Nowe polskie tłumaczenie dokumentów Soboru Watykańskiego II


Wierne i piękne?

Artur Sporniak




Każdy tłumacz jest zdrajcą” – powiadał św. Hieronim. Wiedział, co mówi, gdyż sam w IV wieku przetłumaczył całą Biblię na łacinę. Można tylko sobie wyobrazić przed jakimi dylematami stawał, dzisiaj nad tłumaczeniami Biblii pracują całe zespoły specjalistów. Jego praca jednak na tyle była owocna, że Sobór Trydencki w 1546 roku uznał wulgatę za oficjalne tłumaczenie. Surowe dictum pierwszego kanonizowanego Tłumacza przypomniał abp Henryk Muszyński podczas zorganizowanej przez KAI 12 czerwca w Warszawie prezentacji nowego polskiego tłumaczenia dokumentów Soboru Watykańskiego II. Nie po to wszakże, by zdyskredytować kilkuletnią pracę zespołu, którą z ramienia Episkopatu nadzorował jako przewodniczący Komisji Nauki Wiary, lecz by ukazać problemy, z jakimi zaangażowani specjaliści musieli się zmagać. 
Naczelny problem to odwieczny dylemat tłumaczy: wierne, ale brzydkie albo piękne, lecz odbiegające od oryginału. W przypadku soborowych dokumentów dochodzi jeszcze trzecie ważne kryterium: teologicznie poprawne. Taki potrójny cel postawili przed sobą członkowie kilkudziesięcioosobowego zespołu filologów, tłumaczy i teologów, rekrutującego się z prawie wszystkich katolickich ośrodków akademickich w Polsce. Czy cel osiągnięto?
Pierwsze, pochodzące z 1967 roku tłumaczenie charakteryzowało się dostojeństwem właściwym łacińskiemu oryginałowi, na co zwrócił uwagę bp Marek Jędraszewski, przewodniczący komisji, czuwającej nad teologiczną poprawnością nowego tłumaczenia. Unikano języka współczesnego. Był to świadomy wybór, dyktowany okolicznościami. Jak ujawnił obecny dyrektor wydawnictwa Pallottinum, a ówczesny jego pracownik – ks. Stanisław Dusza, łatwiej było uzyskać zgodę władz na publikację używającą nieco „archaicznego” języka, stwarzającego wrażenie „oderwania” od ówczesnej rzeczywistości. Zastosowano też inny „chwyt” – dokumenty ukazały się wcześniej w emigracyjnym wydawnictwie „Editions du Dialogue”, aby postawić władze przed faktem dokonanym. Działania te okazały się skuteczne, kosztem jednak czytelników.
Obecne tłumaczenie wolne było od takich zewnętrznych, niesprzyjających okoliczności. Dlatego pracujący nad nim zespół postanowił użyć języka współczesnego i uwzględnić także rozwój teologii. Stąd „świecki” zamiast „laik”, „misja”, „posługa” zamiast „urząd”, „muzułmanie” zamiast „mahometanie”, „misterium Kościoła” zamiast „tajemnica Kościoła”, „kształtowanie opinii publicznej” zamiast jej „urabianie”, „bracia, którzy nie żyją w pełnej łączności ze sobą” zamiast „bracia nie żyjący w pełnym zespoleniu”, „sprawować” zamiast „odprawiać” liturgię, „Pascha” zamiast „Wielkanoc” i – co, jak powiedział bp Jędraszewski, „szczególnie wyraża ducha posoborowego” – „dzieci Kościoła” zamiast „synowie Kościoła”.
O pierwszą recenzję pokusił się Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny miesięcznika „Więź” i współautor głośnej książki „Dzieci soboru zadają pytania”. Recenzent potwierdził trafność wymienionych wyżej zmian terminologicznych, a także bliższe oryginałowi tłumaczenie wielu fragmentów, m.in. „Dekret o formacji kapłańskiej” (nr 10) w starym tłumaczeniu zachęcał alumnów, by „uświadomili sobie wyższość dziewictwa poświęconego Chrystusowi” nad małżeństwem, w nowym – wzywa jedynie, by „dostrzegali wspaniałość” tegoż. Jak każda rzetelna recenzja, oprócz zasłużonych pochwał zawierała ona także uwagi krytyczne. Na przykład w niektórych miejscach brak spójności: bp Adam Lepa we wstępie do „Dekretu o środkach społecznego przekazu” nadal pisze o „urabianiu opinii publicznej” (być może z powodu pośpiechu: bp Lepa zastąpił zmarłego tragicznie biskupa Chrapka, który pierwotnie miał ten wstęp napisać). Żal także tych sformułowań, które – często cytowane – przyjęły się już w powszechnym użyciu. Na przykład piękne sformułowanie z „Deklaracji o wolności religijnej”, że „prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy, która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie”, zostało zmienione na: „prawda narzuca się sumieniu tylko siłą siebie samej i ogarnia umysły łagodnie, a zarazem zdecydowanie”. Niekiedy można odnieść wrażenie, iż w starym tłumaczeniu posługiwano się językiem bardziej poprawnie, np.: w nowym tłumaczeniu prawo do wolności religijnej „trwa nadal także w tych, którzy nie wypełniają obowiązku poszukania prawdy i przylgnięcia do niej”, w starym zaś: prawo to „przysługuje trwale również tym, którzy...”. Nosowski zwrócił także uwagę, że nie wykorzystano okazji i opracowanie wstępów znów powierzono księżom i biskupom, choć ważnym soborowym wezwaniem było otwarcie Kościoła na świeckich. „Aż się prosiło, by wstęp do »Dekretu o przystosowanej do współczesności odnowie życia zakonnego« napisała... zakonnica” – dodał redaktor „Więzi”. 
Językowym rygorystom pozostaje sugestia, którą sformułował na koniec abp Muszyński. Przyznał on, że nigdy nie korzystał ze starego tłumaczenia i zapowiedział, że nie będzie korzystać z nowego, gdyż zawsze sięga do łacińskiego oryginału. Ale i to proste (dla uzdolnionych językowo) rozwiązanie ma wady. Łacina od dawna jest językiem martwym. Każdy więc, kto próbuje opisać współczesny świat i jego problemy w tym języku, skazany jest albo na zawiłe przedstawianie znaczeń wyrazów języków nowożytnych, albo na wprowadzanie sztucznych łacińskich neologizmów. Przykładem choćby współczesne słowo „strajk” przez łacinę oddane jako „przerwanie pracy”. Bp Jędraszewski zażartował, iż podobnie „opisowo” o sierpniowych strajkach mówiły ówczesne władze.
Ze względu na ten problem coraz częściej ważne dokumenty kościelne publikuje się oficjalnie po włosku. Być może więc dobra rada dla tych, którzy chcą dokładnie rozumieć język Kościoła, powinna brzmieć: uczmy się włoskiego! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl