O wszystkim


Business Plan

ANDRZEJ DOBOSZ



W swoim czasie Józef Piłsudski, ojciec przyszłego marszałka, korzystając z tego, że syn udaje się do Londynu na Kongres Socjalistyczny postanowił rozpocząć w tym mieście sprzedaż wędlin litewskich. Dołączył do bagaży Ziuka skrzynię gotowych wyrobów. Piłsudski junior nie wykazał jednak głowy do interesów. Zaczął natomiast dożywiać osoby grupujące się wokół redakcji „Przedświtu” i zaglądających tam cudzoziemców. Ostatni kawałek wędzonej polędwicy spożył Wilhelm Liebknecht. 
Choć historia ta stanowi raczej ostrzeżenie niż zachętę, tak bardzo się ostatnio przejąłem wiadomościami z Polski o narastających nadwyżkach produktów rolnych, że gotów jestem wkroczyć do akcji. Mogę po prostu usunąć w księgarni książki z jednego stołu i to położonego najbliżej okna wystawowego, rozkładając na nim krajowe smakołyki. Gdyby pięć razy w tygodniu dowożono mi samolotem 5 kilogramów sera białego twarogowego chudego i półtłustego, dziesięć bochenków chleba wieloziarnistego z „Pod Aniołów” na Grodzkiej w Krakowie, parę litrów maślanki, dziesięć kartonów soku wielowarzywnego, tyleż soku z czarnej porzeczki oraz soku z buraków, a na życzenie mojej żony jeszcze powidła śliwkowe, wszystko to bym umiał sprzedać nabywcom Herberta i korespondencji państwa Ossowskich. Mniej interesowałyby mnie wędliny. I tak są tu przez rodaków wyrabiane. Ponadto nie mam wcale ochoty na tłustości w księgarni. Sam byłbym swoim pierwszym klientem. Jeden bochenek skroiłbym w celach reklamowych na cieńkie kromki z serem, którymi częstowałbym osoby wstępujące jedynie z pytaniem o księgarnię „Shakespeare and Co”
Wieczorami odbywamy teraz z synem spacer dookoła Wyspy św. Ludwika, rozważając wydarzenia minionego dnia. W dni pogodne na kamiennych nadbrzeżach, nad samą wodą, co parę kroków grupki paryżan spożywają kolację: na serwecie rozłożone talerze i sztućce, parę koszyków wiktuałów, wino podawane czasem w kubkach, ale częściej w kieliszkach. W razie nie rozsprzedania dziennego zapasu, tam moglibyśmy częstować naszym chlebem i serem na kartonowych talerzykach z adresem firmy. W razie wielkiego powodzenia, po wakacjach mógłbym wynająć drugi sklep w innej jeszcze dzielnicy, poszerzając wtedy chętnie ofertę o wypieki Bliklego. Oczywiście ktoś musiałby zaryzykować ze mną tę spółkę i przesyłać produkty. Dochodzą też kwestie ceł. W biurze radcy handlowego w Paryżu pani, która zajmowała się kwestiami rolnymi, kończy właśnie swą misję i przebywa na zaległym urlopie. Następcy jeszcze nie wyznaczono, a osoba odbierająca telefony zupełnie nie wie, kto mógłby teraz służyć informacjami na temat importu polskiej żywności. 


Andrzej Dobosz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl