Samobój

MARCIN KRÓL



Wszyscy zastanawiają się, dlaczego premier Miller uparł się, żeby wojować z Radą Polityki Pieniężnej. Prezydent jest przeciw, Trybunał Konstytucyjny prawie na pewno będzie przeciw, nawet premier Belka raczej przeciw. Unia Europejska przeciw, gazety na świecie piszą o Polsce coraz gorzej przede wszystkim z tego powodu, a Leszek Miller nie ustąpi. Rzeczywiście, trudno to pojąć, tym bardziej, że premierowi może nie całkiem dobrze się udaje zrobić to, co chce, ale pragmatyzmu trudno mu odmówić. Skąd ten upór graniczący z szaleństwem?
Sądzę, że jeśli trudno jest znaleźć odpowiedź na jakiekolwiek pytanie, to albo jej nie ma (czy też nie da się opisać), czyli przyczyny mają charakter nieracjonalny, albo są bardzo proste. Odrzucam pierwszy wariant (bo nie byłoby o czym pisać) i przyjmuję drugi. Przyczyna jest prosta. Bo prawdę powiedziawszy premierowi nic się nie udaje. I to do tego stopnia, że nie można by powiedzieć, że trochę mu się nie udaje, ale gorzej – porażka za porażką. Ostatnią porażką, którą SLD usiłowało schować i zlekceważyć, była przegrana fantazyjnej koncepcji bezpośrednio-pośrednich wyborów samorządowych. 
Była to bardzo poważna porażka i to z dwu powodów. Po pierwsze, SLD jeszcze nigdy przedtem od objęcia władzy nie przegrało w Sejmie, ale – po drugie – nie został zrealizowany cel tej machinacji, czyli zaspokojenie oczekiwań tak zwanych dołów partyjnych, które chciały mieć poważniejszą gwarancję, że opanują samorządy i osiągną wszystkie z tego wynikające profity. Myślę, że pozycja premiera w partii i tak ostatnio już nie za mocna (bo nic dołom nie załatwił) uległa poważnemu osłabieniu. 
Najprostsza reakcja na ten fakt to znalezienie innej zupełnie sytuacji politycznej, kiedy to można dołom sprawić niewielką, ale jednak niewątpliwą przyjemność. A ponieważ wszyscy w Polsce wiedzą, że popieranie Leszka Balcerowicza jest politycznym nonsensem, zaś jego sensowne lub bezsensowne krytykowanie zawsze budzi poparcie, więc premier przyłączył się do populistycznego frontu. Myślę jednak, że przeliczył się, bo aż takiej przyjemności tym faktem, który przecież w praktyce nic nie daje, swojemu terenowi – jak sam lubi mówić – nie zrobi.
Ponadto premier po prostu chce dokonać zabiegu, który jest przeprowadzany przez wszystkie krnąbrne dzieci. Chciałem się nauczyć do klasówki, ale mama mi nie pozwoliła, bo mnie wysłała po zakupy. Czyli zrzucić byle jak i byle jak najszybciej odpowiedzialność na kogoś innego. Wie, że przegra bój o Radę Polityki Pieniężnej, ale będzie mógł mówić: chciałem, ale mi nie pozwolili. Gdyby, to by było zupełnie inaczej. Brak ożywienia gospodarczego, oczekiwanie na poważny wzrost bezrobocia, brak sukcesów w polityce międzynarodowej. Zmieńmy temat, dajmy gazetom o czym pisać, zwłaszcza, że sprawa będzie się toczyła przez wakacje i na pewno nie zakończy się przed wyborami samorządowymi. 
Jednak uważam, że nie jest to posunięcie sprytne, bo przecież czasem, a może nawet bardzo często, politycy wyprawiają rozmaite udane hocki-klocki. Ten jest nieudany. Wszyscy widzą, o co chodzi. Poparcia premier nie zyska, zaś od rzeczywistości uciec się nie da. Ponadto decyzja przyłączenia się do frontu wrogów Rady Polityki Pieniężnej to już jeden z ostatnich możliwych zabiegów w celu ratowania tak zwanego wizerunku rządu i wizerunku SLD. Co więcej zostanie w zapasie? Już bardzo niewiele. Wyrzucić ministra Łapińskiego, minister Piwnik i może jeszcze jedną minister, i jednego ministra, którzy wzbudzili niechęć różnych środowisk? Ale toż to nie lwy, by warto było robić z tego spektakl. Co robić? Nie wiem, ale premierowi Millerowi, który stosuje tak marne manipulacje, życzę zdrowia, bo coś z nim kiepsko.

Marcin Król

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl