Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Trybunał o trybie

Wojciech Pięciak Nim piramida stanie na głowie

Marek Zając Przestraszeni, ambitni i bezrobotni


Jacek Imbramowski Awantura o Radio Blue
 

 




  
Trybunał o trybie

Werdykt Trybunału Konstytucyjnego o niekonstytucyjności nowelizacji ustawy lustracyjnej skomentowali tak przeciwnicy, jak zwolennicy zmian. Kłopot w tym, że tak jedni, jak drudzy potraktowali ów wyrok jako opowiedzenie się Trybunału za określonym modelem lustracji.
Tymczasem werdykt nie dotyczył wcale meritum spornych przepisów, lecz trybu, w jakim próbowano dokonać zmian. Sędziowie Trybunału nie wypowiadali się zatem, czy oficerowie PRL-owskiego wywiadu i kontrwywiadu powinni podlegać lustracji (jak uchwalił Sejm), czy też nie (jak chciała SLD-owska większość w Senacie). Stwierdzili natomiast, że zakres poprawek, jakie Senat może wnieść do ustawy przedstawianej mu przez Sejm, jest ograniczony. I stanowisko takie nie jest nowe. Już przy okazji sporów o ustawy o ustroju sądów powszechnych czy ustroju Warszawy Trybunał uznał, że senackie prawo do wnoszenia poprawek nie może być wykorzystywane do wprowadzania pod ich pozorem nowych rozwiązań, wykraczających poza materię podjętą przez posłów. W przypadku sejmowych nowelizacji Senat wprowadzać może poprawki tylko do ustawy nowelizującej, nie zaś do nowelizowanej (a więc do tych przepisów, których sejm zmienić nie zamierzał). W przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z obchodzeniem procesu legislacyjnego. 
W przypadku ustawy warszawskiej chwyt taki próbowali zastosować posłowie AWS. Słusznie krytykował ich za to SLD. Teraz Sojusz – jak widać – stracił skrupuły. A już kompletnym nieporozumieniem był komentarz premiera Millera. Fakt, że kilku sędziów składa votum separatum, nie powinien premiera przygnębiać. Przeciwnie: jest naturalny i w niczym nie osłabia wagi wyroku. Ba: warunkuje rozwój dyskusji nad prawem (najlepszym dowodem amerykański Sąd Najwyższy, gdzie uzasadnienia votum separatum są za każdym razem przedmiotem uważnej analizy).


Krzysztof Burnetko








Nim piramida stanie na głowie


Niemcy lubią dyskutować. Debata nad uregulowaniem kwestii imigracji trwa od lat. Dokładnie od chwili, kiedy dostrzegli, że – by powtórzyć za Maxem Frischem – „zapraszaliśmy siłę roboczą, a przybyli ludzie” i okazało się, że instytucje społeczne nie są na to przygotowane. Zaczęło się od spraw przyziemnych, gdy np. tureckie dziecko w szkolnej stołówce nie zjadło wieprzowego kotleta. W styczniu 2000 r., pod rządami lewicy, ruszyła reforma prawa o uzyskiwaniu obywatelstwa. Ale ustawa o imigracji, choć właśnie podpisał ją prezydent, zapewne nie wejdzie w życie, bo może okazać się sprzeczna z konstytucją albo zmieni ją prawdopodobny zwycięzca jesiennych wyborów, czyli chadecja. 
Dyskusje trwały także dlatego, że przepisy o imigracji dotykają definicji wspólnoty. Opierające się na „wspólnocie pochodzenia” niemieckie pojęcie narodu jest uwarunkowane historycznie – wobec braku przez stulecia jednego państwa, naród definiowano przez kulturę i „wspólnotę krwi”. Do tego doszła opozycja wobec republikańskiej Francji z jej subiektywnym rozumieniem narodu i zasadą miejsca urodzenia. Modernizacja niemieckiej definicji „narodu” przydałaby się więc także dlatego, że obecna jest anachroniczna: w Niemczech są Niemcy, którzy nie mówią po niemiecku (właśnie przybyli np. z Kazachstanu) i są dziewczęta w chustach, prawdziwe perskie księżniczki, które mówią literacką niemczyzną i czują się Niemkami, ale nie mają obywatelstwa. 
Tymczasem uregulowana imigracja (nie mylić z azylantami; w ich przypadku tendencja w Europie jest ostatnio jasna – najlepiej, by było ich coraz mniej) jest w Niemczech i w innych krajach koniecznością. Europa Zachodnia potrzebuje imigrantów, inaczej „piramida” demograficzna stanie na głowie, bo Europejczycy się starzeją, nie chcą dzieci (dzieci to nie Spaß, nie frajda, a Spaß to podstawa). A jak nie będzie dzieci, dzisiejsi 40-latkowie mogą nie dostać kiedyś rent... 
Niemcy to kraj imigrancki, choć nie wszyscy gotowi są to przyznać. Pytanie nie brzmi, czy przyjmować imigrantów, lecz na jakich zasadach. Do niedawna w modzie było hasło Multi-Kulti: „społeczeństwa wielokulturowego”, otwartego na wszelkie inności, bez przymusu asymilacyjnego, w którym dostosowanie dotyczy także większości. Teraz, po 11 września, tezy tej gotowa jest bronić tylko część lewicy. Większość sądzi: trzeba przyjmować imigrantów, ale pod warunkiem, że akceptują prawa, które regulują życie naszej wspólnoty. 
Kiedyś we Frankfurcie nad Menem usłyszałem taką historię: cmentarze komunalne miały problem, bo brakowało miejsc, gdzie zmarły może spocząć z głową na wschód (co jest ważne dla muzułmanów) i nie chciały uwzględniać takich, jak sądziły, „specjalnych życzeń”. Dziś jest to oczywiste. Ale gdy grupa Afrykańczyków chciała zorganizować pogrzeb, podczas którego podrzuca się zwłoki, ze śpiewem i tańcem, Niemcy i Turcy orzekli zgodnie: „nie”. 


Wojciech Pięciak








Przestraszeni, ambitni i bezrobotni

Widmo liberalizacji kodeksu pracy krąży po Europie. Związki zawodowe odpowiadają protestami. Doszło nawet do tragedii: w marcu włoskie „Czerwone Brygady” zamordowały prof. Marca Biagiego, współautora reformy prawa pracy. Centrale związkowe odcięły się od zabójstwa, ale nie zaniechały protestu: miliony Włochów przyłączyły się do strajku generalnego, zorganizowanego pod demagogicznym hasłem, że reforma to atak na demokrację.
Ostatnio strajk generalny i demonstracje przeciw zmianom w prawie pracy sparaliżowały Hiszpanię. Zakłóciły nawet szczyt Unii Europejskiej w Sewilli. Tymczasem konserwatywny rząd premiera Aznara nieźle radzi sobie z bezrobociem, które od 1996 r. spadło z 25 do 11 proc. Dlaczego więc – mimo sukcesów – Hiszpanie nie zaufali tym razem swojemu premierowi? Po pierwsze, wobec coraz ostrzejszej konkurencji na rynku ludzie bardziej cenią sobie jako taką stabilizację niż możliwość rozwoju – atrakcyjną, ale wymagającą aktywności i zawsze związaną ryzykiem. Po drugie, po wejściu do UE Hiszpania wykonała wielki skok cywilizacyjny. „To niesamowite, że można się urodzić i chodzić do szkoły w biednym kraju, a pracować już w bogatym, nowoczesnym państwie – i w obu przypadkach chodzi o Hiszpanię” – mówiła mi niedawno w Madrycie trzydziestoparoletnia urzędniczka z ministerstwa rolnictwa. Tyle że w wyniku tego skoku coraz lepiej wykształceni i przyzwyczajeni do wyższego standardu życia Hiszpanie szukają pracy na miarę umiejętności i ambicji. Przykładowo: Polak nie kojarzy się tam ze szwoleżerem z Somosierry, ale z solidnym hydraulikiem, miłą opiekunką do dziecka, pracowitym robotnikiem rolnym. To nie tylko lista komplementów, ale i katalog zawodów, które wielu Hiszpanów już nie interesują – lepiej brać zapomogę. Tymczasem rząd wprowadził przepis, że ten, kto trzy razy odrzuci ofertę pracy w promieniu 50 kilometrów, straci zasiłek...
Takie problemy ma dziś wiele krajów rozwiniętych. Liberalizacja kodeksu pracy to skuteczne narzędzie w walce z bezrobociem, ale iść z nią w parze musi liberalizacja społecznego myślenia o gospodarce. Trudno jest kogoś przekonać, że „bezpieczniej” nie zawsze znaczy „lepiej”, ale innej, „trzeciej” drogi nie ma.
 


Marek Zając

 








Awantura o Radio Blue

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji pokazała, jaką ma władzę. Postanowiła nie przedłużyć koncesji najpopularniejszej stacji radiowej w Krakowie – Radiu Blue FM. Prawo do nadawania na tej częstotliwości przyznała za to Radiu Eska. Członkowie Rady, którzy głosowali przeciw Blue, twierdzą, że stacja ta nie przestrzega proporcji audycji słownych w stosunku do muzyki. Także porównanie ofert miało świadczyć na korzyść Eski – która deklarowała rzekomo większy udział audycji mówionych niż konkurencja. Rychło jednak okazało się, że jest przeciwnie i że niektórzy członkowie Rady... nie czytają wniosków koncesyjnych, a mimo to bez zmrużenia oka biorą udział w głosowaniu. Tym zasadniejsze stają się podejrzenia, że eliminując Radio Blue, część Rady chciała uderzyć w nielubiany RMF FM, powiązany – jak słychać – z Blue FM. 
Nie wiadomo, jakie będą losy Radia Blue (jego prawnicy zapowiadają walkę, a i Prezes KRRiTV chce doprowadzić do ponownego rozpatrzenia sprawy). Ale już dotychczasowy przebieg awantury pokazuje, do czego może prowadzić zasada przydzielania koncesji na określony czas z równoczesnym oddaniem pełnej władzy w tej mierze grupce ludzi powiązanych z różnymi siłami politycznymi i biznesowymi. Dotąd Rada uspokajała, że jeśli nadawcy nie będą łamać prawa, to koncesje będą im przedłużane automatycznie. Teraz to co wydawało się niemożliwe, okazuje się rzeczywistością. W kogo pójdzie następne uderzenie?
  


Jacek Imbramowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl