Kultura, minister, pieniądze


Co to będzie po wakacjach

Andrzej Kaczmarczyk



Być albo nie być – to najbardziej znane zdanie światowej dramaturgii nigdy chyba nie pasowało do stanu finansów polskiej kultury tak dobrze jak dzisiaj. 



Od początku niezadowalający nikogo projekt budżetu kultury na rok 2002, po zetknięciu ze słynną jesienią „dziurą budżetową” zmniejszył się dodatkowo o ponad 15 proc. Ku zdumieniu ludzi kultury, minister Andrzej Celiński zamiast położyć się w progu sali obrad Rady Ministrów i w rejtanowskim geście rozedrzeć koszulę oświadczył, że „nie założy partii ludzi sztuki”.

Krajobraz przed bitwą

Wszyscy bohaterowie tego dramatu, biorący od jesieni udział w dość burzliwej dyskusji na temat zasad finansowania polskiej kultury, zgadzają się z następującą konstatacją: organizacja i finansowanie sfery kultury jest ostatnią niezreformowaną sferą pozostałą po byłym reżimie. Państwo – zamiast być organizatorem mecenatu kultury i sztuki – wciąż pozostaje głównym mecenasem. Tyle że jest mecenasem nadzwyczaj ubogim. W tym roku ma do wydania ledwie 1 mld 59 mln 576 tys zł. Budżety niemal wszystkich instytucji kulturalnych skurczyły się – niektórych nawet o 30 proc. (nie zmniejszyły się tylko wydatki na szkolnictwo artystyczne). 
Jedyna próba zmian w życiu teatralnym, podjęta jeszcze w roku 1989 przez minister Izabelę Cywińską, została skuteczne zablokowana przez samo środowisko. W sferze kinematografii reform nawet nie spróbowano podjąć. W myśl zasady, że prowizorka trzyma się najlepiej, przez cały okres wolnej Polski niewielkie pieniądze na film dzielił Komitet Kinematografii, powołany kiedyś jako rozwiązanie przejściowe. Gdyby nie reforma administracyjna, kiedy to większość instytucji kultury trafiła w ręce samorządów, nic by się zapewne w sprawie finansowania tej sfery nie zmieniło. A jest co zmieniać. Obecny system prowokuje bowiem do schizofrenicznych zachowań.
Odpowiedzialny dyrektor placówki kulturalnej powinien niczym mafioso prowadzić podwójną księgowość. Jedną dla siebie i drugą dla właściciela. Dla siebie powinien tworzyć plan minimum, a dla władz budżet swych marzeń. Wiadomo bowiem, że otrzyma jedynie część pieniędzy, o które wystąpił. Może ta część wystarczy na realizację planu minimum. Jeżeli jednak pieniędzy będzie nieco więcej, ale znajdą się na koncie niedługo przed końcem roku budżetowego, powstaje inny problem: jak zdążyć je wydać? Bowiem pieniądze niewydane należy zwrócić do końca grudnia, a 1 stycznia znów można się martwić, za co wymienić kaloryfery lub wystawić spektakl. W takiej sytuacji...

Przybywa jeździec...

Jest nim Andrzej Celiński, człowiek nie związany dotychczas z kulturą, za to o ciekawej biografii. Działacz KOR, po Sierpniu bliski współpracownik Lecha Wałęsy, uczestnik Okrągłego Stołu, bohater spektakularnego przejścia z Unii Wolności do SLD (by zostać wiceprzewodniczącym tego ostatniego). Przed ostatnimi wyborami Andrzej Celiński stanął na czele zespołu, który dla jego nowej partii przygotowywał przed- i powyborczy program. Jeszcze przed zwycięstwem lewicy było wiadomo, że zostanie ministrem kultury. 
Można więc było liczyć na to, że zaraz po intronizacji nowy szef resortu ogłosi także swój program. Okazało się, że musieliśmy czekać na to prawie pół roku, a i dziś obserwatorzy dalej zachodzą w głowę, jak ma wyglądać szczegółowa realizacja ciekawych skądinąd propozycji. Ciekawość jest tym większa, że jak na razie Celiński dał się poznać jako: autor cięć budżetu własnego resortu, likwidator Komitetu Kinematografii i gorący zwolennik powszechnie krytykowanej nowelizacji ustawy o telewizji i radiofonii. Szczególnie pierwszy i ostatni przypadek godny jest uwagi. 
Pierwszy, bo Andrzej Celiński postanowił tu zerwać z polityką swych poprzedników, która sprowadzała się do teorii „Sługa dwóch panów”. Większość dotychczasowych ministrów kultury uważała się bowiem bardziej za wysłanników potrzeb świata kultury niż członków Rady Ministrów. Swą misję sprowadzali do zabezpieczenia w budżecie państwa możliwie największej sumy na potrzeby swego resortu. Później jednym z charakterystycznych elementów polityki kulturalnej było ratowanie zagrożonych wydarzeń artystycznych poprzez sięganie do niewielkich zresztą rezerw. 
Zerwanie Celińskiego z tą zasadą, wyrażone deklaracją „nie założę partii ludzi sztuki”, u jednych wzbudziło oburzenie, a u innych, mniej licznych, uznanie. Nowy minister uznał, że najpierw jest członkiem rządu współodpowiedzialnym za całość spraw w kraju, a dopiero później szefem resortu. Na dokładkę i tu bardziej czuje się menadżerem niż opiekunem. Był to rewolucyjny, ale jednak pozytywny sygnał.
Równie rewolucyjną, ale już niekoniecznie pozytywną, decyzją była likwidacja Komitetu Kinematografii. Samego Komitetu nie żałują nawet filmowcy. Jako „twór z minionej epoki” określił go choćby Kazimierz Kutz, krytyczny i wobec stanu naszej kultury, i wobec ministra. Komitet i tak zresztą prawie nie miał co dzielić, bo cała tegoroczna dotacja na produkcję filmową wynosi 3 mln 193 tys zł, przy standardowej dotychczas dotacji do jednego filmu na poziomie 650 tys. W efekcie długi państwa wobec producentów filmowych wynosiły na początku roku 24 mln zł. 
Rzecz jednak w tym, że minister nie zareagował na list znanych filmowców, którzy apelowali, by zasadną likwidację Komitetu Kinematografii odłożyć do momentu uchwalenia nowej ustawy o kinematografii. Wykazał się tu stanowczością, ale nie wprowadził tak obiecywanego ładu w świat zarządzania kulturą. Nota bene nie wywiązał się też z marcowego terminu złożenia w Sejmie ustawy. Rząd zaakceptował założenia jego reformy dopiero pod koniec kwietnia.
Minister Celiński (ustami swej vice Aleksandry Jakubowskiej) wykazał za to aktywność w popieraniu nowelizacji ustawy o radiu i telewizji (szerzej na ten temat pisałem w „TP” nr 16/2002). Tyle tylko że wzmacniająca potęgę Krajowej Rady i publicznej telewizji ustawa zdaje się być w pewnej sprzeczności z zapowiedziami dostosowania zasad finansowania kultury do zasad wolnorynkowej gospodarki. Zapowiedziami zawartymi choćby w głośnym wywiadzie ministra dla „Rzeczpospolitej” (23.03.02). 

Jeździec ma plan...

Wywiad ten stał się słynny głównie jednak z innego powodu: minister zapowiedział w nim zmniejszenie liczby teatrów i zaoferowanie 800 aktorom pracy w szkołach jako nauczycielom ekspresji. Pomysł ten do tego stopnia zbulwersował środowisko teatralne, że przyćmił najistotniejsze propozycje zmian. Tymczasem warte są one uwagi. Po pierwsze, minister obiecał coroczną waloryzację budżetu placówek kulturalnych i coroczny wzrost tych budżetów o 1 proc. Po drugie, zaproponował przeznaczenie na kulturę 1/5 dochodów z Lotto. Po trzecie, zasugerował możliwość odpisywania przez samych podatników 1 proc. podatku dochodowego na wybraną instytucję kultury. Zaznaczył przy tym, że odpisy z podatku i dofinansowanie z budżetu mogłyby dotyczyć nie tylko instytucji państwowych. W sumie na kulturę przeznaczany byłby co najmniej 1 proc. dochodów państwa. Po czwarte, dopuścił możliwość pozostawiania pieniędzy w budżetach instytucji kulturalnych na rok następny. Po szóste, zapowiedział wprowadzenie kilkuletnich kontraktów menadżerskich, co umożliwiłoby i gwarantowało finansowanie dalekosiężnych planów obrotnych menadżerów. By wprowadzić te idee trzeba tylko znowelizować 7 ustaw – minister obiecał przeforsować to do końca roku.
Plan wygląda imponująco. Jednak jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach, a te nie wszystkie znamy. Co gorsza te, które znamy, budzą wątpliwości. Obietnica zwiększania budżetów placówek kultury o 1 proc. jest miła, tyle że po tegorocznych cięciach niektóre instytucje miałyby szanse wrócić do stanu z zeszłego roku już po... 10–20 latach. Świadom tego minister liczy, że straty zrekompensują wpływy z gier losowych. Może. Liczy też, że – jak na Węgrzech – aż 20 proc. obywateli przeznaczy swój odpis podatkowy na kulturę. Sceptycy jednak powołują się na sondaże wskazujące, że chętnych będzie tylko 7 proc. Ile to naprawdę będzie złotówek, można jedynie szacować. Minister szacuje optymistycznie. Czy słusznie?
Na dodatek inne zapowiedzi niepokoją nawet bardziej nawet niż owe szacunkowe obliczenia. 
I tak, część z tych ekstra pieniędzy miałaby dzielić tajemnicza „rada mędrców” – coś na kształt Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, tyle że ponoć nie ulegająca politycznym wpływom. Bo oto – w zamyśle Andrzeja Celińskiego – pieniądze na debiuty filmowe miałoby przyznawać „trzech młodych ludzi” działających niezależnie od siebie. 
Kiedy zaś minister zgłasza zamiar zmniejszenia liczby teatrów, to chce decydować o czymś, co do niego już nie należy. Po reformie samorządowej pod władzą resortu pozostały już bowiem tylko dwa teatry: Narodowy i Stary. A pakiet osłonowy dla zwalnianych aktorów w postaci posad nauczycieli od ekspresji to już czysta komedia pomyłek. Tak samo jak idea utworzenia Narodowej Biblioteki Internetowej, bo na razie tylko 2/3 spośród 370 powiatów uznało, że stać je na utrzymywanie jakichkolwiek bibliotek. A nawet w bogatym województwie wielkopolskim tylko 50 spośród 700 bibliotek ma komputery, z których zresztą większość nie jest do internetu podłączona.

Jeździec liczy, jeździec marzy...

Powstaje wrażenie, że minister gdy liczy, to jednak liczy, lecz gdy marzy, to tylko marzy. Tymczasem 7 ustaw na koniec roku powinno zawierać konkrety. 
Jestem pełen nadziei, ale i niepokoju, bo stowarzyszenia twórcze, które mogłyby wybić ministrowi marzenia z głowy i pomóc mu liczyć, wydają się na razie raczej zszokowane. Tymczasem termin premiery się zbliża i czy nam się to podoba, czy nie, to jest to reality show. To dzieje się naprawdę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl