Dlaczego Papież nie oszczędza sobie strasznego wysiłku,
a nam widoku swego kalectwa?


Tajemnica bolesna

Halina Bortnowska



Podobnie jak Jan XXIII, Jan Paweł II znalazł własną drogę do ludzi. Od początku starał się być duszpasterzem świata; chce nim być do końca. Choćby kosztem potrzeb instytucji, której samodzielny, energiczny lider pewnie by się przydał.



Zdjęcie: twarz zastygła, jakby pokryta cieniem. Ręka na kartce papieru pewnie drży, bo inna ręka, młodsza, przytrzymuje ten papier. I tekst: „Przejażdżka papamobilem wyszła już z mody. Wyjątkowym przywilejem dla męża stanu będzie teraz możliwość popychania ruchomej platformy, na której porusza się Jan Paweł II. A najwyższym dowodem przychylności z jego strony może się niebawem okazać zaproszenie na podnośnik, z którego zaczął korzystać przy wsiadaniu i wysiadaniu z samolotu”.
Dlaczego Marek Lehnert („Newsweek”, 9.06.2002) tak pisze? Skąd ta ironia? I czemu mnie to tak wzburza? Ach, tak: dla mnie też coś ważnego właśnie „wychodzi z mody” – samodzielne, normalne czytanie. Odcyfrowanie akapitu jego tekstu, słowo po słowie, jak mieszczą się w zacieśnionym polu widzenia, trwa długie minuty. Wiem, że tych minut będzie trzeba coraz więcej. Już teraz sięgam po lupę, by wpatrzeć się w fotografię znajomej twarzy naznaczonej chorobą.
Kalectwo. Nie używam eufemizmu. Najpierw jest kalectwo, potem może się uda stać niepełnosprawnym czy „sprawnym inaczej”. Najpierw naruszona jest cała sprawność, trzeba walczyć o nową równowagę, odtworzyć umiejętność bycia sobą. Są dwie drogi. Jedna to gra w „jak gdyby nigdy nic”. Jakby kalectwo nie ziało wyrwą w tym, co człowiek może, jakby nie trzeba było się na nie wciąż natykać. Druga droga to konfrontacja, bilans, trzeźwy rachunek możliwości; trzeźwy, ale nie małoduszny. Bez ironii: nowa platforma. Nie ukrywam wyrwy w moich możliwościach, bo to niemożliwe, bo ukrywać nie chcę. Prawda o mnie jest taka, że okaleczenie istnieje. Ale mnie nie przekreśla. I da się temu nadać sens.

DWA NURTY

Nie wiem, jak wygląda teraz życie papieskiego domu. Nie wiem, jak sobie radzi administracja watykańska, o której sprawność martwią się liczni komentatorzy. Może mają rację. Aparat skonstruowany wokół centrum musi ulegać deformacjom, gdy centrum słabnie. Ale warto też pamiętać, że już od dawna, może od początku, pontyfikat Jana Pawła II ma dwa nurty: osobisty, duszpasterski, złożony z wielkich wydarzeń, nurt trudnego, ale poruszającego dialogu ze światem. A obok niego, na ogół mniej znany, nurt „kurialny”: funkcjonowanie instytucji, której papież jest głową, ale kołem zamachowym być nie musi.
Podobnie jak Jan XXIII, Jan Paweł II znalazł własną drogę do ludzi. Od początku starał się być duszpasterzem świata; chce nim być do końca. Choćby kosztem potrzeb instytucji, której samodzielny, energiczny lider pewnie by się przydał. Ocena zależy od priorytetów i od tego, co się w duszpasterstwie Jana Pawła II dostrzeże. W tym, co było, i w tym, co staje się najważniejsze teraz.

JAK WIOŚLARZ

Banał: starość to czas rekapitulacji, zbierania okruchów i fragmentów, by zespolić je w sensowną całość. Robimy to sami, robią to za nas inni, jeśli uznają, że warto. Ale może to też być czas dokończenia. Dokończenia choć jednego centralnego wątku. W tej konstatacji tkwi coś, co wykracza poza banał.
Pamiętam z wczesnej młodości taką medytację w grupie. Patrzyliśmy na obraz: statek w pełnym ożaglowaniu unoszący się nad falami w stronę dalekiego horyzontu. I podpis: „W nieskończoność sięga dzieło wykończone”. Myślałam wtedy, że tak powinno być z życiem. Że może być podobne do triumfalnych regat – jeśli nie będę porzucać zamiarów w połowie realizacji, jeśli będę pracować jak szkutnik nad łodzią, z której żeglowaniem się utożsamia. Teraz wiem, że dopływamy do końca trasy raczej tak, jak wioślarz Kierkegaarda: nie widzący horyzontu, wpatrzony w to, co już minął i w niebo, słońce albo gwiazdy wskazujące kierunek.
Tak myślę o Papieżu, samotnym w tłumie notabli, pomagierów i ochroniarzy. Nieważne, co go wyosabnia spośród otoczenia: zamyślenie, pogrążenie w Bogu czy zagubienie w wirze czynności. Ból fizyczny także wyobcowuje – i ten ciągły, i ten nagle przenikający. Po co więc pielgrzymować? Dlaczego nie zanurzyć się w przynoszącym ulgę rzeczywistym odosobnieniu, ciszy, spokoju, kontemplacji? Dlaczego Papież nie oszczędza sobie strasznego wysiłku, a nam widoku swego kalectwa?
Bo jeszcze ma nam coś do powiedzenia, a raczej do pokazania, skoro patrzymy. Jeszcze potrafi, a więc dalej powinien być znakiem.

SPRAWDZA NA SOBIE

Żeby zrozumieć, co się teraz przed nami odbywa, trzeba towarzyszyć Papieżowi w rekapitulacji jego posłannictwa. To jest możliwe, bo możemy sięgnąć do jego tekstów. Dla obcowania z obecnym etapem papieskiej wędrówki wybieram więc List Apostolski z roku 1984 – „O zbawczym cierpieniu” („Salvifici doloris”). Przeczytałam go, gdy się ukazał; wracałam do niego wielokrotnie w związku z pracą hospicyjną i ze szczególną wspólnotą, dla której ten dokument jest potwierdzeniem przyjętej misji (Rodziną Matki Boskiej Bolesnej, skupiającą chronicznie chorych). Niedawno zmarła uczestniczka tej wspólnoty, Irena Grzegorczyk, swego czasu pomagała młodemu jeszcze Arcybiskupowi Krakowskiemu wchodzić w trudny świat chorych bez szansy wyzdrowienia. A więc nie po raz pierwszy czytam dziś „O zbawczym cierpieniu”. Ale teraz ta lektura jest wyjątkowa. Czytam, myśląc o autorze tego bardzo osobistego tekstu sprzed niemal 20 lat. Czytam, dziwiąc się, że już wtedy wiedział to, co teraz sprawdza na sobie i co nam udostępnia jako współdoświadczenie. Jeśli nam starczy odwagi.
List rozpoczyna się od stwierdzenia, że cierpienie jest tajemnicą nieprzeniknioną. Nie oczekujmy wyjaśnień pozwalających zwyczajnie wpleść cierpienie w porządek świata, uznać – i może polubić? – jego konieczność. Są argumenty, znane już przyjaciołom Hioba, głoszące, że jakaś część cierpienia może być uznana za wychowawczą karę albo za sprawiedliwą konsekwencję wyrządzonego zła. Jednak tylko małą cząstkę cierpienia da się tak usprawiedliwić. Bezmiar cierpienia w świecie to cierpienie niewinnych, a w każdym razie nie tak winnych. Cierpienie to zło, którym ludzie są ugodzeni. W ostatecznym rozrachunku – śmierć. Mamy tu barwę ciemną, jak cień, który kryje twarz cierpiącego. Twarz, od której ludzie z lękiem się odwracają (por. cierpiący Sługa, Iz 53, 10-12).
Ale przecież czytamy list o cierpieniu zbawczym, list wierzącego świadka Chrystusa. Musi w nim być dobra nowina. Tajemnica musi nieść światło. List mówi więc o Chrystusie-Zbawcy, który odsłania ludziom potrzebę i możliwość ratunku, i ten ratunek sam ziszcza. Dokończeniem dzieła ratunku, jego wypełnieniem jest przyjęcie męki, przejście prawdziwej śmierci – i zmartwychwstanie. Ruch od prawdy do cierpienia, które ją potwierdza, to cała dynamika chrześcijaństwa. Od samego początku tym żyło. Zawsze też było zgorszenie bezsensem cierpienia (póki brak uznania tajemnicy, cierpienie jawi się jako gorszący absurd) i zawsze była siła świadectwa przez wierność w cierpieniu, twarzą w twarz z absurdem. Ta siła jest darem z wysoka. Wkracza w ludzki świat przez furtkę czyjejś osobistej decyzji: by wykonać zadanie, by obrócić zło cierpienia w dobro, uczestnicząc w tym, co jest dziełem Chrystusa.
Jak to możliwe, jak to się dzieje, czy to nie wydumane idee, wmówienia, aberracje? Autor listu nie podejmuje się wyjaśnić; tajemnica pozostaje niewysłowioną rzeczywistością także dla mistyka, który jej kosztuje. To Chrystus sam przyłącza do siebie i uczy szukających, chcących być z Nim, w zgodzie z Jego wolą, z Boskim porządkiem i władztwem. To tajemnica ponad rozum ludzki, chociaż temu rozumowi potrzebna.
Papież przeżywa dziś nową cząstkę tajemnicy, o której pisał. Od ludzi wiary ma prawo oczekiwać, by to uszanowali, by dostrzegli, że upokorzony słabością, znosząc ból na oczach świata, Jan Paweł II potwierdza swoją misję – błaganie o pokutę i pojednanie między ludźmi. Czytanie listu pomogło mi dosłuchać się tej najwyższej nuty – prawie spoza zasięgu słuchu.

ODPOWIEDŹ

List o zbawczym cierpieniu nie jest tekstem o cierpiętnictwie – nie sugeruje kultu cierpienia jako takiego. Cierpiący wyznawcy są poniekąd zrównani z męczennikami za wiarę. O wartości ich świadectwa decyduje wierność Bogu, pełnia tej wierności, wewnętrzne zwycięstwo nad absurdem przez nadanie sensu sytuacji znoszenia cierpienia w trudzie walki o to, by znikło.
Pierwszą postacią, wokół której myśl się oplata, jest Hiob. Ale po nim pojawia się Samarytanin. Nie zawodowiec w zakresie udzielania pomocy – zwyczajny człowiek i to z okolic podejrzanych o najgorsze. On jeden nie odwraca twarzy, nie omija cierpiącego. Przeżywa poruszenie współczucia. Coś – człowieczeństwo – łączy go z porzuconą przy drodze ofiarą przemocy. On się na tego człowieka natknął i okazał się bliźnim. List o cierpieniu kończy się nie samą najwyższą mistyczną nutą, lecz praktyczną odpowiedzią na pytanie, co robić w obliczu zła, absurdu, krzywdy, przemocy niosącej cierpienie. List zamyka się pełną uznania i wdzięczności myślą o tych, co usiłują cierpienia innych zmniejszać. Dzięki nim może odrobinę łatwiej zachować wierność w bólu. Ludzie skutecznego współczucia są inni niż raczej nieużyteczni rezonerzy otaczający Hioba. W obliczu bezsensu – działają z sensem i prostotą, jak ów Samarytanin. Papież potrzebuje ich teraz wokół siebie, jak każdy człowiek obciążony chorobą.
Czy będzie nadużyciem, jeśli na marginesie myśli o Samarytaninie zajmę się na koniec przedmiotami „samarytańskimi”? Przedmioty, jak wiadomo, nie mają duszy. Ale niektórym coś się z duszy ludzkiej jakby udziela. Zwyczajniej mówiąc – kojarzą się dobrze lub źle. Akcesoria kalectwa – może poza psem-przewodnikiem ociemniałych – kojarzą się źle. A przecież przedmioty pozwalające mimo wszystko dalej być z ludźmi, działać, poruszać się, czytać, mówić – te przedmioty są symbolami wspaniałego wysiłku, by ułatwić, czasem wręcz umożliwić innym życie. Dopełniając swej misji w cierpieniu Ojciec Święty może teraz uwolnić życzliwe, pożyteczne przedmioty od złej aury. Gdy będzie mu potrzebny wózek inwalidzki, to korzystając z niego uświetni, pobłogosławi wszystkie wózki i posługujących się nimi ludzi. I niech się nikt nie waży ironizować na ten temat. Popychanie inwalidzkiego wózka jest wielkim zaszczytem, nieważne komu umożliwia pielgrzymkę. Trzeba tylko umieć to robić.






Z Listu Apostolskiego Jana Pawła II
„O zbawczym cierpieniu” (1984)


„23. Cierpienie bowiem zawsze jest próbą, czasem nad wyraz ciężką próbą, której poddane zostaje człowieczeństwo. Z kart listów św. Pawła przemawia do nas niejednokrotnie ów ewangeliczny paradoks słabości i mocy, którego sam Apostoł doświadczył w sposób szczególny i którego doświadczają wraz z nim wszyscy uczestnicy cierpień Chrystusowych. Pisze w Drugim Liście do Koryntian: „Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa”.
W Drugim Liście do Tymoteusza czytamy: „Z tej właśnie przyczyny znoszę i to obecne cierpienie, ale za ujmę sobie tego nie poczytuję, bo wiem, komu uwierzyłem”.
W Liście zaś do Filipian wprost powie: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. 
Uczestnicy cierpień Chrystusowych mają przed oczyma paschalną tajemnicę Krzyża i Zmartwychwstania. W tajemnicy tej Chrystus zstępuje niejako do ostatecznych granic słabości i obezwładnienia człowieka — wszak kona przybity do Krzyża. Jeśli równocześnie w słabości tej dopełnia się Jego wyniesienie, potwierdzone mocą Zmartwychwstania, to znaczy, że słabości wszelkich cierpień człowieka może przeniknąć ta sama Boża moc, która objawiła się w Krzyżu Chrystusa. W tym zrozumieniu: cierpieć – to znaczy stawać się jakby szczególnie podatnym, szczególnie otwartym na działanie zbawczych mocy Boga, ofiarowanych ludzkości w Chrystusie. W Nim Bóg potwierdził, że chce działać szczególnie poprzez cierpienie, które jest słabością i wyniszczeniem człowieka — i chce w tej właśnie słabości i wyniszczeniu objawiać swoją moc. Tym może się także tłumaczyć wezwanie z listu Piotra: „Jeżeli zaś (ktoś) cierpi jako chrześcijanin, niech się nie wstydzi, ale niech wychwala Boga w tym imieniu!”. (...)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl