Wokół nowej powieści Martina Walsera i kolejnego niemieckiego „sporu o pamięć”


Koniec pewnej epoki

Nawojka Cieślińska z Monachium



Sprawa niemieckiego pisarza Martina Walsera, czyli afera wokół jego powieści „Śmierć krytyka” – która w tym tygodniu trafia do księgarń – jest smutna. Główni jej aktorzy jawią się w żałosnym świetle, a media, także te cenione, łamią dobre obyczaje. Przykrym akordem zdaje się kończyć pewna epoka w historii powojennych Niemiec, nazywana (za Jürgenem Habermasem) erą „patriotyzmu konstytucyjnego”. Tym bardziej, że trudno dostrzec, co tak naprawdę po końcu tej epoki się zaczyna. 



40-latek Frank Schirrmacher, współwydawca i szef działu kultury prestiżowego dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („FAZ”), postanowił zostać współczesnym Emilem Zolą: pod koniec maja ogłosił list otwarty do Walsera, odmawiając druku w gazecie fragmentów nowej, niepublikowanej książki pisarza (pt. „Śmierć krytyka”), co wcześniej „FAZ” zawsze czynił. Schirrmacher – w podobnie patetycznym tonie jak wiek wcześniej Zola w apelu „J’accuse!” o sprawie Dreyfusa – postawił Walserowi szereg najcięższych zarzutów, oskarżając, że napisana „z nienawiścią” powieść przedstawia literackie morderstwo nie na fikcyjnym bohaterze, ale konkretnym człowieku: Marcelu Reichu-Ranickim, od lat czołowym krytyku literackim Niemiec, który uratował się z Holocaustu. W powieści nosi on nazwisko André Ehrl-König i zdaniem publicysty jest poddany jako Żyd obraźliwej charakterystyce, z użyciem agresywnie antysemickich stereotypów.

WOJNA RECENZENTÓW

Ale czasy są inne i format osoby chyba też, więc choć „J’accuse!” Schirrmachera usłyszano we wszystkich redakcjach Niemiec, to raczej jako sygnał do nowej „wojny gazetowej”, do wyścigu o nakład lub poziom oglądalności.
Rzecz w tym, że Schirrmacher mógł odmówić Walserowi pierwodruku, z ogłoszeniem publicznej krytyki czekając na ukazanie się książki na rynku. Tymczasem wydał na nią wyrok skazujący, przesądzając nadto o charakterze lektury tej powieści. Późniejsza dyskusja w mediach potwierdziła, że sprowadza się ona głównie do „filologii podejrzeń”: do tropienia faktycznych, potencjalnych bądź urojonych antysemickich kalk i figur stylistycznych. Można przyjąć, że gdyby publicystą „FAZ” powodowało jedynie bezinteresowne oburzenie i chęć obrony godności Reicha-Ranickiego (zresztą wcześniej wieloletniego szefa Schirrmachera w „FAZ” i nadal autora gazety), swój tekst mógł zakończyć apelem, by milczeć nad tą książką – przynajmniej na łamach „FAZ” i przynajmniej do jej wydania. 
Ale the show must go on. I rzeczywiście, show potoczył się lawinowo, zwłaszcza że wkomponował się w dyskusję wokół nastawienia Niemców do Izraela (patrz „TP” nr 25). Nie ma powodu, by referować przebieg i kulisy wymiany ciosów, jaka nastąpiła po wystąpieniu Schirrmachera. Dość powszechnie zgadzano się, że publicysta „FAZ”, profesjonalista przecież, chciał tego skandalu, i że złamał zasady określające niezbędny poziom kultury publicznej debaty. Można by poprzestać na opinii Luca Bondy, reżysera teatralnego i szefa ostatnich Wiener Festwoche, że „zarzutu o antysemityzm nie wolno polemicznie instrumentalizować, bo go się tym sposobem banalizuje”. Konflikt Schirrmacher–Walser i łapczywość mediów kwestii tej jednak, niestety, nie wyczerpują.

MNIEJSZE ZŁO

Inny 40-latek, Günter Berg, kierownik wydawnictwa „Suhrkamp”, został postawiony w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Zajął on to miejsce po ciężko chorym Siegfriedzie Unseldzie, który prowadził oficynę przez 40 lat. „Suhrkamp” to symbol powojennej demokracji, ośrodek obywatelskiego myślenia i wymagającej lektury. Słynie ze swych autorów: Waltera Benjamina, Theodora Adorno, Paula Celana. I dysput, które tu inicjowano. Szczyci się też lojalnością wobec autorów i suwerennością decyzji. Obaj protagoniści sporu – i Walser, i Reich-Ranicki – należą do gwiazd „Suhrkampa”. 
Teraz wydawnictwo musiało błyskawicznie zdecydować, czy „Śmierć krytyka” odrzucić, ulegając dyktatowi z zewnątrz, i tym samym sprzeniewierzyć się zasadom wolności sztuki oraz swobody dyskusji, nie mówiąc o solidarności z autorem. Za taką opcją – odrzuceniem książki – opowiedział się Reich-Ranicki. Podobnie uznać miało trzy czwarte składu rady „Fundacji Suhrkampa”, czyli filozof Jürgen Habermas oraz pisarze Hans Magnus Enzensberger i Alexander Kluge: Enzensberger oświadczył, że nie weźmie książki do ręki, dwaj pozostali podobno grozili odejściem. Gotowość przyłączenia się do nich zgłaszać mieli inni autorzy „Suhrkampa”. Można to zrozumieć, jeśli na szali waży się nie tylko dobre imię wydawnictwa, ale fundament Republiki Federalnej: jednoznaczne potępienie antysemityzmu. 
Legendarny Unseld z powodu choroby był nieosiągalny. Jedni twierdzili, że książkę jeszcze przed wybuchem skandalu zaakceptował, inni przypominali, że przed ponad 20 laty zdjął z maszyn drukarskich wydanie sztuki Fassbindera „Śmieci, miasto i śmierć”, także oskarżaną o antysemityzm. Z tym większą ciekawością przyglądano się, cóż zrobi Berg, ten siódmy czy ósmy z kolejnych następców naznaczonych przez Unselda. Berg zaś udostępnił błyskawicznie krytykom literackim elektroniczną wersję powieści. Niezmiennie utrzymywał też, że książkę trzeba drukować, przyznając, że w wydawnictwie były wątpliwości. Przez kilka dni w „Suhrkampie” trwały konsultacje, także z prawnikami – wystąpienie publiczne, podżegające do nienawiści rasowej, jest ścigane z urzędu. W końcu ogłoszono, że „Śmierć krytyka” zostanie wydana; pierwszy nakład liczy 50 tys. egzemplarzy. Wydawnictwo uznało, że publikację winne jest autorowi i – argument w dyskusji niemal zapoznany – czytelnikom. 
Zapytany czy rozmawiał z Reichem-Ranickim, Berg odparł, że krytyk przyznał mu, iż nie widzi tu dobrego rozwiązania. Natomiast Stowarzyszenie Niemieckich Księgarzy i PEN Club uznały decyzję „Suhrkampa” za słuszną. Dla pisarza Ericha Loesta (z b.NRD) miała ona symboliczne znaczenie: nie zwyciężyło widmo cenzury. Młodsi pisarze uznali ją za oczywistą. Bo też i całą aferę, gdy ich o nią zapytać, uważają za środowiskowy problem „oldboyów”. 

JESIEŃ PATRIARCHÓW

Istotnie, główni protagoniści sporu: Walser, Reich-Ranicki, Enzensberger, Kluge, Habermas, także Günter Grass (który kilkakrotnie zaprzeczał, jakoby Walser, znany mu od półwiecza, miał w sobie choćby cień antysemity) to panowie zazwyczaj po siedemdziesiątce. I wielkie postaci Republiki Federalnej, do dziś aktywne. I oby zostali tacy co najmniej do setnego roku życia, jak było to udziałem zmarłych niedawno Hansa-Georga Gadamera i Ernsta Jüngera. Tyle że... No właśnie: chodzi o to nieszczęsne „ale”. Pomińmy, że niektórzy starsi panowie bywają dziecinnie próżni, małostkowi i zawzięci, czego przykładem są Walser i Reich-Ranicki. Pomińmy, bo to temat na wielką literaturę, a nie na złośliwości. 
Gorzej, że przeważnie panowie ci spierają się głównie między sobą i zwykle o to samo, a co chyba najgorsze, tak samo – roszcząc sobie nadto, by być stale wysłuchiwanymi. Od tego nie przybywa im wnikliwych czytelników i słuchaczy, chyba że za takowych uznamy publiczność telewizyjnych talk shows i pism ilustrowanych, albo oficjalny establishment, obecny podczas mów, wygłaszanych z okazji rocznic, tudzież na wręczaniu mnożących się nagród. Symptomatyczne, że choć ciągle przywołuje się dziś mowę Walsera z 1998 r. – wygłoszoną podczas wręczenia mu Nagrody Pokojowej Niemieckich Księgarzy – to rzadko przypomina się, że jedyną osobą, która go wtedy nie oklaskiwała, był ówczesny przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, nieżyjący już Ignatz Bubis. 
Niemieccy politolodzy coraz częściej konstatują szczególną anomalię tutejszego życia intelektualnego: jest nią poprzestawanie w dyskursie politycznym, społecznym i kulturalnym na tematach wprowadzonych w okresie „Republiki Bońskiej” (Niemcy Zachodnie 1949-90) najpierw przez „pokolenie Flakhelferów” – ludzi, którzy upadek III Rzeszy przeżywali jako nastolatki, zmobilizowane do służby pomocniczej, a potem tworzyli pierwszą generację, wchodzącą w dorosłe życie w RFN – a następnie przez „pokolenie roku 1968”.
Chodzi o fundamenty powojennych Niemiec, wyrażające się nie tylko potępieniem nazizmu, antysemityzmu i wszelkiego rasizmu, ale dekretujące odcięcie się od nacjonalizmu, na rzecz włączenia Niemców w oświeconą tradycję obywatelską. Paradoksalnie, nośność etyczna tych zasad – w połączeniu z determinacją we wpajaniu ich społeczeństwu – doprowadziły do ich skostnienia, jak pisał Joachim Trenkner („TP” nr 25). A socjolog Heinz Bude nazwał to na łamach „Frankfurter Rundschau” ostrzej: „zatrważającym konformizmem myślenia” w dzisiejszych Niemczech, „nie tylko w odniesieniu do estetyki i kultury, lecz także historii i społeczeństwa”. Jego zdaniem intelektualiści trwają „na pozycji strażników cnót” albo – co dotyczy szczególnie ludzi urodzonych po 1960 r. – „wycofali się na poziom zdystansowanych obserwatorów”. 

WŁADZA SĄDZENIA

Trafność tej diagnozy potwierdza dyskusja wokół powieści Walsera – i to w stopniu aż karykaturalnym, jako że książkę autorytatywnie dyskwalifikowali nawet ci, którzy otwarcie i bez wstydu przyznawali, że jej nie czytali... A ci, którzy ściągnęli ją z internetu i błyskawicznie przewertowali, występowali w roli albo oskarżycieli publicznych, albo jako advocatus diaboli. Bez zastrzeżeń porzucali instrumentarium interpretacyjne, które okazywało się niepotrzebne, do stwierdzenia identyczności zapatrywań Walsera z opiniami wypowiadanymi w różnych kontekstach przez różne postaci jego powieści. Triumfowali, zależnie od przekonań krytyka, albo Schirrmacher i Reich-Ranicki (bo mieli rację, że książka jest antysemicka), albo Walser (bo przewidział w książce takie reakcje). 
Zapomniano o trybach gramatycznych, mowie zależnej, figurach stylistycznych, nie mówiąc o staruszku Freudzie z jego teorią sublimacji. Za to starannej weryfikacji poddano dawniejsze powieści Walsera i odnaleziono jego wcześniejsze literackie „zamachy” na Reicha-Ranickiego. Ekspresowe prześwietlenie innych pisarzy wykazało zaś, że Reich-Ranicki – ów Wielki Krytyk, obchodzący się na oczach czytelników i telewidzów obcesowo i brutalnie z pisarską bracią – jest od dawna i na zasadzie wzajemności przedmiotem złośliwych literackich karykatur i bezpardonowych pamfletów, w tym także – relata refero – o antysemickim charakterze. Jak dowcip zabrzmiała zapowiedź innego wydawnictwa opublikowania w przyspieszonym trybie powieści Bodo Kirchoffa „Brukowiec”, w której ofiarą morderczej fantazji pada... także Wielki Krytyk! 
A poważnie: przez kilkadziesiąt lat Reich-Ranicki był traktowany jako wielki strateg niemieckiego życia literackiego, a nie jako Żyd, który przeżył Holocaust. Pisywano o nim złośliwe utwory z kluczem, które on potem jednym ciętym słowem strącał w estetyczną nicość – choć oczywiście nawet skrytykowane przezeń książki sprzedawały się lepiej, niż te, których nie zauważał. Ale to przecież ulubiony jego poeta, Heinrich Heine, żartował, że kilku swoich krytyków chętnie zobaczyłby dyndających na drzewach w jego własnym ogródku.
Nawołując niemieckich kolegów do opamiętania, izraelski liryk Nathan Zych pisał w „Die Welt”: „Kto szuka antysemityzmu, bez wątpienia go znajdzie, a kto go nie szuka, nie znajdzie, chyba że natknie się nań w mediach”. Za to próżno szukać tym razem krytyki literackiej, stosującej kantowskie kryterium estetycznej władzy sądzenia. Zastąpiła ją pedagogia negatywna. 

ZBIOROWY KINDERGARTEN

Zdumiewające jest miejsce, które w całej dyskusji przypadło czytelnikom: nie byli tymi, dla których uprawia się krytykę utworu, jak to zwykle, przynajmniej teoretycznie bywało. Krytyka przestała nawet udawać, że chce być reprezentantem czytającej publiczności, pośrednikiem między nią a pisarzem. Wykorzystuje prawo pierwszeństwa, by decydować za czytelników, co jest dla nich dobre, a przed czym należy ich strzec. Słowem, postrzega publiczność jak zbiorowy Kindergarten – przedszkole, w którym trzeba dbać głównie o czystość, aby nie zainfekować dziatwy. Tym bardziej, że patrzy na nią ciągle zagranica (o czym stale napominają politycy), a wszystkim zależy, by się zagranicy podobać i jej nie niepokoić. To, że rzekomej dzieciarni daje się niebezpieczny wytrych w postaci zabawy w „tropienie moralnych obscenów” i jednocześnie podnieca się ją zakazami, uchodzi uwadze współczesnych niemieckich kolegów profesora Pimki. I znów rodzi się pytanie, czy to tylko pycha piszących, efekt deformacji, zawinionej przez naturę mediów, czy coś więcej? 
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to także strach, wieloraki. Strach przed infantylizmem społeczeństwa, przed wypuszczeniem go spod kurateli, w niewygasłej obawie, czym to może w Niemczech grozić. Strach przed fiaskiem „długiego procesu kolektywnej edukacji” (by znowu cytować Habermasa). Przed konfrontacją światłych ideałów o demokracji obywatelskiej z nieokreśloną duchową kondycją i społeczną rzeczywistością „Republiki Berlińskiej”, jak określa się Niemcy po 1990 roku. Strach wreszcie przed historią. I antysemityzmem. 
Monachijski politolog Michael Brenner stwierdził na łamach „Süddeutsche Zeitung”, że „fanatyczny, przekonany antysemita to gatunek – z wyjątkiem patologicznych neonazistowskich marginesów – w Niemczech z oczywistych po 1945 r. powodów wymarły”. Niemniej, „tak jak nie ma sprzeczności w twierdzeniu, że nie trzeba antysemitów, aby antysemityzm utrzymywał się przy życiu, tak samo czymś innym jest zarzucić komuś, że jest antysemitą, a czymś innym, że – świadomie lub nie – podejmuje grę z antysemickimi stereotypami (...). Musimy szczególnie ostrożnie obchodzić się z tradycyjnym repertuarem antyżydowskich kalek i stereotypów. Nie oznacza to doszukiwania się wszędzie antysemitów – histeria jest tu zdecydowanie niewskazana. Podobnie jak prawdziwa czy udawana naiwność”.
Dlatego tak ważne jest, by pisarze, krytycy, politycy i dziennikarze myśleli o tym, jak, co i „czym” mówią. A oceny innych poprzedzali próbą zrozumienia sensu ich wypowiedzi. Jak wiadomo, to samo zdanie może zawierać różne, przeciwstawne intencje. Aż prosi się, aby to zilustrować dobrymi żydowskimi dowcipami. Żeby jednak nie zostać opacznie zrozumianą, zakończę wnioskiem nie do obalenia – w groteskowej dyskusji wokół książki Walsera bez wątpienia zabrakło jednego: dobrego, oczyszczającego śmiechu. 


Nawojka Cieślińska, historyk i krytyk sztuki, kurator wystaw, 1991-94 radca kulturalny ambasady RP w Niemczech i dyrektor Instytutu Polskiego w Düsseldorfie. 1995-96 dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi. Mieszka w Warszawie i pod Monachium.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl