Burzliwy (s)pokój Środkowej Ameryki

Marcin Żurek z Gwatemali



Choć minęło już 10 lat, od kiedy w Ameryce Środkowej zaczęły wygasać lewackie guerrille, do dziś jest to jeden z „najgorętszych” rejonów Ameryki Łacińskiej. Czyżby naiwnymi okazały się zrozumiałe przecież nadzieje z początku lat dziewięćdziesiątych, że układy pokojowe przyniosą tutaj pokój? 



Prezydent Gwatemali Alfonso Portillo podziwem darzy Che Guevarę, jego zastępca Juan Reyes woli Pinocheta, a przewodniczącego parlamentu Efraína Ríos Montta zaprzątają raczej ciążące na nim zarzuty ludobójstwa niż polityczne predylekcje. Osobliwościom tutejszej władzy towarzyszą bezustanne skandale i chaos polityczny.
Prowincjonalna Gwatemala zadziwia natężeniem symboliki Coca-Coli, która najwyraźniej „kompensuje” przygnębiającą biedę i wyraża żądzę awansu do lepszego świata. Coca-Cola jest w Gwatemali w istocie czymś więcej niż zwykłym refresco: w analogii do jej roli w „Polsce Ludowej” – gdzie była niemal manifestem kulturowym i politycznym – również tutaj ma ona sens wykraczający poza domenę gastronomii; sens dostępny raczej psychologii. Symboliczna „przemoc” z zastosowaniem najbardziej amerykańskiego z amerykańskich emblematów jest kolejnym stadium długiej historii dominacji USA w tym rejonie świata. O ile niegdyś ucieleśniana ona była brutalnie przez niesławny koncern „United Fruit Company”, to dziś ogranicza się do nachalnej, ikonograficznej reprezentacji amerykańskiej kultury i mitologii konsumpcji.
Atmosferę podróży przez gwatemalską prowincję najsilniej jednak zakłócają patrole wojskowe, co krok zatrzymujące pojazdy celem lustracji fizjonomii pasażerów i przetrząśnięcia bagaży w poszukiwaniu broni, narkotyków i przedmiotów „podejrzanych”. Skąd ta przezorność armii, broniącej kraju przed niezbyt wyraziście zarysowanym wrogiem, skoro długi okres popularnych kiedyś zamachów stanu i wyjątkowo – nawet wedle norm latynoamerykańskich – krwawych walk z guerrillą zakończył się tutaj już dawno? Po zakończeniu „zimnej wojny” USA, ZSRR i Kuba wycofały wsparcie zarówno dla prawicowych rządów i organizacji paramilitarnych, jak dla lewackiej guerrilli. Dzisiaj w żadnym kraju Ameryki Środkowej nie ma już aktywnej partyzantki, a cywilne rządy nie uciekają się do przemocy – do niedawna zasadniczego instrumentu władzy. 
Ale choć zmiany we wszystkich krajach regionu są realne, to długo wyczekiwany pokój jest w jakiejś mierze pozorny.

REGION „BRUDNYCH WOJEN”

W 1954 r. wojskowy przewrót obalił demokratycznie wybranego prezydenta Gwatemali Jacobo Arbenza. Zbiegiem okoliczności, świadkiem tych wydarzeń był argentyński student Ernesto Guevara – i one też stały się inspiracją dla jego późniejszej, obsesyjnej walki z „amerykańskim imperializmem”. Arbenz został bowiem obalony z pomocą CIA, broniącej interesów „United Fruit”, zagrożonych planowaną reformą rolną. Wkrótce w Gwatemali zaczęła się jedna z najkrwawszych wojen domowych w historii kontynentu, która potrwać miała 36 lat. Kosztowała życie 150 tys. zabitych – i 50 tys. tych, których los skrywa cyniczna formuła „zaginionych w tajemniczych okolicznościach”. Dopiero w 1995 r. odbyły się pierwsze wolne wybory prezydenckie, a rok później podpisaniem porozumienia pokojowego zakończyły się rokowania z partyzantami z Unión Revolucionaria Nacional de Guatemala (trwające od 1993 r.).
Wcześniej podobne porozumienia zawarto w dwóch innych krajach, także pogrążonych w walce z guerrillą. Pierwszym była Nikaragua. Obalenie reżimu Anastasio Somozy przez partyzantów z Frente Sandinista de Liberación Nacional w 1979 r. rozpoczęło tam wojnę, w której przeciw lewicowemu rządowi Daniela Ortegi wystąpiły oddziały tzw. contras, finansowane przez administrację Ronalda Reagana. Wojna zakończyła się, gdy w 1990 r. pod presją międzynarodową (i wbrew ostrzeżeniom swego przyjaciela Fidela Castro) Ortega ogłosił wybory, które – ku swemu zaskoczeniu – przegrał na rzecz Violety Chamorro. Kiedy sandiniści oddawali władzę, gospodarka była zrujnowana: Nikaragua była wtedy najbiedniejszym krajem na półkuli zachodniej i najbardziej na świecie zadłużonym.
Dwa lata później zakończyła się także wojna domowa w Salwadorze: układ pokojowy z lewackim Frente Farabundo Martí de Liberación Nacional (Frontem Narodowowyzwoleńczym im. Farabundo Martí) podpisano na zamku Chapultepec w stolicy Meksyku. Źródła tego z kolei konfliktu sięgały lat 70., kiedy to salwadorska junta wojskowa nie dopuściła do objęcia władzy przez nowo wybranego prezydenta Napoleona Duarte, który zapowiadał reformy społeczne. Wojsko odpowiedziało terrorem wobec opozycji politycznej, blokując wszelkie projekty przemian wewnętrznych. Próbą uniknięcia otwartej wojny był zamach stanu z 1979 r., a później powierzenie władzy Duarte. Obietnice demokratyzacji wywołały jednak zaostrzenie wojskowego terroru, który doprowadził do konfliktu z guerrillą. Zginęło 75 tys. osób (dalsze 35 tys. „zaginęło”), a około miliona uciekło z kraju. Porozumienie, które zawarto ostatecznie dzięki mediacji ONZ, obejmowało przekształcenie FMLN w partię polityczną, podział ziemi między byłych guerrilleros i wojskowych, reformę systemu prawnego oraz demobilizację prawicowych oddziałów paramilitarnych (Policía Nacional).
W Hondurasie cywile objęli władzę już w 1982 r. i do wojny domowej nie doszło. Tysiące ofiar przyniósł jednak terror policyjny i guerra sucia (brudna wojna) w stylu argentyńskim, w której wojsko widziało „środek zaradczy” przeciw zagrożeniu komunistycznemu.

NIESPOKOJNY POKÓJ

Jak wygląda sytuacja w tych wszystkich krajach dzisiaj? Czy zakończyła się ostatecznie epoka bezprawia, oficjalnie usankcjonowanego terroru i przybierającej wszelkie możliwe formy przemocy? Czy, jednym słowem, zapanował pokój?
Jeśli stosować kryteria formalne, porozumienia przyniosły istotne skutki. Zniesiono obowiązkową służbę wojskową, a liczebność armii zredukowano drastycznie: w Nikaragui z 90 do 12 tys., w Salwadorze z 60 do 30 tys., a w Gwatemali z 55 do 36 tys. Twierdzenie, że wojskowe reżimy są wyłącznie odległym epizodem w historii tych krajów, byłoby ryzykowne – ich tradycja jest tak silna, że nie można ich bezwzględnie wykluczyć w przyszłości. Dziś jednak ustąpiły one demokratycznie wybranym rządom, a wpływ armii na politykę został radykalnie ograniczony. 
A jednak, poza regulacjami formalno-prawnymi, porozumienia przyniosły niewiele: pozostały abstrakcyjnym faktem politycznym i propagandowym. Triumf polityczny nie przekłada się na reformy socjalne, przezwyciężenie kryzysu społecznego i zapaści gospodarczej. Gwatemala, Nikaragua i Honduras to czołówka najbiedniejszych krajów kontynentu, a frustracje społeczne nie ustępują tym z czasu wojen.
Nie dość, że układy pokojowe nie rozwiązały zadawnionych konfliktów, to stały się źródłem nowego kryzysu. Wieloletnie konflikty pozostawiły dziedzictwo, z którym przyjdzie się być może zmagać jeszcze dłużej niż trwały same wojny. Pozorna normalizacja struktur władzy skrywa czasami głęboką zapaść skorumpowanego systemu politycznego, kontrolowanego przez członków dawnych elit. Towarzyszy jej przestępczość, konflikty mafijne, przemyt narkotyków – i powszechna nędza. 
Wskaźniki przestępczości w Ameryce Środkowej są dziś najwyższe na świecie: liczba zabójstw w Salwadorze – mimo że spadła w ostatnich latach o 20 proc. – sięga nadal 120 na 100 tys. mieszkańców (w Unii Europejskiej wskaźnik ten wynosi 1,2), a napady na banki i porwania dla okupu są codziennością. Winą za tak drastycznie wysoką przestępczość obciąża się byłych partyzantów, przekwalifikowanych na kryminalistów. W Nikaragui przestępcy to często dawni żołnierze contras, którzy również nie znaleźli sobie miejsca w czasach pokoju. Z kolei Honduras terroryzują bandy nie mających widoków na przyszłość desperatów, którzy kontrolują nieraz całe dzielnice i miasta. Kryminogenna desperacja bierze się ze społecznej izolacji: traktaty pokojowe zignorowały socjalny aspekt konfliktów. Zapomniano o tych, którym nie dano okazji nauczenia się funkcjonowania w społeczeństwie obywatelskim.
Najpoważniejsza jest sytuacja w Gwatemali, gdzie zorganizowana przestępczość splata się ze strukturami państwa. Po zakończeniu wojny władze zdemobilizowały tysiące żołnierzy, zostawiając ich własnemu losowi – szybko przystosowali się oni do nowych czasów, zasilając organizacje przestępcze. Dawne znajomości i wpływy uniemożliwiają skuteczną z nimi walkę, a powiązania między nimi a policją, służbą celną, wojskiem czy urzędami państwowymi są tak silne, że z wolna zaciera się granica między organami władzy, a (nie całkiem podziemnymi) strukturami przestępczymi. 
Obejmując przed dwoma laty urząd prezydenta, Portillo obiecywał rozwiązanie wszystkich problemów. Dziś jest jednym z najmniej popularnych prezydentów w historii kraju: oskarża się go o „grabież majątku narodowego na niespotykaną skalę”. Skandali korupcyjnych, w które zamieszany jest on sam lub ktoś z nepotycznego rządu było w ciągu ostatnich dwóch lat ok. 150 – ale kryzys władzy jest tak głęboki, że nie mają one żadnych skutków prawnych. Zaś skutki polityczne mogą być kiedyś trudne do opanowania, bo degeneracja rządu jest tak oczywista, że prędzej czy później doprowadzić może do społecznego wybuchu.
Teraz źródłem dodatkowych napięć stało się widmo procesów za zbrodnie wojenne i wywołana nim kampania terroru ze strony armii. Poczuciem bezpieczeństwa wojskowych szczególnie silnie zachwiało zatrzymanie w Londynie Pinocheta w 1998 r. 
W tym samym roku w gwatemalskiej stolicy zamordowano katolickiego biskupa Juana Gerardi, który obwiniał wojsko za okrucieństwa wojny. Jedna z hipotez głosi, że biskup zginął, bo odkrył powiązania wojskowych z producentami narkotyków. Nie jest tajemnicą, że to emerytowani wojskowi sprawują kontrolę nad przemysłem narkotykowym. Ofiarami przemocy padali też obrońcy praw człowieka, adwokaci i politycy, którzy odważyli się krytykować skorumpowany rząd oraz sędziowie prowadzący sprawy, w które zamieszani byli wojskowi i szefowie narkotykowych gangów. 
Żadna wojna nie jest wyłącznie zdarzeniem militarnym i nie można oglądać jej tylko w kategoriach zwycięstw i porozumień pokojowych. Także wojny domowe w Ameryce Środkowej trzeba postrzegać w kontekście kompleksu kwestii społecznych, kultury politycznej, a nawet uwarunkowań psychologicznych. Przekonanie, że pokój przyniesie automatycznie kres konfliktów i napięć okazało się naiwne – dawne konflikty przybrały po prostu nowe formy. W socjologii stosować można bowiem prawo zachowania energii: nagromadzone latami resentymenty i frustracje nie znikają wraz ze złożeniem podpisu pod choćby najpiękniej brzmiącymi deklaracjami pokojowymi. I jeśli nie zneutralizują ich akceptowane społecznie reformy, znajdują ujście w działalności przestępczej, społecznej eksplozji albo politycznym przewrocie.

DEMOKRACJA, KTÓREJ NIE BYŁO

Pokój Środkowej Ameryki pozostaje więc nietrwały – a jedną z przyczyn jest brak świadomości socjologicznych przesłanek realnego porozumienia. „Nowy porządek” nie może być ekskluzywny, musi objąć całe społeczeństwo. Inaczej jego „wykluczona” część stanie się zarzewiem społecznych patologii: przestępczości lub rebelii. 
Innym problemem jest krucha tradycja demokracji i słabość jej instytucji. „Naturalnym” trybem, w jakim często rozwiązywano w Ameryce Środkowej kwestie społeczne i polityczne, były zamachy stanu i zabójstwa – a wyrazem społecznego niezadowolenia wojny partyzanckie. Innym źródłem właściwego Ameryce Łacińskiej anarchizmu jest prekolumbijska tradycja caciquismo (autorytarnej władzy lokalnych kacyków) i echa nieprawości konkwisty. Rządzący są tu nierzadko przeświadczeni, że sprawowany urząd to nade wszystko źródło osobistych korzyści, zaś społeczeństwa – w ukształtowanym przez historię nawyku – odmawiają autorytetu wszelkiej władzy, widząc w niej wyłącznie narzędzie ucisku. 
Poparcie dla demokracji jest w Ameryce Środkowej ostrzegawczo niskie, a jeszcze mniejsza jest satysfakcja z niej: w Salwadorze wyraża je odpowiednio 25 proc. i 21 proc. ludności, w Gwatemali 33 proc. i 16 proc., w Nikaragui 43 proc. i 24 proc. W istocie jednak Ameryka Środkowa jest niezadowolona z czegoś, czego nigdy nie doświadczyła: „rozczarowanie demokracją” to efekt frustracji, powodowanej przez jej monstrualną karykaturę. Wyjątkiem w regionie jest jedynie „amerykańska Szwajcaria”, czyli Kostaryka. Ostatni zamach stanu miał tam miejsce w 1917 r., a armia została rozwiązana przed ponad półwieczem. 
W Ameryce Środkowej instytucje państwa wspierają się czasem na terrorze, przemocy i „układach”, a w najlepszym razie legitymizuje je charyzma przywódcy. Nie mają one tego samoistnego, abstrakcyjnego autorytetu, który cechuje państwo prawa. Pokój Środkowej Ameryki pozostanie kruchy, dopóki tego autorytetu nie nabiorą, bo kultura demokracji jest ważniejsza niż – nie tak wiele same w sobie znaczące – traktaty pokojowe. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl