Wilamowice: jedyna osada „mniejszości wilamowskiej”


Zaklaszczcie na naszym pogrzebie

Artur Pałyga



„Polacy zniszczyli tę kulturę” – mówi cicho starsza kobieta w kolorowej chustce. Gra kapela, smażą się kiełbaski. W Wilamowicach święto. Na estradzie wilamowskie tańce. Kobiety w ludowych strojach mówią do kamer po wilamowsku. Ale to pozory. „To folklor. Nie ma już Wilamowic” – szepce Wilamowianka, nim zniknie w tłumie.



W trzytysięcznych Wilamowicach w Kotlinie Oświęcimskiej pada; na masztach mokną flagi. Przyjechały grupy z zaprzyjaźnionych krajów. Przyszli mieszkańcy okolicznych wsi. Orkiestry sprawdzają instrumenty, dopinają mundury. Rynek zapełnia się (przy rynku ochronka, założona przed laty przez błogosławionego Józefa Bilczewskiego). Na razie jest cicho. Słychać, jak otwierają się parasole.

„OF JER WEŁT”

– Nie jesteśmy Polakami, nie jesteśmy Niemcami, jesteśmy Wilamowianami – zaznacza Barbara Tomanek. Mówi po wilamowsku i nie wiadomo, jak to zapisać, bo język ten prawie nie istnieje w formie pisanej. „Pöła” – zapisuje Tomanek słowo „Polacy”. – Może tak – zastanawia się. Za to „Wymysejer Łojt” znaczy: Wilamowianie. Twierdzą, że przyszli z Flandrii 750 lat temu.
– Przecież nie wymyślili sobie tego. Dlaczego mieli wymyślać tę Flandrię? – pyta Aleksander Nowak, Wilamowianin i badacz tutejszej kultury. Podkreśla, że nigdy, mimo korzyści, jakie mogły się z tym wiązać, Wilamowianie nie dali sobie wmówić, że są Niemcami. Ale z powodu utożsamienia ich z Niemcami zaczęło się ich umieranie.
Florian Biesik, autor jedynego znanego dzieła w języku wilamowskim pod tytułem „Of jer wełt” (Na tamtym świecie), napisanego na wzór „Boskiej Komedii”, grozi potępieniem tym, którzy Wilamowianom wmawiają niemieckość.
– W 1941 r. Niemcy zaczęli przymuszać nas, żeby podpisywać volkslisty – opowiada Tomanek. – Mówili: „Babka, podpisz się”. Jeden taki chodził po okolicy i straszył, że jak ktoś nie podpisze, wywiozą go. I paru wywieźli na zastraszenie. Matki, co słowa po niemiecku nie umiały, podpisywały. Potem chłopcy musieli iść do wojska. Teścia wzięli, choć nie znał niemieckiego.
Okupanci zwołali Wilamowian i powiedzieli, że mają się uczyć niemieckiego. Robiono kursy. Ale chłopcy ukrywali się, by nie ubrano ich w hitlerowskie mundury. – W lasach się chowali, stodołach – wspomina Tomanek. – W szopie dla królików u mojej ciotki. Jeden zamieszkał w kupie cegieł na polu. Niejaki Zejma miał restaurację i na dole siedzieli u niego Niemcy, a na górze chłopy się chowały. Część potem wychwycili, bo obławy robili. Na tego, co siedział w cegłach, P. doniosła i trafił do obozu.
Niektórzy odstrzeliwali sobie dłonie, by nie iść na front. – Potem do Wilamowic przyszedł nakaz, że mamy iść do okolicznych wsi, wysiedlać Polaków. Nikt nie poszedł – mówi Rozalia Hanusz, jedna z tych starszych osób, które zwykle woła się do dziennikarzy, aby powiedziały coś po wilamowsku.
– Powiedzieli Wilamowianom, że jak chcą, to mogą sobie brać majątki wokoło. A oni, że nie, że jak się wojna skończy – podkreśla Barbara Tomanek.
Potem usłyszeli, że jako volksdeutsche mogą brać Polaków do pracy. Gdy młodych z sąsiednich Hecznarowic, Starej Wsi czy Dankowic hitlerowcy wywozili na przymusowe roboty, rodzice zaczęli przychodzić do Wilamowic, by ich dzieci tu zapisać na roboty. Tomanek: – Przyszedł Kolonko ze Starej Wsi. Miał czterech synów. I mówi: „Zapiszcież mi jednego”. Kobieta poszła, powiedziała Niemcom, że potrzebuje i zapisała go. Potem przyszli następni.
– U nas było trzech Polaków zarejestrowanych, żeby ich nie wywieźli do Niemiec – dodaje Rozalia Hanusz.

HISTORIE TYPOWE

Michał Fox był synem piekarza, jednym z trzech braci. Piekarnia była na rynku w Wilamowicach. Michał został nauczycielem. Kiedy hitlerowcy przyszli po niego i brata, odwiedzał akurat dziewczynę w Zasolu Bielańskim – i tam już ukrywał się przez całą wojnę. Brat, który akurat był w domu, zginął w obozie. Mimo to – a może dlatego, przecież miała jeszcze dwóch synów – w 1941 r. matka podpisała volkslistę. Trzeci syn trafił więc do Wehrmachtu, na front zachodni. I przy najbliższej okazji, gdy zobaczył francuskich żołnierzy, poddał się. Tymczasem Michał, który ukrywał się przed Niemcami, w 1945 r. poszedł do nowych władz pytać o pracę. Aresztowany i wywieziony na Syberię, już nie wrócił.
Typowa wilamowska historia.
– Przeszło 60 mężczyzn i dwie kobiety tuż po wojnie wywieziono na Ural. Inne kobiety wzięli do Bielska, do więzienia Urzędu Bezpieczeństwa. Gnali ludzi z Wilamowic do Oświęcimia. Mówili: „Pójdziecie do komina” – opowiada Barbara Tomanek. Niektórych zamknięto też w obozie w Jaworznie. Pozostałym kazano się wynosić. Nowe władze wydały zakaz posługiwania się językiem wilamowskim i ubierania strojów. Także ksiądz ogłosił w kościele, że zabrania się wszystkiego, co wilamowskie. 
„Polska Ludowa” postanowiła zniszczyć wilamowską kulturę. – To nie Rosjanie robili, ale Polacy. Absurdalne mówić, że komuniści. To byli sąsiedzi – mówi Tomanek.
– Ubierali biało-czerwoną opaskę, przychodzili i dawali 15 minut na spakowanie się – opowiada Aleksander Nowak. – Wybierali lepsze domy, w których było co ukraść, takie jak nasz, porządne i murowane. Mieliśmy ładne obrazy, porządne meble. Jak nie było czym palić, spalili obrazy, potem meble, potem spalili drzewa z ogrodu. W 1956 r. pozwolili nam wrócić do domu, tylko że nie było do czego. Ale wróciliśmy.
Niemieccy mieszkańcy pobliskich Kóz, Bielska, Hałcnowa jeszcze przed wejściem Rosjan w 1945 r. uciekali na Zachód. A Wilamowianie nie, bo nic ich z Niemcami nie łączyło. Nie wyjechali również, gdy sąsiedzi wyrzucili ich z domów. Mieszkali kątem, gnietli się u tych, których nie wysiedlono, u tych z gorszych gospodarstw.
– Kiedy kobiety szły do kościoła, jak zawsze w strojach wilamowskich, to z nich zdzierali te stroje i deptali – mówi Tomanek. – Od tego czasu wilamowska kultura zaczęła umierać.
– Wszędzie strojów szukali. Żeby zniszczyć albo zabrać – dodaje Hanusz.
A strój był inny na wesele, inny na post, inny na adwent. Najbardziej wystawne stroje ubierano w Boże Ciało i na wesele. Gorset błyszczał złotem, spódnice obszywane złotymi koronkami. Na szyi prawdziwe korale. – Kiedyś przyszła pani z muzeum z Bielska i przyniosła nasze stroje, żeby popytać, jak się co po wilamowsku nazywa. I ja się ją pytam: „A skąd muzeum ma te ubrania?”. A ona, że z Pisarzowic im sprzedali. Nasi sąsiedzi... – opowiada Rozalia Hanusz.
Jej ojca wieziono na Syberię jako żołnierza AK. W drodze się pochorował. – Wrócili go do Wadowic, a potem się okazało, że w Wadowicach siedzi, jako Niemiec. Takie to było pogmatwane – mówi pani Rozalia.
Ratunkiem dla Wilamowian bywały małżeństwa mieszane. – Niektórzy podsuwali córki milicjantom, chłopakom z sąsiednich wsi. Żenili ich i ratowali majątki – wspomina Barbara Tomanek. – A inni po 1956 roku mogli sobie... odkupić swoje gospodarstwa.

„A WELMASSAJER AI BERLIN”

– Z ostatnich badań jednoznacznie wynika, że język wilamowski to po prostu staroniemiecki, tylko trochę zmieniony. Nie żaden flamandzki – mówi z uśmiechem Marian Trela, burmistrz Wilamowic, który jest mieszkańcem sąsiednich Pisarzowic.
– Ludzie sobie wyobrażają, że oni wsiedli na wóz i przyjechali tu prosto z Flandrii. A przecież oni mogli wędrować przez 200 lat. Nie spieszyło im się – tłumaczy Aleksander Nowak. Snuje hipotezę, że flamandzcy przodkowie Wilamowian pochodzili z terenów zabranych przez powódź. Na jakiś, zapewne niekrótki czas osiedlili się wśród Niemców. Stąd język wilamowski przypomina staroniemiecki. Potem przyszli tutaj, zasiedlić wyrżnięte przez Tatarów wioski. Po drodze przyłączyli się Szkoci.
– Wojny się kończyły, najemne wojska szkockie rozpuszczano i żołnierze przyłączali się do takich grup, gdzie byli przydatni jako obrońcy – snuje przypuszczenia Nowak. Stąd, dowodzi, powtarza się w Wilamowicach (po wilamowsku nazwa miejscowości brzmi: Wymysau) nazwisko Fox.
– Fascynuje mnie, jak to się stało, że przez tyle wieków potomkowie tych osadników zachowują swą odrębność, język i zwyczaje – mówi Barbara Tomanek.
Bo historia Wilamowic sięga roku 1250: wtedy tutejszą ziemię nadano „zasadź-
cy” imieniem Wilhelm, przywódcy grupy osadników z Niemiec i obecnej Holandii. Od XIII w. region był pod zwierzchnictwem Czech, związany politycznie ze Śląskiem Cieszyńskim. W czasach reformacji Wilamowice były ośrodkiem kalwinizmu (do 1626 r.), a w Polsce znalazły się znowu po 1918 r.
Pobliska Stara Wieś, w której byli ci sami osadnicy, dawno się zasymilowała.
– Ci ludzie byli bardziej gospodarni niż reszta okolicy – opowiada Kazimierz Danek, rzeźbiarz, zwany tu wilamowskim Witem Stwoszem. – I wcześnie uwolnili się z poddaństwa. Dookoła były dwory, wsie parobków. A tu mieszkali ludzie wolni.
Wilamowianie wykupili się z poddaństwa 3 kwietnia 1808 r.. Miejscowość rozkwitła. Wolni, rozjechali się po świecie, handlując m.in. wyrobami tkackimi (to, jak twierdzą, również mają po Flamandach) po Wiedniu, Trieście, Hamburgu. W 1818 r. uzyskali prawa miejskie i zezwolenie na organizowanie targów. Wytyczono teren pod rynek i ratusz, każdy gospodarz dołożył kawałek ziemi lub pieniądze na budowę. W 1870 r. powstał ratusz, później rynek.
– Mieszkańcy sąsiednich wsi patrzyli na to z zawiścią – domyśla się Danek.
– Kapustą handlowali. Przecież to jest znane, że Wilamowianie na kapuście się dorabiali – uśmiecha się burmistrz Trela.
Wśród różnych teorii o pochodzeniu Wilamowian jest i taka, że wywodzą się z Anglii. Opublikowany w 1864 r. wiersz „A Welmassajer ai Berlin” (Wilamowianin w Berlinie) opowiada, jak berlińczycy nie mogli zrozumieć wilamowskiej mowy i nic w tym dziwnego, bo przecież Wilamowianin pochodzi z Anglii. Nawet tu widać opór mieszkańców przed utożsamianiem ich z Niemcami.

ZANIM PRZYSZLI NIEMCY

Bogaci Wilamowianie dbali o kształcenie dzieci. Preferowano zawody księdza i lekarza. Późniejszy arcybiskup lwowski i błogosławiony Józef Bilczewski najpierw miał zostać lekarzem, potem trafił jednak do seminarium. – On się wtedy nazywał Biba, a nie Bilczewski – mówi Barbara Tomanek, która (jak wielu tutaj) jest spokrewniona z arcybiskupem. W miejscowości, gdzie przez stulecia brano śluby między sobą, niechętnie przyjmując do rodziny obcych, trudno uniknąć takich pokrewieństw. Tomanek: – Potem zmienił nazwisko, bo nie wypadało, żeby biskup nazywał się Biba.
W II Rzeczypospolitej chwalono się Wilamowianami, jako kolejną barwną mniejszością. Starosta z Białej, w której była siedziba powiatu, szczycił się Wilamowicami: wysłał ich nawet do Spały na ogólnopolskie dożynki, żeby prezydent zobaczył i zapamiętał bialski powiat.
A potem przyszli Niemcy. Jak wynika z materiałów Barbary Tomanek, hitlerowcy część wilamowskiej młodzieży oraz księdza i nauczycieli wywieźli na roboty, a studentów do obozu w Mauthausen. Potem dopiero niemieccy badacze zdecydowali, że Wilamowianie to „spolaczeni” Niemcy. – Jesteśmy z Flandrii – coraz ciszej powtarzali Wilamowianie, bo za takie stwierdzenie dostawało się od Niemca w pysk.
„Dodatkowe argumenty, których użyli Niemcy, z których najbardziej przekonywujący wybudowano w pobliskim Oświęcimiu, i który swoim słodkawym dymem docierającym aż do Wilamowic (...) sprawiły, że Wilamowianie szybko zmienili (przynajmniej oficjalnie) zdanie co do swego pochodzenia, a co, czego jeszcze wówczas nikt nie mógł przewidzieć, doprowadziło w konsekwencji do upadku, być może, najstarszej na ziemiach polskich (...) kultury osadniczej” – pisze w pracy o flamandzkich korzeniach Aleksander Nowak.

ZAMIERANIE

Choć po 1956 r. znów zaczęto mówić po wilamowsku, coś pękło. – Zaczęły się ożenki z ludźmi z zewnątrz. Poznałem Wilamowiankę i jeszcze w latach 60. miałem problemy z ożenkiem – wspomina Bolesław Nycz. – Chodziło też o geny. Jak długo można żenić się między sobą? A przed obcymi nie mówiono po wilamowsku. W domu mojej żony babcia zakazywała mówić przy mnie po wilamowsku, bo bym sobie pomyślał, że coś ukrywają.
– Nie było potrzeby uczenia się wilamowskiego, bo się nie przydawał – mówi Piotr Nycz, syn Bolesława, któremu dokucza poczucie wykorzenienia. 
– Kiedyś jak dziewczyna wchodziła do rodziny, musiała się nauczyć mówić po wilamowsku – mówi Barbara Tomanek. – Potem wszystko zaczęło się mieszać.
Tomanek jest nauczycielką i widzi po klasowym dzienniku, jak wskutek tego mieszania nikną tradycyjne nazwiska. Foxów, Danków, Zejmów, których kiedyś było tu mnóstwo, teraz można na palcach zliczyć. – Z językiem i nazwiskami znikną ostatnie ślady tej kultury – prorokuje.
Już ci, którzy urodzili się w czasie wojny, nie znają języka przodków. Najpierw był zakaz, potem nie było po co mówić po wilamowsku. Może trochę się wstydzili, może bali. Tomanek, Danek i Hanusz twierdzą, że przeżycia powojenne i nagonka na wilamowską kulturę zrodziły strach. Wielu do dziś boi się przyznać, że wrócili z Syberii.
– Jak język umiera, to i kultura umiera – zauważa Aleksander Nowak. Nie widzi możliwości odrodzenia języka: – Przecież nie będziemy się go uczyć, żeby tylko ze sobą rozmawiać.

COŚ SIĘ KOŃCZY, COŚ ZACZYNA

Wilamowski rynek zapełnił się. Na maszt wciągana jest flaga zjednoczonej Europy. Dzieci, nieco fałszując, śpiewają „Odę do radości” Schillera. 
„Śmiergusty” to obyczaj odwiedzania się w trzeci dzień wesela. Wilamowskie „Śmiergusty” to impreza, nawiązująca do tego zwyczaju. Miasteczko zaprasza na nią zespoły z różnych stron Europy.
Zespół „Wilamowianie” przedstawia zwyczaje i piosenki, co wywołuje powszechny aplauz. Konferansjer daje z siebie wszystko. Ostatnie osoby, które znają ten pradawny, tajemniczy język, stają na scenie. Sąsiedzi z okolicy klaszczą, słuchając pieśni. Prawie nikt ich już nie rozumie. 
Hussam Elhassan, Palestyńczyk, który studiował medycynę w Polsce, ożenił się z Wilamowianką i tutaj osiadł. Wilamowianie wybrali go do Rady Miasta. – To chyba najlepszy dowód na to, jak dobrze mnie przyjęto – mówi Elhassan.
Sulejman Kabaszi, Albańczyk z Kosowa, też ożenił się z Wilamowianką. Uciekł przed kosowską wojną, przed śmiercią. Ma już w Wilamowicach sporo przyjaciół. Żadnej wrogości, nic z tych rzeczy.
Europejska flaga powiewa nad głowami. Przestaje padać. Na scenie tańczą Foxowie, Zejmy i Danki. Przytupują. 
Oklaski.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl