O Stefanie Pappie i dawnym „Tygodniku”


„...pamięć o nich idzie w zapomnienie”

Bronisław Mamoń



W niepełne dwa miesiące po wystawie Stefana Pappa w Muzeum Historycznym m. Krakowa, na której prezentowano jego rysunki satyryczne, dokumentacje i akcje (pisałem o tym w „Notatkach”, „TP”
nr 15/2002), otwarto drugą – w Arsenale (Muzeum Książąt Czartoryskich przy ul. Pijarskiej). Wystawę w Arsenale przygotował
na swoje 70. urodziny sam artysta, bez sponsoringu jakiejkolwiek instytucji czy osób prywatnych. 



Wystawa ma charakter retrospektywny. Jest podsumowaniem półwiecza. Jest spojrzeniem na tę twórczość od strony tego, co najlepsze, dojrzałe artystycznie. Od ponad 20 lat Papp jest bardziej znany i lepiej obecny w RFN niż w Polsce. W Münster prowadzi zajęcia ze studentami na Wydziale Rysunku i Architektury Fachhochschule. Dwie wystawy uprzytomniły mi ogrom jego pracy. 
Na wernisażu w Kamienicy Hippolitów mówił, że wykonał wszystko, co zamierzał, że jego dzieło jest jakby już zamknięte i mogą dojść do niego najwyżej jakieś nieistotne detale. W pierwszej chwili pomyślałem – jaki on zarozumiały, pyszny. Któż ze śmiertelników może powiedzieć o sobie, że osiągnął wszystko, co kiedyś postanowił? Ale po chwili pomyślałem, że mówi prawdę i jest szczery, a w tym wyznaniu nie ma żadnej gry ani kokieterii. Renesansowym artystą jest Stefan Papp: grafik, malarz, rzeźbiarz, redaktor graficzny, autor dwu książek (o Marianie Kruczku i z dziedziny architektury „przestrzeń”), organizator wystaw satyry, autor scenariuszy i reżyser różnych akcji i happeningów, poeta – bo i w tej dziedzinie próbował swego pióra.

*

Wydaje mi się, że wiem trochę o Stefanie; pracował bowiem w „Tygodniku Powszechnym” pełne dziesięć lat, od połowy 1958 r. do połowy 1968. Odszedł wtedy do krakowskiego oddziału Wydawnictwa Artystyczno-Graficznego na stanowisko redaktora technicznego. Nie wiem, jakie były tego odejścia powody? Niskie zarobki w „TP” czy może tęsknota za nową przygodą w innym środowisku z innymi ludźmi? 
Stefan w „Tygodniku” ilustrował Kisiela „Bez ogródek”, felietony Spodka i inne jeszcze teksty. Były to ilustracje dosłowne i metaforyczne, groteskowe i zabawne. Często przez cenzurę konfiskowane. Pamiętam, że kiedyś cały nakład „Tygodnika” został zatrzymany z powodu rysunku Pappa i trzeba było ostatnią stronę robić od nowa. A przecież nie był buntownikiem chcącym rozwalić ustrój, w którym żył. Miał wiele rozsądku, umiaru i dobrej woli. 
Stefan Papp był redaktorem graficznym „Tygodnika”, odpowiadał za estetykę pisma. Kiedy dziś przeglądam tamte numery, zgrzebne i chude, ośmio- a nawet sześciostronnicowe (rzadko liczyły 12 stron), wiem na pewno, że odznaczały się wzorowym porządkiem graficznym, że były łamane z głową, że tytuły miały piękny krój czcionki. A były to czasy, kiedy „Tygodnik” otrzymywał limitowany przydział papieru i to najgorszego gatunku. I był składany na wysłużonym, psującym się nieustannie sprzęcie. „Władza ludowa” nie rozpieszczała ludzi „Tygodnika”. Raczej utrudniała im życie, wciąż niezadowolona, wciąż z pretensjami. Byli jednak wspaniali drukarze, zecerzy, którzy cierpliwie i z uśmiechem – często przez całą noc – składali od nowa pokaleczone przez cenzurę teksty. 
Stefan Papp, taki, jakiego zapamiętałem we współpracy, był bardzo pracowity, miał zawsze własne zdanie, bronił go do upadłego, a w chwilach największego napięcia krzyczał, rzucał różnymi przedmiotami, szybko jednak się uspokajał. Czasem nawet ustępował. Był kolegą bardzo lojalnym. We krwi miał etykę solidarności z tymi, z którymi tworzył pismo. Kiedy w lipcu 1968 roku odszedł z „Tygodnika”, wprowadził na swoje miejsce Eugeniusza Olszaka, którego sposób bycia był całkowicie inny. Olszak był spokojny, koncyliacyjny, cierpliwy. Wykazywał wiele dobrej woli wobec redaktorów-bałaganiarzy, do których i ja należałem. Zmarł po długiej i ciężkiej chorobie w 1986 roku, w 56 roku życia.

*

Stefan przyszedł do „Tygodnika” w niecałe dwa lata po przełomie październikowym. Pierwszy felieton Kisiela, który zilustrował, nosił datę 17 sierpnia 1958. Poprzednie felietony w tym roku ilustrowali: Tadeusz Brzozowski (nr 1), Adam Macedoński (nr 5), Kazimierz Wiśniak (nr 11), Henryk Świątek (nr 30), Stefan Szlachtycz (nr 32); w 1958 był także rysunek Andrzeja Stopki (nr 8). Z „Tygodnikiem” współpracowało wielu wtedy wybitnych artystów: Jacek Gaj, Maria Hiszpańska-Neumann, Andrzej Majewski, Andrzej Łepkowski, Teresa Stankiewicz, Jerzy Skąpski, a w latach późniejszych doszli jeszcze Jerzy Nowosielski, Jerzy Panek, Teresa Rudowicz, Leszek Sobocki, Stanisław Rodziński, Hanka Szczypińska (której pasją była architektura sakralna XX wieku).
Dziś wydaje się wprost niewiarygodne, że przy tak małej ilości szpalt było w „Tygodniku” miejsce na wszystko, na esej religijny, artykuł polityczny, reportaż, recenzję książkową. Przez wiele lat znakomite recenzje plastyczne pisała Helena Blumówna, kustosz Muzeum Narodowego w Krakowie. Wspomagali ją Patryk (Zbigniew Herbert) i Jacek Woźniakowski. Świetne recenzje teatralne z Warszawy i z prowincji pisała Leonia Jabłonkówna, reżyser teatralny i krytyk, polecona przez Antoniego Gołubiewa. Nie gorzej było w eseistyce i krytyce literackiej; pisały o książkach takie tuzy jak: Zofia Starowieyska-Morstinowa, Hanna Malewska, Anna Morawska, Antoni Gołubiew, Jerzy Zawieyski, Zygmunt Kubiak, Jan Józef Szczepański, którego autorstwa były także cotygodniowe felietony filmowe. Omówienia filmów wchodzących na ekrany zajmowały połowę szpalty (czasem nawet mniej!), ale jakież to były recenzje, jak kompetentne, jak wspaniałe w ocenach i jak świetnie napisane! 
Było miejsce na poezję, prozę, esej. Warto przytoczyć trochę nazwisk, które przewinęły się przez pismo w roku 1957: Andrzejewski, Baczyński, Białoszewski, Gajcy, Gałczyński, Miłosz („Campo di Fiori”), Wierzyński, Świrszczyńska. ks. Twardowski, Malewska, Morstin-Górska, Gołubiew, Herbert, Jawień (Karol Wojtyła), Iłłakowiczówna, Lem, Tadeusz Nowakowski, Vincenz, Wittlin, Wańkowicz, Tyrmand, Bruno Schulz, J.J. Szczepański, Bolesław Miciński, Jan Józef Lipski, Jacek Bocheński. Z obcych: m. in. Böll, Camus, Czechow, Cazin, Eliot. Dziś o tym nikt nie pamięta lub nie chce pamiętać, uważając, że „TP” tak naprawdę zaczął się dopiero po roku 1989, a przedtem była jedynie jego namiastka.
Od lutego 1963 do października 1965 Wiesław Paweł Szymański przeprowadził dla „Tygodnika Powszechnego” 35 rozmów z czołówką polskich pisarzy, choć zabrakło kilku ważnych nazwisk: Wisławy Szymborskiej, Zbigniewa Herberta, Mirona Białoszewskiego. Nie funkcjonowały wtedy jeszcze magnetofony. Tekst wywiadów konstruowało się na podstawie notatek zapisywanych podczas rozmów. Kiedy zapytałem autora „Rozmów z pisarzami”, dlaczego pominął troje tak wielkich twórców, powiedział mi, że spotkanie z Herbertem i Białoszewskim mu nie wyszło, że za mało zanotował, że później nie mógł tego odtworzyć. Parę osób (w tym prof. Henryk Markiewicz) na rozmowę dla „Tygodnika” nie wyraziło zgody.

*

Z okazji wystawy Stefana Pappa w Arsenale powróciłem na chwilę w tamte odległe czasy. Nie przypuszczałem, że roczniki „Tygodnika Powszechnego”, które przekartkowałem (przy pomocy moich koleżanek redakcyjnych: Kasi Morstinowej, Teresy Skoczyńskiej i Anny Matei), tak mnie poruszą. Po Październiku 56 wiele dobrych rzeczy można było robić, choć były okresy bardzo mroczne, zwłaszcza schyłek Gomułki. „Tygodnik” miał w tym czasie wspaniałych, rozumiejących go czytelników, którzy umieli czytać teksty, domyślać się w nich tego, co schowane między wierszami. Dopowiadali sobie to, czego redakcja nie mogła powiedzieć z powodu działań cenzury. Gdybyśmy wtedy zwrócili się do nich o pomoc finansową, bez zastanowienia by nam ją dali, bo nam ufali, bo w nas wierzyli.
Druga faza „Tygodnika” po Październiku była bardziej wyczulona na problematykę religijną, na przekazywanie wiedzy o Kościele. Był to okres wielkich przemian w Kościele i wielkich nadziei. Także zamętu, który II Sobór Watykański, zwołany przez dobrego papieża Jana XXIII, wywołał w ludzkich głowach. Sprawozdania z obrad Soboru przekazywane przez Jerzego Turowicza były prawdziwymi hitami, od nich rozpoczynało się czytanie numeru. Wydarzeniem w „Tygodniku” były wywiady z polskimi biskupami. Przeprowadzał je Jacek Susuł. Na podstawie notatek z rozmów pisał piękne teksty o Kościele lokalnym, o jego małych i dużych kłopotach. Szkoda, że tych rozmów nie ogłoszono w wersji książkowej. W pełni na nią zasługiwały. Były wiarygodnym dokumentem polskiej religijności i kondycji polskiego Kościoła.
Problemy społeczne poznawaliśmy z prac nadsyłanych na konkursy, których w latach 60. i 70. było w „TP” kilka: „Moi rodzice”, „Nas dwoje”, „7 dni życia”, „Jestem ojcem, jestem matką”, „Dlaczego wierzę, wątpię, odchodzę?”. Plon każdego konkursu był zawsze bardzo obfity. Pocztą przychodziły do redakcji setki wypowiedzi; często pasjonujące i na ogół dobrze napisane. Z tych materiałów powstawały grube książki, rozchwytywane przez czytelników. Wydawał je Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, którego mądrym sternikiem był Jacek Woźniakowski. Konkursy organizował najczęściej Marek Skwarnicki, czasem Józefa Hennelowa, także Stefan Wilkanowicz. Marek Skwarnicki był jednym z najbardziej aktywnych literatów i redaktorów. Pisał wiersze, opowiadania, reportaże, dramaty, pieśni kościelne, tłumaczył psalmy. Ziuta Hennelowa, wrażliwa aż do bólu na krzywdę ludzką, protestowała przeciw niej w swoich licznych publikacjach. W każdym niemal numerze „TP” czytelnik mógł znaleźć świetny tekst Tadeusza Żychiewicza; jego cykle: „Listy do ojca Malachiasza”, rozważania o Starym i Nowym Testamencie, sylwetki polskich świętych należały do ulubionych lektur czytelników.

*

Stefan Papp, kiedy z nami pracował (najbliższy kontakt miał z sekretarzem redakcji Jurkiem Kołątajem), zarażał nas społecznikowską pasją, entuzjazmem, „naiwnym optymizmem”, wiarą, że wszyscy ludzie są dobrzy. Niepokoił pytaniami, pomysłami, wobec których byliśmy bezradni. Był trochę zwariowany, jak każdy prawdziwy artysta. Wprowadzał nas do pracowni świeżo odkrywanych plastyków (Kruczka, Hasiora), uczył spojrzenia na sztukę. Malował nasze twarze na licznych portretach (każdy portret w innej kolorystyce). Jesteśmy na nich młodzi i piękni. I może dlatego przywiązaliśmy się do nich. Pozostają wciąż w naszych domach. 
Na wystawie w Arsenale autor pokazał trzy portrety z dużej serii, wśród nich wizerunek Jerzego Zawieyskiego. Dlaczego pozostał u Stefana, zamiast trafić do właściwego adresata? Przypuszczam (to wyłącznie domysł!), że nie podobał się modelowi, który miał naturę trochę narcystyczną. Wszystko, co odchodziło od realizmu, było dla niego nie do przyjęcia. Zawieyski na portrecie ma odrobinę zdeformowaną twarz i zielone włosy. Z pewnością zaakceptowałby „portret ulizany”, posługując się pojęciami Witkacego, ale nie portret „udziwniony”, którym go Papp obdarował.
W latach 70. i 80. Papp organizował różne akcje i happeningi (była na nie moda) – w krakowskim Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką”, w mieszkaniach prywatnych, w plenerze, na placach i ulicach polskich miast. Do głośnych należała akcja „Drzewa umierają publicznie” w Zielonej Górze w roku 1975, zorganizowana przy pomocy stu uczniów z miejscowych szkół. W całym mieście na drzewach rozlepiono tysiąc plakatów autorstwa Stefana. Plakat miał formę klepsydry, w której opłakiwano Aleję Niepodległości, bezmyślnie zalaną betonem: „Zawiadamiam o tragicznej śmierci Drzewa zasłużonego dla zdrowia i urody miasta, niezastąpionego Przyjaciela człowieka, które po długiej chorobie, nie otrzymawszy żadnej pomocy zginęło na oczach przechodniów, zatrute spalinami i pyłami, zabetonowane na śmierć.” I podpis: „Pogrążona w głębokim smutku Aleja Niepodległości”. Była to epoka rodzącej się świadomości ekologicznej i protestów przeciwko barbarzyństwu człowieka. Władze miejskie Zielonej Góry przestraszyły się tej akcji. Wysłały milicjantów w mundurach i chłopców w skórzanych kurtkach, którzy pozrywali wszystkie plakaty. Jerzy Urban cynicznie wyśmiał akcję w „Polityce”, pisząc, że „miasta są dla ludzi, jeśli ktoś chce mieć drzewa, niech idzie do lasu”. 
Po co to wszystko Stefan robił, jakie kierowały nim motywy, co chciał osiągnąć? Dążył do przełamania społecznej bierności i uległości obywateli wobec władzy, do odbudowania więzi międzyludzkich. Chciał pomóc ludziom, aby spojrzeli w siebie i dostrzegli siłę ducha i suwerenność wewnętrzną, o której na chwilę zapomnieli. Akcjami przełamywał wszechogarniającą apatię. Dla Stefana sztuka powinna być blisko życia, człowieka, jego problemów egzystencjalnych. 
Takie to były wtedy czasy i takie duchowe klimaty. W „czasie marnym” ludzie nie muszą być marni. Bywają odważni, wewnętrznie niepodlegli, niekiedy nawet heroiczni. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl