Zmierzch Jedi i chipsy

Michał Nawrocki



Wyraźnie powtórzyć należy następujący truizm: „Gwiezdne wojny” George’a Lucasa to jedna z najciekawszych, najlepiej zrobionych i w ogóle najlepszych fantastycznych produkcji w historii kina. Ale równie wyraźnie należy powiedzieć i to: za sprawą kolejnych jej części (tzw. prequeli), produkcja ta zaczyna zamieniać się w koszmarek pokroju „Star Trek”. Albo w coś jeszcze gorszego.



Pierwsza część sagi, „Mroczne widmo”, jest filmem niezłym. Zgoda, nie jest to film aż tak dobry, jak twierdzą niektórzy, ale nie jest to również film aż tak zły, jak twierdzi wielu. Mimo licznych słabizn, płycizn oraz niejakiego Jar-Jar Binksa (wygenerowanego komputerowo stwora, który ma wprowadzać akcent humorystyczny), jest to film zrobiony nieźle. Dobro walczy ze Złem. Postacie są wiarygodne, intrygi przyszłego imperatora wciągają, młodociany Darth Vader jest złowieszczo milutki, akcja toczy się wartko. Bitwa z robotami to majstersztyk animacji komputerowej, a walkę na miecze laserowe rycerzy Jedi z lordem Darthem Maul (czarny charakter) zrobiono świetnie (mimo iż ów czarny charakter trochę przypomina pisankę wielkanocną). Krótko mówiąc: przyzwoity film.
Kolejna część miała być lepsza od poprzedniej. Nie jest. 

Nuda i irytacja

Mimo wysiłków scenarzystów, film nudzi. Obi-Wan Kenobi zapuszcza brodę. Anakin Skywalker ma lat naście i romansuje z byłą królową Amidalą. Senator Palpatine knuje. Armia klonów dojrzewa. A rycerze Jedi strzegą pokoju w galaktyce. Bez powodzenia.
Efekty specjalne są niezłe. Aczkolwiek – co zaskakujące – tchu w piersiach nie zapierają. Komputerowe animacje generowane są sprawnie i tylko tyle. Dziwne to, bo Lucas do niespodzianek przyzwyczaił. „Atak klonów” potwierdza tezę, że nieograniczone możliwości finansowe i takież możliwości techniczne, bez pomysłu, jak je wykorzystać, robią nikłe wrażenie i nużą. Nuży również wątek romansowy. Nuży mistrz Yoda prowadzący nieprawdopodobnie nadęte dialogi z mistrzem Windu. Dużo rzeczy nuży.

Film jako gra komputerowa 

Na przykład słabizny fabularne. Na przykład sekwencja, podczas której wszyscy rycerze Jedi spieszą na ratunek uwięzionym i skazanym na śmierć Kenobiemu, Anakinowi i Amidali. Czynią to z iście westernowym rozmachem, bez żadnego pomyślunku, mieczami laserowymi chlaszcząc ile wlezie stada komputerowo generowanych robotów. I wpadając w pułapkę, z której, gdyby nie zielony deus ex machina, nie wydostaliby się nigdy. Patrząc na to wszystko, widz przestaje się dziwić, że zakon rycerzy Jedi upadł i że diabli wzięli galaktyczną demokrację, której rycerze Jedi strzegli. Biorąc pod uwagę inteligencję, którą się popisują, dziwić zaiste zaczyna fakt, że stało się to tak późno.
Irytuje również fakt, że film wyprodukowany został tak, żeby bez trudu można go było przerobić na grę komputerową. Więcej: ten film w dużej mierze składa się z poszczególnych plansz gry. Jak dotąd gry próbowano dostosować do fabuły filmu, a tu jest odwrotnie. I to widać.
Jest jeszcze jedna rzecz, która irytuje – tylko już jakoś tak na smutno.

Yoda je chipsy 

Chodzi o komercję. O reklamy, w których mądry mistrz Yoda reklamuje chipsy. Niech Moc będzie z tobą. Moc chipsów niech z tobą będzie, młody Jedi. Niech będzie. 
Ktoś powie, że to głupie zarzuty. Może i głupie. Ktoś powie: czynnik zewnętrzny, prawa rynku, signum temporis. Można o tym zapomnieć, można nie zwracać uwagi. Pewnie można, ale bardzo trudno. Zwłaszcza, jeżeli jest się dzieckiem – a ten film adresowany jest do widza młodego. Bo w reklamowej hecy ginie to, co w gwiezdnej trylogii niezwykle ważne, jeśli nie najważniejsze. Ginie magia. I wiara – na przykład w to, że w walce Dobra ze Złem, Dobro jednak zwycięży.
Trochę żal dzieciaków, które opchane chipsami ten film oglądają. I to już nawet nie chodzi o chipsy. Chodzi o to, że strasznie trudno uwierzyć w Dobro, które chipsy reklamuje. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl