Nowy antysemityzm czy uprawniona krytyka Izraela?


Chłopcy z zapałkami

Joachim Trenkner z Berlina



Od początku eskalacji konfliktu izraelsko-palestyńskiego w Niemczech – podobnie jak w innych krajach Europy – daje się zarejestrować zmiana nastrojów. Historycznie obciążona Republika Federalna ma jednak swą specyfikę: dotąd szczególna odpowiedzialność Niemiec za Izrael i obywateli pochodzenia żydowskiego uchodziły tutaj za rację stanu. Teraz wielu Niemcom zdaje się to coraz bardziej ciążyć.



Gdyby nie szaro-ponure niebo, można by sądzić, że jesteśmy w centrum Ramallah: 12 tys. Arabów, głównie Palestyńczyków, zebrało się na berlińskim Alexanderplatz – betonowej pustyni, pamiętającej czasy NRD-owskich defilad – aby zaprotestować przeciw Izraelowi. Atmosfera jest napięta. Poddawane przez megafony hasła odbijają się wielotysięcznym echem: „USA: międzynarodowa centrala ludobójców”, „Szaron: morderca i faszysta”. Arabski demonstrant woła do Niemca, obserwującego przemarsz: „Arabowie są przyjaciółmi Niemców, przecież Niemcy próbowali wytępić Żydów”. Dopiero gdy pojawia się plakat z Gwiazdą Dawida, na której wymalowano swastykę, wkracza policja. Symbole nazistowskie są w Niemczech zakazane, porównywanie izraelskich polityków do nazistów nie.
Potem potężny pochód skręca w Unter den Linden, aby przepłynąć obok Opernplatz, gdzie w 1933 r. narodowi socjaliści odegrali preludium do Holocaustu, paląc książki żydowskich autorów – i kończy się starciami z policją pod ambasadą brytyjską na postmodernistycznym Potsdamer Platz. Wśród demonstrujących niemal niewidoczne są kobiety, przeważają mężczyźni, ojcowie. Jeden, maszerujący na przedzie, niesie na plecach córkę, może 5-letnią. Dziewczynka przewiązana jest atrapą ładunku wybuchowego, używanego przez palestyńskich zamachowców. Wielu Niemców zaszokowała ta „maskarada barbarzyństwa”; równie wielu jednak, może nawet więcej, uznało ów celebrowany kult ofiary za folklor takich manifestacji. 

KRYTYKA = ANTYSEMITYZM?

Następnego dnia „solidarność z Izraelem”, do czego wezwała pewna organizacja studencka, wyrażało może tysiąc osób. Od kiedy na Bliskim Wschodzie doszło do eskalacji konfliktu, a konserwatywny rząd Szarona odpowiada na zamachy samobójcze często brutalnymi akcjami wojskowymi, w Niemczech daje się zarejestrować zmiana nastrojów. W tutejszych mediach Palestyńczycy przedstawiani są z reguły jako Dawid, walczący z izraelskim Goliatem. Nawet ugrupowania terrorystyczne, jak Hezbollah czy Hamas, traktowane są często i bezrefleksyjnie jako ruchy narodowowyzwoleńcze. 
Trudno się dziwić, że także na ulicy mnożą się akty agresji wobec Żydów. W berlińskim metrze grupa młodzieńców, prawdopodobnie pochodzenia arabskiego, zerwała dwóm kobietom z szyi łańcuszki z Gwiazdą Dawida; dwaj ortodoksyjni Żydzi zostali pobici na środku Kurfürstendamm, jednej z głównych promenad miasta. Konflikt bliskowschodni wywołuje lęk i agresję w berlińskich szkołach (w niektórych dzielnicach procent dzieci imigrantów jest wysoki); władze oświatowe mówią o rosnącej liczbie czynów karalnych o podłożu prawicowo-ekstremistycznym. Także federalne MSW rejestruje wzrost przestępstw o podłożu antysemickim: od początku roku sprofanowano ponad 20 żydowskich cmentarzy, a policja odnotowała ok. 130 napadów na Żydów. 
Przede wszystkim jednak, od kiedy armia izraelska zajmuje na powrót tereny Autonomii Palestyńskiej, w Niemczech gwałtownie dyskutuje się nad jednym pytaniem: czy Niemcy z ich historią, obciążoną Holocaustem, mogą krytykować Izrael, nie wystawiając się na zarzut, że są antysemitami? Odpowiedź jest prosta: naturalnie, że mogą. Wolno im mówić, że polityka Szarona jest fałszywa, gdyż stawia ona tylko na siłę militarną, rozlewając przy tym wiele krwi i przyczyniając się jedynie do dalszej eskalacji. Także Niemcy mogą krytykować izraelski rząd za jego brutalną politykę, która rozmija się z celem politycznym. 
A jednak krytyczne głosy z Niemiec brzmią inaczej. Rzuca się w oczy zmiana języka, także u polityków świadomych dotąd odpowiedzialności za słowa. Ten nowy niemiecki ton może budzić obawy. Norbert Blüm, polityk CDU o poglądach liberalnych i wieloletni minister pracy w rządzie Kohla, zarzuca Izraelowi, że „bez zahamowań” prowadzi on „wojnę na wyniszczenie”, używając słowa „Vernichtungskrieg”, stosowanego dotąd tam, gdzie mowa była o morderczych kampaniach Wehrmachtu przeciw Polsce czy ZSRR. A wiceprzewodniczący partii liberałów FDP Jürgen Möllenmann usprawiedliwia palestyńskie zamachy samobójcze, mówiąc o nich tak: „Zadaję sobie pytanie, co ja zrobiłbym, gdy to Niemcy zostały zaatakowane? Otóż broniłbym się [jak Palestyńczycy], także przy użyciu siły. Jestem oficerem rezerwy wojsk powietrznodesantowych. W takiej sytuacji moim obowiązkiem byłoby bronić się, także w kraju przeciwnika”. 
Czyli, mówiąc otwartym tekstem: Izrael nie należy do naszej cywilizacji, prowadzi wojnę z myślą o wyniszczeniu Palestyńczyków, których działania, także zamachy, to jedynie ruch oporu przeciw bezprawnej okupacji. Taki język jest projekcją: to Niemcy ponad 50 lat temu pożegnali się na kilkanaście lat z cywilizacją i prowadzili w istocie brutalną wojnę na wyniszczenie. I stąd pojęcia takie pojawiają się teraz w odniesieniu do Izraela: nie dlatego, że trafnie opisują postępowanie Żydów z Izraela, ale ponieważ „odciążają” samych Niemców. 
Zdejmowanie historycznego balastu rozwija się ostatnio w Niemczech na pełnych obrotach. Najpierw, jeszcze w 1998 r., pisarz Martin Walser nazwał Auschwitz „moralną pałką”; potem inny pisarz, Günter Grass, w powieści „Pełzając rakiem” odkrył Niemców jako ofiary II wojny światowej, nie wspominając o przyczynach tego, co dobiegało końca w 1945 r.; wkrótce „Związek Wypędzonych” zamierza postawić sobie samemu pomnik – „Centrum przeciw Wypędzeniom”; wreszcie polityka państwa żydowskiego opatrzona zostaje przymiotnikiem „faszystowska”.

MÖLLEMANN I FRIEDMAN

Wszelako konflikt bliskowschodni i krytyka Izraela szybko zeszły na drugi plan, a cała debata stała się sporem wewnątrzniemieckim, przedwyborczym i coraz ostrzejszym. Winę za to ponosi ponownie Jürgen Möllemann. Ten były minister gospodarki w rządzie Kohla i Genschera oprócz tego, że jest szefem wpływowego oddziału FDP w landzie Północna Nadrenia-Westfalia, posiada także dochodową firmę konsultingową, ma sporo kontaktów biznesowych w krajach arabskich i piastuje funkcję przewodniczącego Towarzystwa Niemiecko-
-Arabskiego. 
Co się takiego stało? Wkrótce po nazwaniu palestyńskich zamachów obroną konieczną, Möllemann zaprosił do wstąpienia do FDP niejakiego Jamala Karsliego, Niemca pochodzenia syryjskiego i posła do parlamentu krajowego Północnej Nadrenii-
-Westfalii, który do landtagu wszedł z listy „Zielonych”, ale właśnie opuścił tę partię w proteście przeciw jej polityce wobec Izraela. Opuszczając „Zielonych”, Karsli udzielił wywiadu prawicowo-radykalnemu tygodnikowi „Junge Freiheit”, w którym powiedział, że Izrael stosuje wobec Palestyńczyków „metody nazistowskie”, a w Niemczech mediami rządzi „syjonistyczne lobby”. Niemcom zaś poradził, by przezwyciężyli swój „moralny paraliż”, na który cierpią do dziś z powodu zbrodni Holocaustu, i stanęli otwarcie po stronie Palestyńczyków. 
Protesty przeciw takim sformułowaniom Karsliego, zwłaszcza ze strony Centralnej Rady Żydów w Niemczech [która zrzesza gminy żydowskie i reprezentuje społeczność żydowską w RFN – red.], nie zrobiły na Möllemannie specjalnego wrażenia. Przeciwnie, dolały oliwy do ognia. Kiedy Michel Friedman, wiceprzewodniczący Centralnej Rady, członek CDU i dziennikarz prowadzący telewizyjne talk show, często w roli elokwentnego agent provocateur, zarzucił Möllemannowi, że jest antysemitą, ten ripostował, że to Friedman wspiera antysemityzm w Niemczech „swym nietolerancyjnym i nienawistnym sposobem bycia”. Mówiąc inaczej, Möllemann zdawał się twierdzić, że Żyd sam jest winien antysemityzmowi. Gdyby coś takiego powiedział działacz skrajnie prawicowej NPD, znalazłoby się to zapewne w rozpatrywanym właśnie przez Trybunał Konstytucyjny wniosku o delegalizację tej partii.
Rząd izraelski na nowy niemiecki „spór o antysemityzm” zareagował spokojnie: wprawdzie podczas wizyty w Izraelu przewodniczący FDP Guido Westerwelle musiał wysłuchać paru krytycznych słów, ale zapewne rację miał izraelski historyk Moshe Zimmermann, gdy mówił w niemieckiej telewizji, że „punktem ciężkości obaw Izraelczyków nie są antysemickie tendencje w Niemczech, lecz we Francji”. W istocie, u francuskiego sąsiada nastroje są zdecydowanie bardziej proarabskie i antyizraelskie niż w Niemczech. We Francji, gdzie mieszka prawie 6-milionowa, największa społeczność arabska w Europie, miały miejsce najbardziej spektakularne ataki na instytucje żydowskie. Natomiast najostrzejsza bodaj w Europie krytyka Izraela płynie z Hiszpanii: tamtejsi komentatorzy bez wahania piszą o „faszystowskich metodach” Szarona. 
Wracając do Niemiec, pytanie brzmi: czy w tym akurat kraju konflikt bliskowschodni i tacy politycy jak Möllemann wywołali nowy antysemityzm? Raczej nie. Być może Möllemann wcale nie jest antysemitą. Prawda ma tło bardziej cyniczne. FDP była zawsze partią „małą, ale dobraną”, ostoją liberalizmu otwartego na świat – i zarazem uzależnioną od niewielkich nawet wahań poparcia, od których zależała jej obecność w Bundestagu. Wprawdzie przekraczała próg 5 proc. głosów, ale zwykle nieznacznie. Teraz pod kierunkiem Westerwelle i Möllemanna ma się to zmienić: obaj politycy ogłosili, że ich celem jest 18 proc. głosów we wrześniowych wyborach do Bundestagu. W osiągnięciu tego celu każdy środek wydaje się dobry, także złamanie tabu. „Musimy nazywać po imieniu rzeczy, które przez innych polityków są tabuizowane, z jakichkolwiek bądź powodów” – wyznał Möllemann, dodając, że „przepaść między tym, co mówi klasa polityczna, a tym, co odczuwają zwykli ludzie, jest ogromna”.

JAK HAIDER ALBO FORTUYN

Westerwelle i Möllemann popatrują bez zahamowań na tendencje i nastroje w społeczeństwie, a politolodzy szacują, że 10-15 proc. Niemców to zwolennicy poglądów prawicowo-populistycznych, które w Austrii głosi Jörg Haider, w Holandii zaś propagował Pim Fortuyn. W takim to mętnym socjologicznym bajorku FDP próbuje łowić głosy. Nie gdzie indziej, ale na łamach „Neues Deutschland” – kiedyś organu partii komunistycznej w NRD – Möllemann nazwał sukcesy europejskich populistów „falą budzącej się samoświadomości” i „emancypacją demokratów”. I szybko został pochwalony – przez Haidera.
Na razie sondaże zdają się potwierdzać takie kalkulacje: poparcie dla liberałów wzrosło ostatnio, sięgając wedle niektórych badań 13 proc. W Republice Federalnej mieszka 800 tys. uprawnionych do głosowania Niemców pochodzenia arabskiego, ale tylko 80 tys. Niemców pochodzenia żydowskiego. Głosów arabskich FDP może być pewna, ale Möllemann chce więcej: próbuje dotrzeć nie tylko do wyborców z marginesu „prawego”, sympatyzujących ze skrajną prawicą, ale też do marginesu „lewego”, głosującego na postkomunistów z PDS, a przede wszystkim do „milczącej większości” w centrum. Po awanturze z Friedmanem Möllemann ogłosił z dumą, że otrzymał ponad 25 tys. e-maili z poparciem, pisanych głównie przez ludzi z „mieszczańskiego centrum”, którzy dziękowali mu, że nareszcie nazwał otwarcie to, co wielu myśli po cichu, ale czego woli nie mówić publicznie. Ponad jedna czwarta wyborców – wynika z sondażu telewizji ZDF – uważa zarzuty Möllemanna wobec Friedmana za uzasadnione: 28 proc. zgodziło się, że to Żyd Friedman jest winny narastającemu antysemityzmowi. 
Minęło trochę czasu, zanim nowy styl polityczny FDP spotkał się z protestem. Przez kilka tygodni Centralna Rada Żydów niemal samotnie spierała się z Möllemannem. W końcu kanclerz Schröder wyraził troskę o wizerunek Niemiec, a kandydat chadecji (CDU/CSU) na kanclerza Edmund Stoiber skarcił „zabawę z ogniem antysemityzmu, motywowaną taktyką wyborczą” jako głęboko nieodpowiedzialną. Także wielu starszych polityków FDP, jak Hans-Dietrich Genscher, zdystansowało się ostro od Möllemanna. W specjalnym oświadczeniu władze FDP wyraziły ubolewanie, że wypowiedzi Möllemanna doprowadziły do „nieporozumień”. On sam przeprosił w końcu niemieckich Żydów (zaznaczając: „jeśli ich uraziłem”), wyłączając jednak z przeprosin Friedmana.

WALSER I REICH-RANICKI

Jeden spór jeszcze nie ucichł, a już wybuchł kolejny. Tym razem chodzi o literaturę. Albo o to, co niektórzy za takową uważają. Pisarz Martin Walser, który niedawno na zaproszenie Schrödera debatował z kanclerzem o patriotyzmie – nazywając przy okazji traktat wersalski przyczyną Hitlera i Auschwitz – napisał nową powieść, zatytułowaną „Śmierć krytyka”. Zwykle powieści Walsera, nim trafiły do księgarń, drukowane były we fragmentach w renomowanym dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Tym razem jednak dziennik odmówił wydawnictwu, decyzję uzasadniając tym, że książka jest „dokumentem nienawiści” jej autora, a do tego nasycona jest podskórnym antysemityzmem.
Osią książki (ukaże się ona za kilka tygodni) jest morderstwo, popełnione na słynnym krytyku literackim; mord, którego – jak się potem okazuje – nie było. To powieść z kluczem: osobisty rozrachunek Walsera z Marcelem Reich-Ranickim, „papieżem krytyki literackiej” w Niemczech, który w książce występuje – jako postać odrażająca, chciwa i żądna władzy, czerpiąca siłę intelektualną z innych – pod nazwiskiem Andre Ehrl-König i tylko udaje nieżywego, by zabawiać się z kochanką. 
Reich-Ranicki i jego żona ledwie uszli z życiem z warszawskiego getta. Dlatego wydawca „Frankfurter Allgemeine”, odmawiając publikacji, zwrócił się do autora z listem otwartym: „Czy rozumie Pan, że nie będziemy drukować powieści, która gra możliwością fikcyjnego nadrobienia tamtego mordu? Czy rozumie Pan, że nie otworzymy naszych łamów na uporczywie powracającą w tej książce tezę, że wieczny Żyd jest rzekomo nietykalny?”. Walser nie zrozumiał i zamierza złożyć pozew przeciw gazecie.
W przypadku takich mało apetycznych dysput na pozór chodzi o głosy albo o kłótnie literatów. W istocie ich przedmiotem jest także – znowu – historia i właściwy kształt pamięci o niej. Dotąd historyczna odpowiedzialność Niemiec za Izrael i obywateli Niemiec pochodzenia żydowskiego uchodziły za rację stanu. Teraz, stopniowo, wielu Niemcom zdaje się coraz bardziej ciążyć taki nadmiar „politycznej poprawności”. Być może ta racja stanu w międzyczasie skostniała, stając się pustym rytuałem. Być może nie udało się przekonująco przekazać dorastającemu pokoleniu historycznej odpowiedzialności, jaką niosą Niemcy. 
Według badania przeprowadzonego przez uniwersytet w Essen, na które dotąd mało kto zwrócił uwagę, 36 proc. zapytanych studentów – nie ludzi starszych, nie „wczorajszych”, ale przedstawicieli przyszłych elit – zakwestionowało niemiecką winę za Holocaust. Tyle samo uznało, że Żydzi czerpią korzyści ekonomiczne z Holocaustu. Jak podkreśla przy każdej nadarzającej się okazji kanclerz Schröder, Niemcy są już „normalnym krajem” – włącznie z Möllemannem, Walserem i tymi studentami.


Przełożył Wojciech Pięciak 


Joachim Trenkner (ur. 1935) – były reporter tygodnika „Newsweek” i korespondent berlińskiej telewizji publicznej SFB w Europie Wschodniej (w l. 90. zastępca jej redaktora naczelnego). Obecnie publicysta, stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl