Przegląd prasy

Polak a Polka



Polska jest jedynym spośród krajów postkomunistycznych, gdzie po zmianie ustroju znacząco wzrosły nierówności związane z płcią – pisze w RES PUBLICE NOWEJ (6) prof. Henryk Domański z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.
Główną areną powstawania nierówności społecznych jest dziś rynek pracy, a zwłaszcza podziały zawodowe przejawiające się w różnicy zarobków i zajmowanych stanowisk. Mężczyźni pracują w lepiej wynagradzanych segmentach rynku pracy, kobiety w gorszych, oferujących mniejsze korzyści finansowe i możliwości awansu. Tego rodzaju segregacja zawodowa jest uniwersalnym zjawiskiem, lecz w Polsce przybrała nieco inny kształt niż na zachodzie Europy. Owszem: kobiety – jak w innych krajach – dominowały w kategorii pracowników biurowych, a mężczyźni przeważali wśród właścicieli firm i robotników. Jest jednak i ważna różnica w postaci przewagi kobiet nad mężczyznami w kategorii kierowników najwyższego szczebla i inteligencji. W 2000 r. stanowiska te zajmowało 8,9 proc. mężczyzn i 10,9 proc. kobiet. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że w Polsce zawody uznawane za inteligenckie zajmują relatywnie niższą pozycję na rynku pracy w porównaniu z pozycją wysokiej klasy specjalistów – są więc oceniane jako mniej atrakcyjny cel zrobienia kariery. Co ciekawe: aby w pełni zrównać udział obu płci w poszczególnych grupach zawodowych należałoby w Polsce „przesunąć” do innych kategorii 37,1 proc. kobiet (przykładowo: na Węgrzech – 40,9 proc., ale w Rumunii już tylko 31,4 proc. a w Rosji ledwie 24,2 proc.).
Najbardziej wymiernym wskaźnikiem nierówności związanych z płcią są – też występujące wszędzie – wyższe zarobki mężczyzn. Więcej: wszędzie nierówności te są względnie trwałe i oscylują w granicach 25-30 proc. (średnia dochodów kobiet wynosi 70-75 proc. dochodów mężczyzn). Można było oczekiwać, że po zmianie ustroju kapitalistyczny rynek pracy zaostrzy rywalizację w dostępie do dobrze opłacanych stanowisk i pogorszy sytuację kobiet, które mają słabszą siłę rynkową. Stało się jednak na odwrót: o ile w 1982 r. średnia zarobków kobiet wynosiła 47,2 proc. zarobków mężczyzn, a w 1987 roku dystans ten wzrósł do 40,8 proc., to po przełomie 1989 r. ulega on systematycznemu zmniejszeniu. W 1992 r. wynagrodzenia kobiet kształtowały się już na poziomie 52,3 proc. zarobków mężczyzn, dochodząc w 1999 r. do 69,4 proc. Przyczyną może być negatywna selekcja wśród kobiet, czyli ich większy odpływ z rynku pracy w wyniku bezrobocia i wymagań stawianych przez pracodawców. Odpływ „gorszych” mężczyzn spowodowany bezrobociem mógł być mniejszy, a w efekcie na rynku pracy pozostały kobiety o wyższych kwalifikacjach, lepiej dostosowane do nowych warunków i wykonujące lepiej płatne zawody. To dzięki temu średnia dla tej kategorii rosła. Tyle, że jeśli zmniejszenie się dysproporcji było faktycznie rezultatem selekcji negatywnej, to za pozorami korzystnej odmiany kryją się nowe mechanizmy nierówności. Po prostu: mechanizm negatywnej selekcji dotyka w większym stopniu kobiety niż mężczyzn. 
Znamienne są też ustalenia dotyczące barier, na które w karierze natrafiają kobiety. Oto spośród państw postkomunistycznych po zmianie ustroju tylko w Czechach można mówić o otwarciu się szans na kierowniczy awans dla kobiet. W 1983 r. przewaga mężczyzn wśród kierowników wyższego szczebla kształtowała się tam w stosunku 4,7 do 1, zaś w 1994 r. na kierownika kobietę przypadało już „tylko” 3,4 mężczyzn. W Bułgarii, na Węgrzech i w Rosji nie było większych zmian, natomiast najmniej korzystnie kształtowały się szanse takiego awansu dla kobiet w Polsce. O ile pod koniec PRL zarysowała się tendencja do wyrównania szans: w 1983 r. mężczyźni zajmowali stanowiska kierownicze 3,3 razy częściej niż kobiety, a w 1988 roku – 2,6 razy częściej, to w latach 90. nierówności te ponownie wzrosły: w 1994 r. mężczyźni zajmowali wysokie stanowiska 3,9 razy częściej od kobiet. Najwidoczniej pojawiły się nowe bariery w rekrutacji wyższych kadr. A jako że cechą nowoczesnego menedżera jest bezgraniczne zaangażowanie się w sprawy firmy i całkowite poświęcenie się pracy, to niewykluczone, że stereotypizacja tych ról eliminuje kobiety i już na starcie daje przewagę mężczyznom.
Ważny jest wreszcie fakt, że w Polsce kobieta ma 2,27 razy więcej szans na znalezienie się w kategorii ludzi ubogich niż mężczyzna. Na każdych 100 członków potencjalnej underclass przypada 69,5 proc kobiet i 30,5 proc. mężczyzn. Lepsze wskaźniki notuje się nawet w Rosji (szanse te kształtują się jak 1,93 do 1) i w Rumunii (1,77 do 1). A na Węgrzech, w Bułgarii i Słowacji feminizacja biedy jest zjawiskiem marginalnym. 


KB

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl