Tworzenie grup wsparcia dla homoseksualistów wydaje się przedwczesne


Brak odwagi

Ks. Józef Augustyn SJ



Musielibyśmy być mniej zajęci sobą i bardziej zainteresowani człowiekiem w ogóle, aby zająć się osobami homoseksualnymi oraz wszystkimi innymi ludźmi, potrzebującymi „specjalnej” troski.



Nieczęsto można przeczytać tak szczery tekst o homoseksualizmie. Łączy on osobiste świadectwo z bardziej ogólną refleksją nad potrzebą udzielania pomocy osobom w ten sposób zranionym. Niewielu też ma odwagę – odwołując się do własnego doświadczenia – jednoznacznie nazwać dążenia środowisk homoseksualnych „żałosną afirmacją złudzeń”. Dla Autora „po latach udziału w tym »związku zawodowym poszkodowanych«”, tzn. w środowisku gejowskim, jest to oczywiste. Nie jest to natomiast oczywiste dla ludzi młodych, którzy z niepokoju o własną tożsamość oraz z tęsknoty za bliskością mężczyzny (najczęściej z powodu braku bliskości ojca), lekkomyślnie fundują sobie owe „żałosne złudzenia” na wiele lat, a nieraz i na całe życie. Niewielu posiada w sobie tyle determinacji i woli, by po latach uwikłań powiedzieć sobie jednoznacznie: „nie”. I choć Autor nie rozwija tego wątku, losy wielu młodych ludzi, poszukujących własnej tożsamości psychoseksualnej, układałyby się może inaczej, gdyby było więcej osób dających takie właśnie świadectwo.

„ZWIĄZEK ZAWODOWY POSZKODOWANYCH”

Autor listu, po podjęciu decyzji pożegnania się nie tylko ze środowiskiem homoseksualnym, ale także z samym homoseksualizmem, rozpaczliwie szuka pomocy w Kościele. Ocena duszpasterskiej pomocy udzielanej osobom homoseksualnym jest bardzo surowa. Obserwując scenę duszpasterską trudno nie zgodzić się z Autorem. W swojej niecierpliwości, niewątpliwie inspirowanej radykalizmem nawrócenia, domaga się on od księży takiego wsparcia, jakiego – na dzisiaj – nie są mu w stanie udzielić. Tym krótkim tekstem nie chcę bynajmniej usprawiedliwiać tej sytuacji. Chcę ją jedynie trochę zrozumieć.
Homoseksualizm wciąż budzi w społeczeństwie wiele obaw i lęków. Zwłaszcza w środowisku kościelnym. Z tym faktem nie można się nie liczyć. Osoby zdradzające się w jakikolwiek sposób ze swoimi skłonnościami homoseksualnymi traktowane są na ogół okrutnie. Bywają poniżane. Wiąże się to nie tyle z brakiem tolerancji (Polacy są na ogół tolerancyjni wobec wszelkich mniejszości), ile raczej z brakiem zrozumienia dla istoty samego zjawiska i niepewnością odnośnie do własnej tożsamości psychoseksualnej.
Po rewolucji seksualnej i wyjściu homoseksualizmu z podziemia (ostatnie trzydzieści lat) cały teren homoseksualny został niestety zawłaszczony – jak to trafnie nazywa Autor – przez „związek zawodowy poszkodowanych”. Pochwalanie wszystkich „żądań związkowych”, m.in. zawierania małżeństw, adopcji dzieci, stało się znakiem „poprawności politycznej” wielu środowisk. Dyskusje, jakie toczą się na temat homoseksualizmu, są dziś często uwikłane w ową „poprawność”. Dyskutanci, nie wysilając się bynajmniej na podawanie rzeczowych argumentów, powtarzają slogany „związku zawodowego poszkodowanych”.

CIEŃ PODEJRZENIA

Strona kościelna biorąca udział w tej dyskusji – jak to trafnie zauważa Autor – ideologizuje problem przedstawiając (skądinąd poprawne teologicznie, ale wyłącznie teoretyczne) argumenty, które mają pogrążyć zwolenników homoseksualizmu. W takim właśnie spolaryzowaniu dyskusji pomiędzy dwiema ideologiami, poważna refleksja o istocie zjawiska oraz formach udzielenia pomocy ludziom zranionym w ten sposób, jest po prostu niemożliwa. Niezależnie od krzykliwej propagandy „związku zawodowego poszkodowanych”, refleksja ta winna być podjęta w imię uczciwości wobec osób o orientacji homoseksualnej oraz obowiązku udzielenia im pomocy. Aby było to możliwe, trzeba przekraczać homoseksualne lęki i fobie. Do tego bowiem zachęca nas nauczanie Stolicy Apostolskiej, w szczególności „List do biskupów Kościoła katolickiego o duszpasterstwie osób homoseksualnych”.
Jakie lęki? Bardzo wielu mężczyzn i kobiet, nie tylko w okresie dojrzewania, przeżywa głębokie obawy o własną tożsamość psychoseksualną. To one właśnie popychają ich do dwuznacznych nieraz zachowań moralnych, które mają w sposób sztuczny wzmocnić poczucie własnej tożsamości męskiej czy kobiecej, np. poprzez wzmożoną aktywność seksualną. To właśnie osoby o bardzo kruchym poczuciu tożsamości psychoseksualnej zwykle pogardliwie traktują osoby homoseksualne. Im więcej niepewności siebie, tym więcej niechęci do osób zranionych w ten sposób. W klimacie pogardy i poczucia własnej wyższości, jakakolwiek poważna rozmowa na tematy homoseksualne jest niemożliwa. Wielu nie umie traktować poważnie osób zranionych homoseksualnie, ponieważ nie umieją dostrzec i uznać, że fundamenty ich własnej tożsamości męskiej czy kobiecej są kruche. I to bywa nieraz pierwsza racja, dla której pewni księża nie są w stanie udzielić duszpasterskiej pomocy osobom homoseksualnym.
Drugi lęk, to lęk przed „cieniem podejrzenia”, jaki może paść na duszpasterza ze strony osób, którymi się zajmuje. O tym cieniu, choć w innym kontekście, mówi Jan Paweł II w „Liście do kapłanów na Wielki Czwartek 2002 roku”. Papież stwierdza, że nadużycia seksualne księży rzucają „głęboki cień podejrzenia na wszystkich innych zasłużonych kapłanów, którzy pełnią swoją posługę z uczciwością i z konsekwencją, a nierzadko z heroiczną miłością”. Jeżeli jakiś ksiądz byłby znany w środowisku z tego, że chętnie udziela pomocy osobom homoseksualnym, łatwo mógłby spotkać się z podejrzliwością. Wielu księży obawia się więc „homoseksualnego cienia”. Cienia nie da się odkleić od człowieka. Tylko „pełne światło” likwiduje cienie.

WIOSNA NIE ZALEŻY OD JASKÓŁEK

Tworzenie dziś grup wsparcia dla osób homoseksualnych – na podobieństwo grup anonimowych alkoholików – wydaje mi się w Polsce przedwczesne. Co przyniesie przyszłość, trudno przesądzać. Zauważmy, że grupa „Odwaga”, o której wspomina Autor, powstaje z inspiracji doświadczeń zachodnich, głównie amerykańskich. Należy z pewnością docenić odwagę samego Ordynariusza miejsca oraz osób, które organizują i tworzą grupę, ale nie sądzę, aby jej powstanie należało traktować jako jaskółkę, która wskazuje, skąd przyjdzie wiosna. Wiosna, mimo wszystko, nie zależy od jaskółek. Warto może w tym kontekście wspomnieć, że kard. Christoph Schönborn z Austrii zabronił kilka lat temu w swojej diecezji tworzenia grup wsparcia dla osób homoseksualnych. Jednego zaś z księży, który go nie posłuchał, zawiesił w czynnościach kapłańskich.
Nie należy też lekceważyć faktu, że doświadczenia Kościoła na Zachodzie z homoseksualizmem bywają bardzo złożone. Nie trzeba ich bynajmniej idealizować. Liczne wypadki pedofilii o podłożu homoseksualnym (90% wszystkich wypadków nadużyć seksualnych), nie tylko wśród księży, ale także w innych grupach zawodowych, najlepiej świadczą o tym, że klimat stworzony wokół homoseksualizmu w Stanach Zjednoczonych i innych krajach zachodnich nie budzi zaufania. Dwuznaczności w odnoszeniu się do homoseksualizmu istniały nie tylko w Kościołach reformowanych, ale także i we wspólnotach katolickich. Dość powiedzieć, że za zbytnią tolerancję wobec homoseksualizmu pewnych seminariów zakonnych i diecezjalnych, Kościół płaci dzisiaj bardzo wysoką cenę.
Wydaje się, że Autor listu upraszcza nieco sprawę, widząc remedium na problem przede wszystkim w tworzeniu grup wsparcia dla osób o skłonnościach homoseksualnych. Nie negując bynajmniej, że jest to pewien sposób udzielania pomocy ludzkiej i duszpasterskiej, należy jednak zadać sobie pytanie o inne, być może równie skuteczne, a nawet skuteczniejsze sposoby (profesjonalna psychoterapia i kierownictwo duchowe należą do pierwszych).
Brak stosownej pomocy dla osób o skłonnościach homoseksualnych odsłania, w moim odczuciu, inny, bardziej fundamentalny problem: pewną pasywność i brak twórczości duszpasterskiej niemałej liczby duchownych. Wielu z nich powiela, nieraz nawet bardzo gorliwie, utrwalone schematy pasterskie, jakie obserwowali w swojej parafii czy też wynieśli z seminarium. Kiedy kard. Józef Glemp w Roku Jubileuszowym przepraszał „za tych duchownych, którzy zagubili miłość do ludzi i rozbudowali własne życie prywatne (...) zamiast poświęcić cały czas biednym i młodzieży”, dotknął – w moim mniemaniu – sedna problemu. Były to nie tylko prorocze słowa, ale także doskonała diagnoza duszpasterska. Musielibyśmy być mniej zajęci sobą i bardziej zainteresowani człowiekiem w ogóle, aby zająć się osobami homoseksualnymi i wszystkimi innymi ludźmi potrzebującymi „specjalnej” troski. Duszpasterstwo osób homoseksualnych należy z pewnością do jednego z najtrudniejszych. Konieczna tu jest najwyższa roztropność. Wymaga od księży nie tylko znajomości problemu, ale przede wszystkim głębokiego zakorzenienia w Bogu, które jedynie mogłoby sprawić, że troska o człowieka będzie silniejsza od lęku o siebie i swoją opinię w środowisku.
Autor usilnie domaga się zrozumienia i pomocy. Aby nie zaistniała jednak sytuacja konfliktu duszpasterzy z osobami homoseksualnymi, konieczne jest także zrozumienie z ich strony dla naszych księżowskich racji. Jeżeli jednak my, księża, chcemy być dobrze rozumiani, winniśmy stawiać problemy tak odważnie i jasno jak Autor. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26 (2764), 30 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl