. Alfonsa Przybyły – w czasie wojny kapelana ks. bp. Czesława Kaczmarka. Od niego wiem, że gdy rozpoczęły się aresztowania księży, bp Kaczmarek napisał list do bp. Carla Spletta, prosząc go, aby zwrócił się do władz niemieckich w Berlinie o zaprzestanie prześladowań. „Nie mogę zwrócić się do władz w Berlinie, albowiem Kościół katolicki w Niemczech jest tak samo prześladowany jak Kościół w Polsce” – odpisał między innymi Splett. Gdy po wojnie rozpoczął się proces gdańskiego biskupa, bp Kaczmarek wysłał ten list do władz sądowych. Przypuszczam, że go zniszczono, nie dopuszczając, aby wpłynął na przebieg procesu. Biskupa Spletta, tak samo jak później biskupa Kaczmarka, osądzono i skazano jeszcze przed rozprawą. 
Biskupa Spletta z funkcji metropolity Gdańska odwołali tylko komuniści, nie Stolica Apostolska; dlaczego Polacy dziwią się, że w Niemczech nadal duszpasterzował gdańszczanom, którzy musieli opuścić rodzinne strony? Tak samo i dzisiaj wśród polskich emigrantów pracują polscy księża i biskupi. Dziwi mnie również, że po roku 1989 ministrowie sprawiedliwości odmawiali rewizji tego procesu. Wiele emocji wywołał postulat polskich księży, by rewizję jednak przeprowadzić, zrehabilitować Spletta i ewentualnie sprowadzić jego prochy do Gdańska, gdzie chciał być pochowany. Komu powinno na tym zależeć? Splett już nie żyje. Niemcy mają na ten temat swoje zdanie i brak rewizji nie jest dla nich problemem. To nam, Polakom, powinno zależeć na rehabilitacji biskupa. Polacy nie mają tutaj nic do stracenia, mogą się tylko spotkać z uznaniem tych, którzy pamiętają tę bolesną sprawę. 


O. MAREK MANDERLA
(Maripasoula, Gujana Francuska)





Podziękowanie 

Do Wszystkich Osób, które wsparły moją kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla 2002.
Z wielkim wzruszeniem otrzymywałem kolejne informacje o setkach podpisów przekazywanych do Komitetu Noblowskiego w Oslo. Przyjmowałem je w imieniu wszystkich, a szczególnie polskich misjonarzy, którzy tak niestrudzenie i ofiarnie pracują dla sprawy Królestwa Bożego tutaj na ziemi, a co za tym idzie dla trwałego pokoju między ludźmi. Ja jestem jednym z nich, wyszczególniony przez Was, chyba z powodu mojego wieku. Czuję się zaszczycony poparciem każdej osoby i dziękuję każdemu za użyczenie osobistego autorytetu dla poparcia mojej kandydatury. Stworzyliście Państwo sytuację dla mnie niezwykłą. Bez względu na ostateczny werdykt Komitetu Wasze, Szanowni Państwo poparcie jest dla mnie najmilszą i największą nagrodą.
Jestem głęboko przekonany, że niezbędną cechą misjonarza jest zrozumienie i uszanowanie religii, zwyczajów i obyczajów ludzi, do których został posłany. Tylko przy takim nastawieniu świadek Ewangelii – misjonarz stanie się drogą do międzyreligijnego dialogu i wypływającego z niego pokoju. W moim 50-letnim życiu misjonarskim starałem się kroczyć tą drogą, chociaż nie zawsze było to łatwe. Pozwólcie więc, że odbieram Wasze, Szanowni Państwo poparcie dla moich wysiłków w budowaniu dialogu międzyreligijnego, jako wyraz Waszego zaangażowania w budowanie pokoju w Indiach i na świecie. Źródłem nadziei jest dla mnie fakt, że popierając moją kandydaturę jednocześnie opowiadacie się Państwo za promocją ludzi trędowatych, niedotykalnych, ludzi z pierwotnych szczepów, którym z wielką radością oddałem całe swoje życie.
Nie potrafię podziękować każdemu z Państwa osobno, dlatego proszę przyjmijcie wyrazy mojej wdzięczności wyrażone w tym liście. Dziękuję w imieniu swoim. Dziękuję w imieniu Adivasów. Dziękuję w imieniu trędowatych i dziękuję w imieniu hinduistów, z którymi łączą mnie więzy przyjaźni. Niech Bóg Wam błogosławi. 


O. MARIAN ŻELAZEK
(Puri, Indie)





Sprostowanie

Przy okazji publikacji zapisu dyskusji „Żydzi i europejski wiek XX” („TP” nr 24/2002) podano w notce biograficznej o mnie, że „prowadziłem referat żydowski” Delegatury Rządu na Kraj. Jest to nieścisłe: referat żydowski DR prowadził od początku (luty 1943) do końca jego działania (lipiec 1944) Witold Bieńkowski (ur. 1906, zm. 1965) i byłem cały czas jego zastępcą oraz współorganizatorem pracy referatu, ale nie kierownikiem tej komórki konspiracyjnej.


WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI
(Warszawa)





Protest Amnesty International

Rząd RP negocjuje kontrakty na sprzedaż broni do Malezji, Indii i Indonezji – krajów, w których dochodzi do łamania praw człowieka i ograniczania podstawowych swobód. Amnesty International – niezależny ruch, walczący m. in. o uwolnienie więźniów sumienia oraz uczciwe i szybkie procesy dla więźniów politycznych, wysłało w tej sprawie list protestacyjny do premiera rządu RP. Wszystkich zainteresowanych zachęcamy do tego samego – poniżej drukujemy list, który możecie Państwo wysłać. Jest on również dostępny na naszej stronie internetowej: www.amnesty.org.pl


STOWARZYSZENIE AMNESTY INTERNATIONAL 




Premier RP Leszek Miller
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Al. Ujazdowskie 1/3
00-583 Warszawa

Szanowny Panie Premierze,
z informacji podanych przez MON i światowe agencje informacyjne wynika, że Polska ma zamiar eksportować broń do Malezji, Indii i Indonezji – krajów, które nie przestrzegają praw człowieka. Negocjowany kontrakt z Malezją ma gwarantować dostawę części zamiennych oraz szkolenie malezyjskich żołnierzy. Wcześniej na zakup 80 wozów zabezpieczenia technicznego WZT-3 zdecydowały się Indie. Toczą się rozmowy o zakupie sprzętu wojskowego przez Indonezję. Warto przypomnieć, że, według najnowszego raportu Amnesty International (AI Index POL 10/001/2002), w Malezji, Indii i Indonezji stosowane są tortury, wojsko i policja tłumią demonstracje pokojowe, dochodzi do bezprawnych aresztowań, jest wielu rannych i zabitych. Szczególnie napięta sytuacja panuje w Indiach, które prowadzą spór graniczny z Pakistanem. Negocjując kontrakt o dostawie broni do tego kraju, Polska mimowolnie może przyczyniać się do łamania praw człowieka.
Powołując się na ustawę z 29 listopada 2000 r. (Dz.U. nr 119/2000, poz. 1250), prawo międzynarodowe, fakt, że Indonezję objęto embargiem CFSP (Common Foreign and Security Policy) oraz biorąc pod uwagę sytuację w tamtym regionie, wzywam rząd RP do zaprzestania sprzedaży broni do Malezji, Indii oraz Indonezji.
Takie działania budzą mój zdecydowany sprzeciw.
Z wyrazami szacunku,
..........................................





LISTY – prośba o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl