Zachód sprzedał sprawę okupowanego Tybetu, ale emigracja tybetańska nie traci nadziei 


Miasto uśmiechniętych żebraków

Artur Klimaszewski z Dharamsali (północne Indie)



Kiedy w 1959 roku XIV Dalajlama, Tenzin Gyatso, podjął decyzję o ucieczce z okupowanego przez Chińczyków Tybetu, los jego oraz towarzyszących mu Tybetańczyków wydawał się niepewny. Dzisiaj, po z górą 40 latach, w Dharamsali u samych stóp Himalajów uchodźcy i ich potomkowie tworzą prężną społeczność, która walczy – choć bez przemocy – o wolność Tybetu oraz o utrzymanie tożsamości kulturowej narodu. 



Rozklekotany autobus wolno pnie się w górę. Choć odległość między Pothankot a Dharamsalą wynosi sto kilometrów, podróż zajmuje pięć godzin – droga staje się coraz bardziej malownicza. Po ciężkiej zimie, wiosna rozkwitła tysiącem barw i zapachów. Przed nami coraz wyraźniej wyrastają masywy Himalajów. Krajobraz, dzięki któremu łatwiej zrozumieć, dlaczego wygnany Dalajlama osiedlił się właśnie tutaj.





Uciekinierka z Tybetu podczas demonstracji o wolność swego kraju, zorganizowanej w stolicy Indii w styczniu tego roku, w czasie wizyty prezydenta Chin.




Kilka miesięcy temu spotkałem w Izraelu cztery młode Tybetanki, doskonale władające angielskim, ubrane w dżinsy i modne t-shirty. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiły po przyjeździe, było powieszenie na ścianie ich pokoju portretu Dalajlamy, przed którym nieustannie paliły się kadzidła. Dziewczęta przyjechały z miasta, do którego właśnie toczy się mój autobus: z północnych Indii, gdzie osiadła diaspora tybetańska. W Izraelu chciały studiować rolnictwo w trudnych warunkach klimatycznych. Nie wspomniały o emigracji na Zachód. „Naszym zadaniem jest wspieranie Dalajlamy i sprawy Tybetu” – powtarzały, gdy rozmawialiśmy o przyszłości. To zastanawiało: młode, wykształcone kobiety, wolą żyć w ubogich Indiach wśród swoich, niż ułożyć sobie życie na obczyźnie.

„MAŁY TYBET”

W chwili przybycia Tybetańczyków Mc Leod Ganj – tak nazywa się centrum diaspory, miasteczko oddalone o kilka kilometrów od Dharamsala – było miejscem sennym i zaniedbanym, cieniem dawnej świetności czasów Imperium Brytyjskiego. Dziś to jeden z najważniejszych ośrodków turystycznych regionu. Różnica między nim a miastami indyjskimi jest tak wielka, że chwilami można odnieść wrażenie, iż jesteśmy w Tybecie: nad Mc Leod Ganj powiewają dziesiątki buddyjskich flag modlitewnych, po ulicach spacerują buddyjscy mnisi w charakterystycznych bordowych szatach. 
A jedno wręcz uderza: Mc Leod Ganj jest czyste, czego nie da się powiedzieć o żadnym z indyjskich miast, z Delhi na czele. Nie do pomyślenia są tu zwały odpadów i nieczystości, w których gdzie indziej można utonąć. Tybetańczycy utworzyli doskonałe służby komunalne, których samochody krążą po ulicach; wiele kupiono za pieniądze fundacji amerykańskiego aktora Richarda Gere’a, przyjaciela sprawy Tybetu. 
Również wiele instytucji usługowych w Mc Leod Ganj pozostaje w rękach Tybetańczyków: liczne i skromne, prowadzone domowym sposobem restauracje, zadbane i tanie hoteliki. W każdym z tych miejsc centralne miejsce zajmuje zdjęcie Dalajlamy, Karmapy i jedno z nielicznych zdjęć małego Panczenlamy, więzionego przez Chiny (patrz ramka obok – red.). Przed zdjęciami palą się wszędzie wieczne lampki. 
W restauracjach królują tybetańskie potrawy. Kuchnia tybetańska jest tu czymś więcej niż posiłkiem, to element pielęgnowania tożsamości kulturowej. Corocznie wiele kobiet przechodzi kursy gotowania, organizowane przez Tybetańskie Stowarzyszenie Kobiet. Jego zadaniem jest podtrzymywanie tradycyjnych umiejętności Tybetanek. Działa prężnie, prowadząc też własne zakłady krawieckie i sklepy, gdzie za niewielką sumę kupić można tradycyjne ubiory, ozdoby i inne wyroby rzemiosła. 
Jest wczesne popołudnie i w jednym z zakładów kilkanaście kobiet pochyla się nad maszynami. Spod igieł wychodzą kolorowe stroje, makatki i jedwabne flagi. Nagle w drzwiach pojawia się młody Brytyjczyk. To ochotnik, nauczyciel angielskiego. Kobiety z równą pieczołowitością co nad maszynami, pochylają się teraz nad odbitymi na ksero tekstami angielskich piosenek. Na ulicę niesie się ich śpiew, przeplatany śmiechem.

W CIENIU LHASY

Kompleks Tsuglagkhang to najważniejsze miejsce w Mc Leod Ganj. To centralna kaplica, będąca niejako zastępstwem świątyni Jokhang, która stoi w Lhasie, stolicy Tybetu. Tsuglagkhang – to także męski klasztor i rezydencja Dalajlamy, i szereg innych instytucji. Wiele budynków jest teraz rozbudowywanych. Choć prace wykonują najęci Hindusi, pomaga im grupa młodych mnichów, którzy ze śmiechem noszą wielkie kamienie. Ich twarze są tak pogodne, że można by sądzić, iż praca fizyczna to dla nich świetna rozrywka. 
Ale już powyżej panuje spokój. Rozmieszczone dookoła centralnej kaplicy złote młynki modlitewne kręcą się nieustannie, poruszane rękami turystów i mnichów. Tym ostatnim zdaje się nie przeszkadzać przyciszony gwar i ruch, który robią obcy. Przeciwnie, mnisi – także uśmiechnięci – pozdrawiają przybyszów. 
W kaplicy półmrok. Dominują trzy wielkie rzeźby: Budda, Czenrezig (bóstwo współczucia, którego wcieleniem ma być Dalajlama) i guru Rinpocze. Twarze rzeźb są zwrócone w kierunku Tybetu, a przed nimi piętrzą się stosy ofiar: pieniądze i słodycze. Pomieszczenie oddzielono od sali medytacyjnej, gdzie gromadzą się mnisi. 
Jeden z nich, widząc, że się im przypatruję, wstaje i zaprasza do swej celi. Przytulny pokoik niewiele różni się od cel chrześcijańskich mnichów. Za umeblowanie starcza prycza i regał z książkami. Na ścianie oczywiście Dalajlama i kunsztownie malowane mandale. Mnich częstuje sokiem i ciastem, po czym lekko zażenowany pokazuje kartkę z prośbą o pomoc dla swego podopiecznego: chłopiec ma 16 lat, trzy lata temu uciekł z Tybetu, jest sierotą, nie ma z czego żyć, więc mnich pomaga mu, jak może...
Rezydencja Dalajlamy nie jest tym, co rozumie się pod tym pojęciem w Europie: to skromny dom, od reszty kompleksu oddzielony bramą, której pilnują indyjscy policjanci. Dodatkowe środki bezpieczeństwa zapewnia Departament Ochrony Dalajlamy, jeden z wydziałów tybetańskiego rządu na uchodźstwie. Spotkanie z Dalajlamą nie jest możliwe: niedawno podupadł na zdrowiu i odwołał audiencje, zazwyczaj chętnie udzielane tak turystom, jak miejscowym. 
Muzeum Tybetu. Ascetyczne sale, wypełnione zdjęciami sprzed i po chińskiej okupacji. Na jednych dumnie pozuje oddział konnej ochrony Dalajlamy. Uroczystości, świątynie – to lata 30. Dalej klasztory, zamienione przez Chińczyków w ruiny – lub fabryki. Dzieci szkolne, ubrane w chińskie mundurki z czerwoną gwiazdą na czapce. To lata 70. Wreszcie film, zrobiony ukrytą kamerą: zamieszki w Lhasie, mnisi rzucający z dachów kamienie, atak chińskiej milicji, pałowanie, duszenie aresztowanych, w tle stłumiony krzyk...
Tymczasem na zewnątrz, przed świątynią, zebrała się grupa młodych Tybetanek. Wyglądają identycznie jak te spotkane w Izraelu: dżinsy, obcisłe koszulki. Są pogrążone w medytacji, która potem zamieni się w ożywioną dyskusję z mnichem. Zadziwiające, jak nowocześni w stroju i zachowaniu są ci młodzi Tybetańczycy. Większość młodych mężczyzn nosi długie włosy, czasem kolczyki w uszach i bardziej przypomina fanów rocka niż ludzi przesiąkniętych kulturą „Dachu Świata”. Ale to pozory: oni mają wpojoną tradycję. Mimo licznych barów i sklepów z alkoholem trudno jest spotkać pijanego Tybetańczyka. Inaczej wygląda to w Tybecie: informacje stamtąd mówią o szybkim rozwoju plag społecznych. A tutaj, mimo rozwoju i nowoczesnej edukacji, Tybetańczycy – w większości urodzeni już na emigracji – nadal żyją w cieniu Lhasy.

OPOWIEŚĆ PANA DORJEE

Sobotnie przedpołudnie. Siedzę przy drodze, prowadzącej do tybetańskiego domu spokojnej starości. Bajeczna panorama Himalajów, cisza. Drogą przechodzą staruszkowie, każdy przerzuca w dłoni koraliki modlitewne, niektórzy kręcą młynkami, usta cicho recytują mantry. Z pomarszczonych twarzy emanuje taki spokój, że sam uśmiecham się, a oni odpowiadają uśmiechem. 
W pewnym momencie pojawia się starszy mężczyzna, ubrany po europejsku. Widząc, że notuję, przysiada się. Pan Thutop Dorjee jest kierownikiem wydziału w home office, resorcie spraw wewnętrznych tybetańskiego rządu na uchodźstwie. Chętnie odpowiada na pytania („Moim obowiązkiem jest mówić o sprawie Tybetu, tym którzy chcą, i którzy nie chcą słuchać”). 
Przez rok prowadził wykłady uniwersyteckie w USA. Spotkał tam stypendystów z komunistycznych Chin. „Na początku moja amerykańska szefowa martwiła się: »To musi być dla ciebie straszne, sam wobec tych Chińczyków« – wspomina. – Też się obawiałem, ale podjąłem wyzwanie. Przywódca ich grupy zaatakował mnie. Spokojnie poleciłem im literaturę i strony internetowe o Tybecie. I wiesz co? Po tygodniu zaczęli mówić, że oni nic nie wiedzieli, że myśleli, iż Tybet był zawsze chińską prowincją. Zostaliśmy przyjaciółmi, choć trudno było przełamać barierę”. 
„Nasza polityka tak właśnie wygląda – mówi Thutop Dorjee. – Dalajlama powtarza, że to rząd chiński jest zły, a zwyczajni Chińczycy to dobrzy ludzie. Dlatego chcemy mieć jak najlepsze kontakty z ludźmi. Bo rząd kiedyś się musi zmienić... Kiedyś towarzyszyłem Jego Świątobliwości podczas podróży, na spotkania przychodzili też Chińczycy. I zwykle po spotkaniach przepraszali nas, że są Chińczykami. No, to już przesada, ale świadczy o skuteczności takiej polityki”. 
Ale czy polityka ta jest w stanie zmienić fakt, że Zachód faktycznie sprzedał sprawę Tybetu? Chinom przyznano organizację olimpiady, przyjęto je do Światowej Organizacji Handlu (WTO). 
Dorjee nie traci nadziei: „To smutne, że dla Ameryki ważniejsze są prawa autorskie niż prawa człowieka. Ale z drugiej strony, olimpiada jest okazją: Chiny mogą pokazać się z najlepszej albo z najgorszej strony. Nie wątpię, że wszystko pięknie zorganizują. Ale ludzie zobaczą też, że do pewnych regionów nie można wjechać. I nie wszyscy dostaną wizy. A czy Chiny się ucywilizują? W każdym razie, jest nadzieja. Nadzieja, że zrozumieją, iż zniszczenie sześciu tysięcy świątyń i klasztorów, zabicie ponad miliona Tybetańczyków było barbarzyństwem”. 
Czy wiadomo coś tutaj o polskiej inicjatywie na rzecz uwolnienia Panczenlamy? „O tak, jesteśmy wdzięczni za poparcie dla sprawy wolnego Tybetu” – mówi Thutop Dorjee (nie są to tylko słowa: w tybetańskiej prasie odnotowano drugą rocznicę wizyty Dalajlamy w Polsce i stanowisko Sejmu). „Z Panczenlamą sprawa jest równie straszna, co komiczna – ciągnie Dorjee. – Straszna, bo więzi się dziecko, a komiczna, bo chińscy komuniści-ateiści są tak religijni, że są w stanie rozpoznać inkarnację Panczenlamy, a nawet Dalajlamy...”. 
Dziwi ta pogoda ducha, w takiej sytuacji. „Dalajlama powtarza, że zmartwienie nic nie rozwiązuje, jedynie pogłębia problem. Należy skupić się na skutecznym działaniu, zachowując pogodę ducha” – wyjaśnia Dorjee i zaprasza do odwiedzenia siedziby rządu. To zespół budynków skupiony wokół małego placu: działa siedem departamentów, najważniejsze to home office (sprawy wewnętrzne), departament edukacji oraz kultury i religii. Każdy zajmuje się diasporą. Budżet rządu jest skromny: w tym roku 15 mln dolarów. Ale mimo to departament edukacji opiekuje się 82 szkołami tybetańskimi, rozrzuconymi od Nepalu po Indie. Ich uczniowie znajdują wykształcenie, a często też mieszkanie i wyżywienie. Zadaniem departamentu kultury i religii jest podtrzymywanie świadomości narodowej. 
Home office stara się o zapewnienie Tybetańczykom na uchodźstwie godziwego bytu. Wokół Dharamsali powstało wiele osiedli tybetańskich, gdzie uprawia się ziemię (rząd Indii przekazuje ją Tybetańczykom w 99-letnią dzierżawę). Dorjee przyznaje jednak, że trudno zachęcić do tego młodych, zwłaszcza że sprzedaż produktów rolnych jest mało opłacalna. Dlatego podjęto współpracę z Izraelem: tam Tybetańczycy uczą się uprawy w trudnych warunkach i tworzenia spółdzielni. Ale wielu młodych Tybetańczyków chciałoby się przenieść w inne regiony. „To niebezpieczne dla ich tożsamości – dowodzi Dorjee. – W obcym środowisku mogą zapomnieć o korzeniach. Robimy wszystko, by zostali z nami”. 
Na stwierdzenie, że na ulicach Mc Leod Ganj nie widać tybetańskich żebraków, Dorjee powie: „Od ponad 40 lat wszyscy jesteśmy żebrakami, zależnymi od innych”.
W drodze powrotnej mijam tybetański szpital: schludny, przed nim ambulanse, ofiarowane przez organizacje humanitarne. Szpital świadczy usługi każdemu, „bez względu na płeć, narodowość, kastę, religię”. Porada kosztuje pięć rupii (50 groszy). Obok różnych specjalizacji, jak w zachodnich szpitalach, jest oddział opieki nad ofiarami tortur.

UCIEKINIERZY 

Tachi ma 29 lat. Dwanaście lat temu wraz z grupą przyjaciół zdecydował się uciec z Tybetu. Przez miesiąc błądzili po górach. Śladem tej ucieczki są powyginane odmrożeniami palce, które Tachi stara się ukryć, gdy zapala papierosa. Nie chce za wiele mówić o ucieczce, to było dla niego koszmarne doświadczenie. Jako dziecko przeszedł polio i większość drogi przyjaciele nieśli go na prowizorycznych noszach. Dzisiaj Tachi zastanawia się nad swoją przyszłością. Właśnie ukończył tybetańską szkołę w Dajeerling. Myśli o informatyce, ale kursy są drogie, a on musi jeszcze pomagać pozostawionej w Tybecie rodzinie. Takich jak Tachi spotyka się w Mc Leod Ganj na każdym kroku. 
Tylko w ciągu pięciu pierwszych miesięcy tego roku, do Indii przybyło półtora tysiąca nowych uchodźców. Pierwszym ich etapem jest Nepal, gdzie zostają zarejestrowani i udziela im się pomocy. Później odsyłani są do Indii – do Mc Leod Ganj. 
Wielki, trzypiętrowy budynek wyłożony prostymi białym kaflami: Centrum Przyjęć Uchodźców. Wielkie sale wypełnione równo ustawionymi pryczami. Niemiłosierny zaduch, dziś rano przybyło 27 osób, głównie młodych chłopców. Na ich ciałach widać ślady długiej wędrówki: obtarcia, owrzodzenia, odmrożenia. Uciekali przez trzy miesiące z odległej prowincji Tybetu, przez dwa tygodnie błądzili po górach. 
Jeden z nich to Santha. Był nauczycielem chińskiego, którego obowiązkowo uczą się wszystkie dzieci. Rodziny, które odmawiają, wegetują. Mimo znośnych zarobków nauczyciela, Santha wybrał wolność. „Tybetańczycy w Tybecie są niczym – opowiada. – Nie ma pracy, nie ma rozwoju. Przyjeżdża coraz więcej chińskich osadników, z którymi nie jesteśmy w stanie rywalizować. Proszę, jeśli możesz, przekaż te informacje dalej, żeby świat wiedział o naszym cierpieniu i nie zapomniał o nas”. Oczy Santhy zachodzą łzami. To, czego teraz pragnie, to spotkanie i błogosławieństwo Dalajlamy. 
Pomimo lat represji, a może właśnie dlatego, zakazane jest nawet posiadanie zdjęcia Dalajlamy. Z każdego słowa Santhy bije szacunek do przywódcy Tybetańczyków: błogosławieństwo to jedna z pierwszych rzeczy po przybyciu do Mc Leod Ganj. Później uchodźcy zostają wysłani do szkół. Małe dzieci znajdują schronienie w Wiosce Tybetańskich Dzieci, prowadzonej przez siostrę Dalajlamy, starsi uzupełniają braki w edukacji. Wszyscy dostają Kartę Uchodźcy i są „prześwietlani” – rząd indyjski obawia się przenikania chińskich szpiegów. 
Po pięciu latach każdy decyduje sam o własnym losie. Nikt nie zatrzymuje ich na siłę. Nawet jeśli ktoś postanowi wracać do Tybetu – choć zapewne czekają go represje. To już ich wybór.

WALKA, ALE POKOJOWA

Młodzi Tybetańczycy utworzyli „Tybetański Kongres Młodych”. To największa organizacja pozarządowa, skupia 20 tys. osób. Jej celem jest pokojowa walka o wyzwolenie Tybetu, także przez podnoszenie tej kwestii na forum międzynarodowym. Działa od 1970 r., młodzi – niektórzy już niezbyt młodzi – nabrali więc doświadczenia i stworzyli strukturę, która wspiera też rząd: pomaga w edukacji, tworzy forum dyskusyjne, jest miejscem wymiany poglądów. 
Co znaczy: być młodym? „Członkiem może zostać każdy od 14. roku życia, górnej granicy nie ma. Mówimy: póki nie tracisz nadziei, jesteś młody” – tłumaczy Tigme, który kieruje działem komputerowym. Zastaję go przy tworzeniu strony internetowej Kongresu. Tigme nie ma wątpliwości, że pokojowa strategia Dalajlamy jest słuszna. Ale przyznaje, że czasem na forum dyskusyjnym pojawiają się głosy, postulujące podjęcie walki zbrojnej. „Rozumiem taką postawę – mówi Tigme. – Corocznie musimy przejść ponowną rejestrację jako uchodźcy. To upokarzające. Ale buddyzm uczy poszanowania każdego życia. Dlatego nie ma mowy o zbrojnej walce o Tybet”.
Naprzeciw siedziby Kongresu grupa uczniów wypełnia podanie o paszport, wydawany przez tybetański rząd. Przygryzając języki, starannie wypełniają stosy formularzy. Inna grupa wychodzi z urzędu. Pokazują z dumą niebieski dokument z godłem Tybetu. Kraju, do którego nie będą mogli wrócić przez wiele lat. 
Jeśli w ogóle. 






Tybet: symbol łamania praw człowieka

W 1950 r. armia komunistycznych Chin wkracza do Tybetu – państwa, którego początki sięgają VII wieku. Duchowy przywódca Tybetańczyków, 15-letni wówczas Tenzin Gyatso czyli XIV Dalajlama, zostaje zmuszony do objęcia także funkcji politycznej. Rok później podpisany zostaje „układ o pokojowym wyzwoleniu Tybetu” przez Chiny, co oznacza utratę niezależności kraju i w praktyce początek końca tybetańskiej kultury. Kiedy w marcu 1959 w Lhasie wybuchają demonstracje, 24-letni Dalajlama – w obawie przed porwaniem przez Chińczyków – ucieka do Indii, gdzie powołuje emigracyjny rząd i parlament. 
Chińskie władze zakazują Tybetańczykom wyznawania religii i posługiwania się językiem, burzą buddyjskie świątynie. Trwająca pół wieku okupacja regionu pochłonęła co najmniej 1,2 miliona ofiar, jedną piątą 6-milionowego narodu. Większość z nich zginęła w zbrojnych powstaniach, które – mimo apeli Dalajlamy o niestosowanie przemocy – były reakcją na brutalność chińskiej „modernizacji” Tybetu i prześladowania religijne. Diaspora tybetańska jest rozproszona po świecie; tylko w Indiach mieszka ponad 100 tys. Tybetańczyków (dane z 1996 r.). 
W 1989 r. Dalajlama – na zdjęciu obok – otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Przywódca Tybetańczyków nadal wierzy w pokojowe osiągnięcie autonomii Tybetu, a swym pełnym optymizmu i empatii sposobem bycia zjednuje sobie światową opinię. Naciski organizacji praw człowieka, a nawet poszczególnych państw na Chiny nie dają jednak żadnych rezultatów: od końca lat 80. trwa w Tybecie kolejna fala represji, postępuje proces sinizacji regionu, w którym mieszka już 7,5 mln Chińczyków. Tybetańczycy są więc mniejszością we własnym kraju, dyskryminowaną we wszystkich sferach życia. 
W 1995 r. Chińczycy uwięzili 6-letniego Genduna Czokji Nimę – wybranego przez Dalajlamę Panczenlamę (czyli drugiego hierarchę buddyzmu tybetańskiego) i wskazali na innego, ich zdaniem „autentycznego” Panczenlamę. Pekin do tej pory odmawia – mimo nacisków organizacji międzynarodowych – dostępu do uwięzionego chłopca i jego rodziców. Z kolei w 1999 r. do Indii uciekł aprobowany uprzednio przez Chiny
14-letni Ugjen Trinlej Dordże, XVII Karmapa, najwyższy hierarcha buddyjski na terenie Tybetu. 


MF

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl