Grzech zaniechania

Edward N. Luttwak z Waszyngtonu



Aktywna dotąd polityka Stanów Zjednoczonych wobec krajów Ameryki Łacińskiej stała się ofiarą „wojny z terrorem” po 11 września 2001 r. oraz konfliktu na Bliskim Wschodzie, które przyciągnęły uwagę administracji prezydenta Busha.



Przez wiele tygodni amerykański prezydent George W. Bush, sekretarz stanu Colin Powell i tuziny niższych rangą urzędników zajmowały się sprawą oblężenia siedziby Jasera Arafata i patową sytuacją w betlejemskiej Bazylice Narodzenia Pańskiego. Obie sprawy dotyczyły tylko kilkudziesięciu ludzi, ich rozwiązanie znowu o niczym nie przesądziło. Ale obecność telewizyjnych kamer okazała się dostatecznym argumentem, aby przyciągnąć całą uwagę rządu USA.
W tym samym czasie, pod nieobecność reporterów telewizyjnych, większa część zachodniej półkuli – od Meksyku po Patagonię – pogrążała się coraz bardziej w kryzysie, który zagraża najważniejszym amerykańskim interesom i wartościom: od dostaw ropy naftowej (o wiele większych niż z całego Bliskiego Wschodu), po gospodarczą liberalizację, a nawet demokrację. 
Sparaliżowana przez krach finansowy gospodarka Argentyny rozpada się, firmy uciekają z kraju, a ludność wiejska produkuje już tylko na własne potrzeby. Problemy argentyńskie wywołują spore szkody także w sąsiednim Urugwaju, w ubogim Paragwaju i równie biednej Boliwii, a nawet w prosperującym Chile. Argentyńskie kłopoty nie zrujnują Brazylii, z jej miliardowymi obrotami handlowymi i 170 milionami mieszkańców, ale już osłabiają zarówno jej gospodarkę, opartą na eksporcie, jak i poparcie dla polityki wolnorynkowej, której to właśnie Argentyna była ucieleśnieniem od wczesnych lat 90. XX wieku. Nieprzypadkowo w sondażach przed wyborami prezydenckimi w Brazylii prowadzi teraz Luiz Ignacio da Silva (zwany „Lula”), od dawna przeciwnik prywatyzacji i deregulacji w gospodarce. 
Tylko w Kolumbii toczy się zaawansowana już wojna (rządu z partyzantami z FARC), ale nawet o wiele mniej gwałtowne polityczne konwulsje w Wenezueli pod rządami skorumpowanego populisty Hugo Chaveza blokują jej ekonomiczne ozdrowienie i zagrażają dostawom ropy do USA. W Boliwii, Ekwadorze i Peru wiara w wolny rynek, a nawet w demokrację jest podkopywana przez spowolnienie w gospodarce światowej i amerykańskiej. Jego konsekwencje odczuwa nawet Meksyk, mimo ekonomicznego i politycznego postępu, jaki dokonał się tam w ostatnich latach – gwałtowny spadek meksykańskiego eksportu do USA już zahamował wzrost gospodarczy i skurczył dochody budżetu, niwecząc rządowe plany pomocy najuboższym. To z kolei wyjaśniałoby nagły przypływ nielegalnych imigrantów do USA z Meksyku oraz z krajów andyjskich i Argentyny – co koliduje z troską Stanów o bezpieczeństwo na swych granicach (choć prawie wszystkie kraje Ameryki Łacińskiej są raczej przyjaciółmi, niż nienawidzącymi USA terrorystami). 
Rząd USA zareagował na te wszystkie wydarzenia spektakularnym zaniedbaniem, a przecież ich konsekwencje już są poważne i łatwo mogą stać się jeszcze groźniejsze. Po 11 września Bush nie poświęcił Ameryce Łacińskiej symbolicznej minuty swego prezydenckiego czasu, a urzędnicy administracji uczynili niewiele więcej – nawet minister skarbu znalazł powody, aby zignorować argentyńskie załamanie. Polityka USA wobec kontynentu południowoamerykańskiego dryfuje. 
Oczywiście, pojawiają się także argumenty, że problemy Ameryki Łacińskiej są natury strukturalnej i kulturowej, tak więc większa aktywność USA byłaby i tak bezużyteczna, a jakiekolwiek zwiększenie pomocy ekonomicznej jest finansowo niemożliwe i mogłoby być stosowane tylko w przypadku pomocy najbiedniejszym krajom andyjskim. Takie stanowisko pomija jednak cały psychologiczny wymiar relacji między USA a Ameryką Południową: nawet zwyczajne wizyty zwykłych podsekretarzy – a co dopiero wyższych urzędników administracji USA – podnoszą pozycję i samozaparcie tamtejszych reformatorów, są okazją do rozwiązania spraw nierozwiązanych, do rozwijania wspólnych projektów, otwarcia rynków. 
Przykład: 16 maja wygasła zawarta w 1991 r. ustawa o handlu preferencyjnym z krajami andyjskimi, mająca promować gospodarcze alternatywy wobec produkcji kokainy. Wygasła – z fatalnymi skutkami dla Boliwii, Kolumbii, Ekwadoru i Peru. A wygasła dlatego, ponieważ Senat USA – pod wpływem działań... lobby tekstylnego – wniósł zastrzeżenia co do jej odnowienia. Biały Dom mógł z łatwością poradzić sobie z tym lobby (dziś dość słabym), ale nie uczynił tego. Nie poświęcił nawet ułamka swego czasu i politycznego wpływu – tak jakby chciał udowodnić południowym sąsiadom Stanów Zjednoczonych, jak mało obchodzi ich sytuacja. 


Przełożył Mateusz Flak


Autor jest amerykańskim politologiem, doradcą w Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie, stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl