A mój syn


Jak napisałem felieton 

JACEK PODSIADŁO



A mój syn co jakiś czas namawia mnie na kupno zwierzęcia. Psa. Żółwia. Rybki. Ocelota. Do tej pory wymawiałem się mieszkaniem na dziewiątym piętrze („Masz pojęcie, jak długo byśmy szli z żółwiem, gdyby zepsuła się winda?”), teraz mam inną odpowiedź: „Przecież mamy jaskółki”.
Mamy jaskółki. A oto, jak do tego doszło. Wracam do dom po dłuższej nieobecności, a nad tym oknem, na które sąsiad zrzucał mi środki zapobiegawcze, co to już kiedyś pisałem, jaskółki ukleiły sobie gniazdko z błota i śmieci. Na szczęście na zewnątrz. A mogły w środku, bo oczywiście zapomniałem zamknąć drzwi na balkon. Co prawda człowieka, który widział czynne jaskółcze gniazdo w lokalu gastronomicznym na Ukrainie, nic już nie zaskoczy, ale ptaszyska w domu to jednak pewien kłopot. A tak to można sobie patrzeć przez szybę, jak pan jaskółka trochę podobny do Zdzisława Jaskuły, cały dzień polatuje z robalami w dziobie. Miło tak sobie patrzeć z bliska na ptasie życie. Pani jaskółkowa też czasem wystawi łepek i zerka przez szybę, jak tam idą mundialowe zmagania na ekranie telewizora. I tak sobie żyjemy. W sąsiedzkiej zgodzie. O osranie okna nie mam żalu. 
Na marginesie: jeśli grzebiąca w moich tekstach Niewidzialna Ręka „Tygodnika” zamieni mi „O osranie okna” na „O o... okna”, Czytelnicy mogą pomyśleć, że chodzi o ocieplenie okna i będę musiał wrócić do techniki anagramowej komunikacji międzyludzkiej.
No i tak. Na przykład teraz: piszę sobie felietonik, podglądam jaskółki, słucham deszczu i Patti Smith, jaram szlugi, fajnie jest. Niby jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale od razu przypominam sobie wiejskie zabudowania oblepione takimi gniazdami, wtedy przypomina mi się też, jak pachnie maciejka i jak ryczy krowa, kumkanie żab, ptasie trele i inne sonoryczne delikatesy. No i zmieniam Patti Smith na płytę Słomy, a ten domorosły muzykant (i właściciel firmy „Domy z Drewna”) śpiewa tam właśnie piosenkę „Dom”, też na tle chóru ptaków i żab: „Ważny w życiu krok, dom, z drzewa dom – zbudowałem”. Też bym chciał mieszkać w drewnianym domu. Ale i tak nie jest źle, na razie spłodziłem syna i posadziłem drzewo na poznańskim „Rozbracie”, to już coś. No i mam jaskółki.
No i słucham sobie, a jak mi się znudzi, to włączam telewizor, żeby obejrzeć zmagania, a tymczasem felieton sam mi się pisze, jaskółczęta wcinają glizdę, a w przerwie zmagań leci reklama totolotka: normalna baba z normalnym chłopem siedzą przed wiejską chałupą, pieją koguty i inne takie, oni nic nie robią, siedzą sobie tylko i myślą, klimat jak z tryptyku „Cztery pory roku” – „Wrzeciono czasu” – „Słoneczny zegar” Andrzeja Kondratiuka. Ale nagle się okazuje, że im źle, że myślą o tym, że chcieliby mieć dom, i już grają w totolotka, i już obraz z czarno-białego robi się kolorowy, a oni, ubrani jak debile, wpadają do jakiejś nowobogackiej meliny z podłogą z płytek i sraczem z marmuru, i on bierze ją na ręce i kręcą się z radości, że są ubrani jak debile i już nie mieszkają jak normalni ludzie w normalnym domu, tylko mają swój arcybunkier z autoalarmami zamiast koguta, żab i jaskółek, i zaraz rzucą się z tego szczęścia na łoże boleści z obiciem ze skaju albo skóry ocelota i już, koniec reklamy, koniec felietonu.
Na drugim marginesie: lubię ocelota, bo mi się kojarzy z Obroną Cywilną z LOT-em. A to moje drzewo na „Rozbracie” to podobno zwiędło, bo alternatywna młodzież wciąż załatwiała pod nim w alternatywny sposób wspólne wszystkiemu rodzajowi ludzkiemu potrzeby. 

Jacek Podsiadło
podsiadlo@atol.com.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl