Ukazał się kolejny tom monumentalnej „Historii chrześcijaństwa”


Kościół czasów mocy i słabości

Ks. Jan Kracik



Wielkie syntezy długiej historii pojawiają się rzadko, a służą długo. „Historia chrześcijaństwa” witająca początek jego trzeciego tysiąclecia, raczej nieprędko doczeka się następnego ujęcia. Objęła ona wszystkie Kościoły i pomniejsze społeczności przyznające się do tej religii. Powstała w ciągu ostatniej dekady XX w. dzięki inicjatywie paryskiego wydawnictwa katolickiego Desclee, wspartego przez francuskie ministerstwo kultury.
Ambitne przedsięwzięcie przekroczyło pod niejednym względem najpełniejsze z dotychczasowych ujęć historii Kościoła – pod redakcją Fliche-Martina (Paryż, od 1935) czy Huberta Jedina (9 tomów, Fryburg 1962-73). Zasadnicza różnica, to oczywiście zaniechanie tego konfesyjnego oglądu dziejów chrześcijaństwa, który traktuje po macoszemu historie innych wyznań i nie interesuje się ich punktem widzenia. Zajęto się tedy wszystkimi nurtami chrześcijaństwa, w miarę ich pojawiania się i odgrywanej w dziejach roli.

Ekspansja Kościoła rzymskiego

Do pisania zaproszono około stu najwybitniejszych historyków, nie tylko europejskich. Przedstawiono im ramową koncepcję dzieła, pozostawiając sporą swobodę twórczą. Uwzględniając stan badań mogli posługiwać się własnym stylem. Uzyskana tym zbiorowym wysiłkiem panorama przeszłości chrześcijaństwa – obejmująca jego katolicki, wschodnie i protestanckie nurty – zajęła 14 tomów (w tym tom indeksów), liczących po około 1000 stron. W każdym, opatrzonym w przypisy, znalazło się około 250 kolorowych i czarno-białych ilustracji oraz 40–50 map. Tom obejmuje zatem średnio około półtora wieku, choć faktycznie od kilkudziesięciu lat (np. 1750–1830, 1914–1958) do paru stuleci (np. 431–642, 1247–1449). Czasowa pojemność poszczególnych woluminów zależy oczywiście od stopnia „zagęszczenia” wydarzeniami i problemami danego odcinka dziejowego serialu. Omawianiu rozwoju religijnych instytucji i doktryn towarzyszy prezentowanie życia poszczególnych wspólnot chrześcijańskich oraz związków religii, kultury i polityki (te trzy słowa widnieją jako podtytuł „Historii chrześcijaństwa”).
Powstało tedy dzieło pomnikowe a żywe, zbierające świetne recenzje, standard światowej historiografii. Poszczególne jego tomy, wydawane nie po kolei, ukazywały się także w przekładzie niemieckim (Herder) i włoskim (Borla). Przygotowywane jest tłumaczenie angielskie i hiszpańskie. Nie jesteśmy jednak zdani wyłącznie na wybieranie między obcojęzycznymi wersjami.
Udostępnienia „Historii chrześcijaństwa” polskiemu czytelnikowi podjęło się Wydawnictwo Krupski i S-ka. Tę wielkoduszną a rynkowo odważną decyzją wyświadcza ono ogromną przysługę nauce, kulturze i Kościołowi. Przysługę, gdyż ranga dzieła nie oznacza wszak masowego nań popytu.
Edycję rozpoczęto w 1999 r. tomem 4: „Biskupi, mnisi i cesarze (610–1054)”, oczywiście ze względu na włączenie się w tym czasie Polski w dzieje chrześcijaństwa. Techniczna jakość i estetyka wydania polskiego nie ustępuje zachodnim poprzednikom, a dzięki szczęśliwemu powiększeniu formatu wolumen liczy 790 stron, unikając opasłości wersji np. niemieckiej.





„Historia chrześcijaństwa”,t. 5: „Ekspansja Kościoła rzymskiego 1054–1274”, red. A. Vauchez, J. Kłoczowski, Wydawnictwo Krupski i S-ka, Warszawa 2001.




Po paru latach okazało się, że tom 4 „Historii” nie pozostanie jedynakiem polskiego wydania. Ukazał się oto bowiem jej tom 5: „Ekspansja Kościoła rzymskiego 1054–1274” (Warszawa 2001, stron 742). Skupienie się autorów na chrześcijaństwie rzymskim, jego nurtach duchowych, inicjatywach i ewolucji struktur wynika z realiów historii. Słabe dotąd, w porównaniu z greckim, chrześcijaństwo łacińskie stawało się silniejsze, a bizantyński obszar kościelny kurczył się. Ta moc chrześcijańskiego Zachodu miała swój historyczny kształt. „Okres od połowy XI do końca XIII w. charakteryzuje się przede wszystkim wzmożeniem przez Kościół rzymski wysiłków – uwieńczonych sukcesem częściowym i nietrwałym – by ze społeczeństwa średniowiecznego uczynić zjednoczone chrześcijaństwo podporządkowane jego kierownictwu i inicjatywom” – stwierdza w „Przedmowie” André Vauchez. A na wielu kartach książki ukazano, czemu i jak się to działo.

Po reformie – klerykalizacja

W papieskiej teokracji Grzegorza VII i kilku jego następców tkwiły już bowiem zaczątki jej słabości i jej sekularyzacji. Emancypując się spod władzy cesarzy papieże usiłowali ich kontrolować, a rywalizując z nimi, upolityczniali własną misję. Gregorianie, atakując symoniackich biskupów i żyjących w małżeństwach kapłanów, poparli cieszących się popularnością charyzmatycznych przywódców, głoszących, że ważność sakramentów zależy od nienagannego życia ich szafarzy (kto zapłacił za święcenia – wykonuje je nieważnie). Poparli też i bojkotowanie przez wiernych liturgii sprawowanej przez kler trzymający się swych żon i inwestytury świeckiej. „Jednak w ostatnich latach XI wieku reformatorsko nastawieni hierarchowie znów pogląd ten porzucili, gdyż chcieli pozyskać znaczną część kleru niemieckiego i włoskiego, która pozostała wierna obozowi cesarskiemu. Papież Urban II stwierdził jednoznacznie, że ważność sakramentów w żaden sposób nie wiąże się z cechami moralnymi ani intelektualnymi celebranta, lecz jedynie z przepisowym wyświęceniem go. (...) Ten nagły zwrot był brzemienny w skutki. Świeccy, którzy w wielu regionach odegrali pierwszoplanową rolę we wdrażaniu reformy, poczuli się wystawieni na sztych. Wielu z nich wybrało wierność swoim wcześniejszym koncepcjom, przez co weszli w konflikt z hierarchią” (392).
Tym świeckim marzył się Kościół apostolski i ubogi. O taki wołali wędrowni kaznodzieje. Ale większość duchowieństwa diecezjalnego i zakonnego, wywyższonego ponad laików przez reformę gregoriańską, wolała obrastać w dobra niż dążyć do takich ideałów. Wierni, którym za nieoddanie dziesięciny groziła nawet ekskomunika, chłonęli mowy eremitów lub wyklętych kapłanów, piętnujących zachłanność i lekceważenie swych obowiązków przez wyświęconych. Rósł antyklerykalizm sprzyjający herezjom, które stały się udręką Kościoła w XII–XIII w. Papiestwo powołało przeciw nim inkwizycję. Stojący „ponad narodami i królestwami” (zwrot z listu Aleksandra III z 1171 r.) papieże organizowali krucjaty i decydowali – gdzie i jak długo mogli – kto ma uzyskać czy utracić tron. Papocezaryzm, podobnie jak przedtem cezaropapizm, nie odznaczał się cnotą zdrowego samoograniczania.
Broniąc biskupów przed zależnością od królów papieże poddawali hierarchię całkowicie swej władzy. Silny, jurydycznie wyprofilowany prymat, miał strzec jedności Kościoła, stanowiąc przeciwwagę także uniwersalnych aspiracji cesarstwa. Rozrost sądowniczych kompetencji Stolicy Apostolskiej pociągnął rozbudowę aparatu kurialnego, biurokratyczną mitręgę i fiskalizm. W scentralizowanym Kościele, wśród ściśle określonych zależności i uprawnień, krzepły przecież nie tylko struktury. Autorów interesuje zarówno ich aktywność, jak i toczące się w tych ramach życie religijne i moralne.

Nie samą władzą żyje Kościół

Dlatego wiele uwagi poświęcono procesom chrystianizacji w młodych Kościołach państwowych XII w., od Skandynawii po Bałkany, oraz przeżywaniu wiary. Najpierw w klasztorach, między czynem a kontemplacją (mnisi, kanonicy, bracia szpitalni, zakonnicy-żołnierze, kobiety). Potem – u świeckich: w ich religijności (kulty, praktyki, nauczanie, rola eschatologii), w traktowaniu kobiet i ubogich, spraw płci, wojny, pieniędzy. Nie poskąpiono miejsca i dla zmiennych kolei kultury i rozwoju studiów – od klasztornych po uniwersyteckie, gdzie w dyskursie intelektu i wiary powstawały zręby nowej teologii. Roli papiestwa w tych przeobrażeniach nie traktowano bezosobowo, ukazując bliżej co ważniejsze pontyfikaty, a więc osobowość i przygotowanie przyszłego papieża do tej funkcji oraz ważniejsze dokonania w ramach pojmowania pełni swej władzy. Tak np. Innocenty IV (1243-54), interpretując radykalnie swą „plenitudo potestatis”, zaczął zastępować wywalczone przez gregorian kanoniczne wybory biskupa przez kapitułę własną nominacją, co trwa do dziś. W imię podobnej interpretacji już Innocenty III (1198–1216) zaczął przenosić biskupów, wbrew starożytnej, a utrwalonej przez gregorian zasadzie nierozerwalnego związku (analogia zaślubin) biskupa z jego jedyną diecezją. Klemens IV w 1265 r. ze swej pełni władzy wysnuł następny wniosek, zastrzegając Stolicy Apostolskiej „pełne prawo dysponowania” godnościami i beneficjami, w tym nie tylko prawo obsadzania stanowisk wakujących, ale i wyznaczania następcy za życia beneficjariusza. Kościół stawał się monarchią papieską.
Pisząc o eklezjologii, soborach, kolegium kardynalskim, początkach konklawe czy papieskiej polityce w dziedzinie beneficjów autorzy dbają ciągle o ukazywanie kontekstów, powiązań i współzależności poszczególnych materii. Ta wrażliwość na przenikanie się wpływów i interakcje dotyczy nie tylko omawiania np. relacji Rzymu i Konstantynopola, nadbałtyckich misji i krucjat, ruchów ubogich i zakonów żebrzących, konfliktów papieży z cesarzami, ale i całej sfery duchowej i materialnej, hierarchicznej i świeckiej, z uwzględnieniem zarówno zasad jak realiów.
Z tak ujmowanej historii można się nie tylko wiele dowiedzieć, ale i niemało zrozumieć. A epoka jest tego warta, jako że stanowiła ona – jak powiedziano w ostatnim zdaniu – „apogeum procesu ucieleśnienia się chrześcijaństwa, z wszelkimi dwuznacznościami i z całą wielkością, jakie tego rodzaju proces mógł nieść ze sobą”. Proces ten miał swój równie interesujący ciąg dalszy. Jego zgłębianie ułatwią następne tomy „Historii chrześcijaństwa”, do których stopniowego dostępu, współzależnego przecież, życzyć warto czytelnikom i wydawnictwu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl