Czy do wypełnienia testamentu Brata Alberta wystarczy szyld z jego imieniem?


Rachunek sumienia

Jerzy Adam Marszałkowicz



Jeszcze w r. 1981 – roku „Solidarności” – powstało pierwsze stowarzyszenie dobroczynne na rzecz ludzi bezdomnych, mające kierować się ideą Brata Alberta.
Było nim Towarzystwo Pomocy im. Adama Chmielowskiego, gdyż wojewoda wrocławski nie zgodził się, aby w nazwie stowarzyszenia był Brat Albert, ale tylko jego rodowe nazwisko. Był to prawdziwy „koń trojański”, czyli wyłom wśród państwowych placówek społeczno-humanitarnych. Odtąd Towarzystwo zaczęło tworzyć schroniska Brata Alberta w całym kraju.
Od r. 1989 powstało w Polsce wiele organizacji, fundacji, stowarzyszeń i instytucji, zarówno kościelnych, katolickich czy też laickich noszących imię św. Brata Alberta, które organizowały różne placówki dla bezdomnych i ubogich, a więc przytuliska, noclegownie, kuchnie dla ubogich, domy samotnej matki, domy dla matek z dziećmi, domy dla upośledzonych umysłowo, hospicja itp. Czy jednak wszystkie te, z pewnością charytatywne placówki realizują w pełni ideę swego Patrona św. Brata Alberta?

Miłosierdzie i biurokracja

Ideą św. Brata Alberta było „miłosierdzie po katolicku pojęte” – jak napisał w „Przewodniku tercjarskim”. Tymczasem wiele z tych placówek kieruje się formalistyczną i biurokratyczną zasadą rejonizacji. „Kiedy magistrat postanowił ograniczyć prawo korzystania z przytuliska tylko do ubogich w Krakowie, Brat Albert sprzeciwił się temu z całą stanowczością twierdząc, że »Nikt na świecie nie może odmówić nędzarzowi, jakim by nie był, prawa do kawałka chleba i kąta do spania. Mniejsza o to, skąd pochodzi. Nie jest to już kwestia dobroczynności, lecz zwykłej sprawiedliwości«”.
Również bolesną sprawą jest to, że wiele z tych placówek stawia limity i ogranicza ilość miejsc dla podopiecznych, nie ustawia łóżek piętrowych ani nie rozkłada materaców, aby uzyskać więcej miejsc, nierzadko kierując się wygodnictwem lub obawiając się zbyt wielkich kosztów. Tymczasem Brat Albert mówił: „Istnieje minimum potrzeb ludzkich, których społeczeństwo nie ma prawa odmówić nędzarzowi, nie narażając się na poważne niebezpieczeństwo i znalezienie się pod pręgierzem. Nie jest to już sprawa miłosierdzia, ale sprawiedliwości i porządku”. Polecał również „każdemu głodnemu dać jeść, bezdomnemu miejsce a nagiemu odzież. Jak nie można dużo to mało”. Najbardziej znane jest powiedzenie Brata Alberta: „Powinno się być dobrym jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny”.
Jeszcze bardziej bolesną, a nawet hańbiącą jest rzeczą, że w niektórych placówkach szczycących się imieniem św. Brata Alberta z miejsca żąda się opłaty lub przynajmniej przyjmuje się tylko tych, którzy mają rentę lub zasiłek z opieki społecznej albo takich, którzy mają uprawnienia do pomocy z opieki społecznej. Tymczasem Brat Albert mówił wyraźnie, że jeżeli nie będziemy chcieli „żywić ubogich za darmo”, przestaniemy ufać Opatrzności Bożej. Opierał on swój system ekonomiczny na Opatrzności Bożej i nie zawiódł się. „Doznamy cudów Opatrzności Bożej, która czynić je będzie dla naszych ubogich przez nasze ręce”. „Czym bliższy był śmierci, tym większy kładł nacisk na obowiązek »świętego braku przezorności«, tym bardziej przestrzegał swoich synów i córki »przed pogańskim duchem«, odmierzającym miłosierdzie według środków, którymi rozporządza, a nie wedle potrzeb”.

Miłość bliźniego i ambicje

Trzeba się też zapytać, czy we wszystkich tych charytatywnych placówkach motorem działania jest nadprzyrodzona miłość Boga i bliźniego, czy też czasem ambitna chęć wybicia się albo chęć przypodobania się władzom, samorządom, opiece społecznej albo filantropijna reklamująca się aktywność? Ci, którzy podejmują się trudnej pracy wśród bezdomnych, powinni mieć silny charakter i odznaczać się poświęceniem. Brat Albert „rozumiał, że kto dla ludzkiej nędzy pracuje i z brudem się styka, musi być silny i czysty od wewnątrz. Braciom tłumaczył, że sam musi mieć silne ramiona i dobrze pływać, kto chce ratować tonącego”.
Czy w placówkach noszących imię św. Brata Alberta dba się nie tylko o prymitywne potrzeby życiowe podopiecznych, ale też o ich potrzeby psychiczne, duchowe i religijne? Czy w trosce o duchowe i religijne wydźwignięcie zaniedbanego człowieka nawiązuje się kontakt z parafią i duszpasterzami? Czy jest tam regularna wspólna modlitwa? Czy zachęca się do udziału we Mszy św., przynajmniej radiowej, jeżeli nie ma lepszej możliwości?
Czy prowadzący te placówki starają się zniżać i jednoczyć z podopiecznym po bratersku, czy też uważają się za wyższą klasę rządzącą podopiecznymi jak przedmiotami? Brat Albert mówił: „żeby podeprzeć kulawy stół, nie można go obciążać, pochylić się trzeba i z dołu podeprzeć. To samo jest z nędzą ludzką. Chcąc ratować nędzarzy, nie należy obarczać ich napomnieniami ani prawić morałów, będąc sam sytym i dobrze ubranym”. Mówił dalej: „nędzarza nie ratuje się wyłącznie chlebem. Ratuje się go dając mu chleb okraszony miłością. Brat Albert bezustannie powtarzał »jałmużna bez miłości gorzka jest, chleb nie ma smaku, pomoc najtroskliwsza przykra«”. „Te są przyczyny niepowodzenia dzieł dobroczynnych, choć rozporządzają znacznymi funduszami i nowoczesnym urządzeniem, jeśli miłości brakuje, wszystkiego nie dostaje”.

Przytuliska czy domy wczasowe?

Św. Brat Albert kładł nacisk na to, aby być wyrozumiałym, uwzględniając wszystkie okoliczności, gdy który z podopiecznych podpadnie. Mówił „bezwzględnym postępowaniem z ubogimi Pana Jezusa można obrazić”. Podobne ostrzeżenie przed zbytnią surowością znajduje się w pismach św. Franciszka z Asyżu. Wszystko to nie oznacza, aby być pobłażliwym wobec karygodnych wykroczeń i przestępstw i nie usuwać gorszycieli i tych, którzy bezczelnie zakłócają spokój niewinnych ludzi w danej placówce.
Wszystko to nie oznacza bynajmniej, że placówki noszące imię. św. Brata Alberta mają być domami wczasowymi, gdzie mieszkańcy nie są zobowiązani do żadnej pracy. Przeciwnie, Brat Albert mówił: „Jeżeli człowiek jest już poratowany, trzeba mu bezpośrednio otworzyć niejaką furtkę do wyjścia z nędzy, inaczej bowiem prawie nie warto go było ratować. Stać się to może tylko przez pracę”, „która nie tylko daje zarobek, ale przyczynia się do dowartościowania człowieka, do odbudowania jego godności ludzkiej, do jego uświęcenia”. Nie oznacza to również, że jeśli ktoś z podopiecznych ma rentę ZUS lub zasiłek z opieki społecznej nie musi opłacać pewnej kwoty na swoje utrzymanie.
Św. Brat Albert uważał, że jego przytuliska w miarę możności powinny pracą podopiecznych same się utrzymywać. Mówił „powinniśmy uciekać się do jałmużny i do publicznej miłości bliźniego tylko wówczas, gdy naszą pracą nie możemy zaspokoić naszych potrzeb i to ze względów od nas niezależnych”. Brat Albert krytykował bezrobocie, w ogromnej mierze produkujące ludzi bezdomnych. „Są bowiem – oświadcza on za największymi socjologami chrześcijańskimi – są bowiem rzeczy, których społeczeństwo nie ma prawa odmówić swym członkom, do nich należy praca, zapewniająca im schronienie i chleb powszedni. Jeśli społeczeństwo uchyla się od tego obowiązku, powinno go zastąpić miłością bliźniego. Jałmużna nie jest więc niezasłużonym luksusem, ale ostatecznością angażującą do radykalniejszych reform”. „Na dobitek Brat Albert przypomina swoim przeciwnikom, że »nauka katolicka pozwala kraść temu, kto bez własnej winy umiera z głodu«. »Odmawiając im tego, co się im należy, tworzycie złodziei i przyszłych podpalaczy«”.
Warto przytoczyć słowa Brata Alberta świadczące o tym, do jakiego stopnia był realistą „Człowiek, który dla jakichkolwiek powodów jest bez odzieży, bez dachu i kawałka chleba, może już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia, w tym bowiem nędznym stanie najczęściej do pracy nie jest zdolny, ani mu też łatwo pracy znaleźć przychodzi. Jeżeli więc nie ma w mieście dla poratowania takiego odpowiedniego zakładu, zostaje tylko do zastosowania względem nich działanie policji, sądów, więzień lub szpitala. Takie zaś zastosowania są na tyle fałszywe, na ile w skutkach ujemne”. Także inna realistyczna wypowiedź Brata Alberta warta jest rozważenia: „Za pewne też przyjąć trzeba, że pieniądze wydane w przytuliskach w dwójnasób oszczędza kraj na aresztach, więzieniach i szpitalach, ponieważ ubodzy tej kategorii, a więc bez chleba, odzieży i mieszkania, w zimie szczególniej tam tylko znajdują pomieszczenie, jeżeli nie są poratowani inaczej”.
Takie myśli, refleksje i zapytania rodzą się, gdy rozważa się, w jakim stopniu idea św. Brata Alberta jest urzeczywistniana w placówkach noszących Jego imię. Podobne zapytania można by skierować do innych placówek społecznych i dobroczynnych poświęconych św. Bratu Albertowi, pamiętając o tym, że „ośmielił się Brat Albert powiedzieć, że większość dzieł miłosierdzia to »bezczelne fałszowanie Ewangelii i bezwstydne oszustwo«”. 


Źródła
O. Władysław Kluz karmelita „Dobry
jak chleb – Św. Brat Albert – Adam Chmielowski”, Kraków 1999.
Julia Jordan „Miłość trzeba udowodnić”, Kraków 1999.
S. Assumpta Faron albertynka „Śladami Brata Alberta”, Kraków 1997.
S. Magdalena Kaczmarzyk albertynka „Trudna miłość”, Kraków 1990.
Marta Winowska „Sługa Boży Brat Albert (Adam Chmielowski)”, wydanie skryptowe.
Marta Winowska „Święty Brat Albert. Opowieść o człowieku, który wybrał większą wolność”, Kraków 1992.
Ks. Konstanty Michalski „Brat Albert”, Kraków 1946.
„Módlmy się ze świętym Bratem Albertem”, Kraków 1990.



Jerzy Adam Marszałkowicz jest założycielem wrocławskiego Towarzystwa Pomocy im. Adama Chmielowskiego, obecnie jest zastępcą kierownika Schroniska św. Brata Alberta we Wrocławiu. W 1995 roku otrzymał przyznawany przez „TP” Medal św. Jerzego. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl