LISTY





Nie chcę być tłumem
 
W diecezji rzeszowskiej przeżywamy nawiedzenie obrazu Matki Boskiej Jasnogórskiej. Folder programowy okolicznościowych rekolekcji głosi, że „rekolekcje święte to czas łaski. W tym czasie niebo otwiera się nad parafią i zdroje łask Bożych spływają, aby umocnić wiarę, obudzić ufność, rozpalić miłość”. 
Oglądałem gorączkę przygotowań w sąsiedniej parafii. Na dwa tygodnie przed uroczystością, przez cztery kolejne dni, stał przy drodze straganiarz z dewocjonaliami i artykułami do dekoracji. Kupujących prawie nie było. Ludzie z podziwem obserwowali jego pracę: cały Boży dzień w upale, a utarg mizerny. W niedzielę ksiądz ogłosił, że nie należy kupować u straganiarza, ale w stoiskach pod kościołem, z których dochód będzie przeznaczony na Radio Via. Straganiarza usunęła straż miejska. Czy tak budzi się ufność i rozpala miłość?
Brygadzista moich robotników zapytał mnie, dlaczego nie interweniuję, gdy przejeżdżam koło budowy, gdzie „pracują na lewo”, robiąc nam konkurencję i łamiąc prawo? Odpowiedziałem, że każdy ma prawo do życia i nie mnie go osądzać. Prawdopodobnie ten człowiek ma dzieci i jego „racją stanu” jest je nakarmić.
Wróciłem do domu. Córka kupiła trzy miotły brzozowe. Zapytałem czy do dekoracji, bo do czego niby miałyby być nam potrzebne? Odpowiedziała, że dziadek miotłami objuczył rower jak wielbłąda i prosząco namawiał do kupna. Po prostu chciała mu dać zarobić.
W naszej parafii, na dwa tygodnie przed nawiedzeniem obrazu, kilku straganiarzy okupowało ruchliwe punkty. Główne dekoracje w kościele wykonała jednak firma. O porządek zadbał zakład oczyszczania. Programy rekolekcji do domów przynieśli listonosze. Parafianie udekorowali domy i tłumnie wzięli udział w uroczystościach. Firmy zrobią wszystko, często od sztancy, ale profesjonalnie. Wystarczy, żeby zapłacić im kładąc datki na tacę. A mnie tęskno do spontaniczności, gdy ołtarz przystrajali mieszkańcy wyznaczonych ulic. 
Śpiew też jest profesjonalny: organista gra i śpiewa, wierni pomrukują. Modlitwę wiernych czyta lektor. Im więcej profesjonalizmu, tym bardziej staję się kibicem. Czy w ten sposób buduje się wspólnotę wiernych? Coraz wyraźniej rysuje się podział na hierarchię i tłum, a ja nie chcę być tłumem. W takich sytuacjach sięgam do Ewangelii Mateusza (Mt 6, 6): „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu”.


BRONISŁAW GARUS
(Kolbuszowa, woj. podkarpackie)




Wątpliwości noc

Kiedy mój syn przygotowywał się do I Komunii Świętej, otrzymał katechizm-ściągawkę z pytaniami i odpowiedziami. Pierwsze pytanie brzmiało: „Kto to jest Pan Bóg?” Odpowiedź: „Pan Bóg jest Duchem Doskonałym, Stworzycielem nieba i ziemi”. Syn przyswoił sobie materiał i po latach, gdy pytam go, odpowiada tak samo. Dla mnie owo pytanie staje się coraz bardziej skomplikowane... Mało tego, powtarzając za Czesławem Miłoszem, „Ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę” („Traktat teologiczny” 22, 2).
Stanu „ciemności duszy” doświadczyłem ponad 20 lat temu. Uczestniczyłem w Mszy św. dla inteligencji katolickiej, którą odprawiali: profesor-teolog, profesor-moralista i profesor-biblista. Podczas modlitwy wiernych do świątyni weszła stara kobieta w łachmanach i wolnym krokiem przeszła mały kościół. Uklękła, głośno wołając: „Dajcie mi opłatka!” Po dłuższej chwili dwóch mężczyzn wyprowadziło ją, zamykając główne drzwi. Celebransi dokonali ofiary, odprawili Mszę... Dla mnie zaczęła się noc duszy – „Natrafił na trudności / z powodu swoich współwyznawców” (op. cit. 2, 3 i 4). Dopiero po latach odzyskałem równowagę.


JACEK OSTROWSKI
(Bolesławiec, woj. dolnośląskie)




Uniwersytet mistrzów

Jestem starszą, schorowaną kobietą, idącą drogą nawrócenia 14 lat. Nieustannie poszukuję autorytetów. Inicjatywa opisana w wywiadzie z Jarosławem Gowinem i Januszem Poniewierskim o Uniwersytecie Latającym Znaku (dodatek „Dni Tischnerowskie” w „TP” nr 21/2002) wyznacza kierunek samodzielnego myślenia, szukania w sobie niewykorzystanych możliwości, które prowadzą do rozwoju istoty człowieczeństwa. Uniwersytet buduje fundament na znanych autorytetach, pomagających odnaleźć drogę każdemu, kto chce wejść na drogę prawdy. Mnie do samodzielnego myślenia prowadzi wiara w działanie Ducha Świętego, bez której nie weszłabym w świat obiektywny. To jest moje świadectwo żywej głębokiej wiary w życiu codziennym, a tak niezwykłym. Pilnie będę śledzić działania ludzi prowadzących Uniwersytet i brać, choć sercem, w nich udział.
Na marginesie: kupuję tylko „TP” – pismo odpowiadające na moją ciekawość życia, otwarte okno na świat. Dziękuję Wam za trudy odważnego słowa i nie omijanie trudnych tematów. Życzę dalszego rozwoju i nowych czytelników.


MARIA ze Szczecina






Bez pretensji

Jestem pełen podziwu dla celności ocen i trzeźwości poglądów panów Janusza Jasińskiego i Gerharda Gnaucka w sprawie budowy „Centrum przeciw Wypędzeniom” („TP” nr 22/2002). Nie żywię złych uczuć do jakiegokolwiek Niemca, mimo krzywd doznanych ze strony hitlerowców przez moją rodzinę. Mam wśród nich wielu przyjaciół. Wielokrotnie poruszaliśmy tematy związane z ostatnią wojną i nie doprowadzało to do nieporozumień między nami. Traktowaliśmy te niełatwe przeżycia jako część historii, a nie pożywkę dla pretensji czy resentymentów. Również większość przyjaciół wypędzonych z ojcowizn na Kresach tak samo podchodzi do swoich przeżyć i obecnych mieszkańców swoich dawnych domów na Ukrainie.
Gdy wybuchła wojna, miałem 7 lat, mieszkałem w Poznaniu. Po powrocie z ucieczki przed frontem niemieckim w 1939 r., któregoś dnia moja rodzina znalazła na drzwiach mieszkania kartkę z zawiadomieniem, że mój ojciec ma zgłosić się sofort do komendy Gestapo. W trosce o jego bezpieczeństwo zdecydowaliśmy się, bez żadnych rzeczy, uciekać dalej. Licznych naszych znajomych i krewnych wyrzucano wówczas z mieszkań, wywożono nocami do Generalnej Guberni, pozwalając zabrać jedynie to, co zdołali unieść. Czy to nie były wypędzenia? Czekali nocami z zapakowanymi tobołkami, obawiając się policji, która mogła albo ich wyrzucić, albo nakazać przeprowadzenie się do gorszego mieszkania czy do obozu przejściowego i dalej do GG. Gdy w 1945 r. wróciliśmy do Poznania, zastaliśmy opuszczone, na pewno nie dobrowolnie, nasze mieszkanie, w którym w czasie wojny mieszkał Baltendeutsch – inż. Werner Hornung (nazwisko i tytuł znane mi są z nadruków na olbrzymich skrzyniach, w jakich przywoził do Poznania z Łotwy dobra, których później nie zdołał zabrać w czasie ewakuacji). Nie my go wypędzaliśmy! Uciekał przed wojskami sowieckimi. Może zmusiła go policja hitlerowska, może ze strachu. O przymuszaniu przez Parteileiterów czy policjantów do ucieczki wiem od Niemców zmuszanych do takiego „ewakuowania się” zimą 1944/45.


ZDZISŁAW J. PIZIO
(lekarz medycyny, Opole)






Upomnijmy się o nich

Jeszcze niedawno nie można było wymawiać nazwy Katyń, aby nie narazić się bratniemu Związkowi Radzieckiemu. Po przemianach na przełomie lat 80. i 90. były ZSRR zrozumiał jednak naszą chęć poznania prawdy i zgodził się na otwarcie cmentarzy-pomników w Katyniu oraz innych miejscowościach, gdzie NKWD mordowało wziętych do niewoli polskich oficerów. Do zmiany przyczyniły się starania najbliższych, noszących ból w sercu.
Głośno mówi się o Akcji „Wisła”, podczas której w 1947 r. przesiedlono blisko 150 tys. obywateli polskich narodowości ukraińskiej. Nie można pochwalać tego czynu. Stworzono jednak tym ludziom warunki, w których mogli żyć i upominać się o prawa. Nazwa Wołyń, jak do tej pory, wymawiana jest ostrożnie z obawy przed urażeniem uczuć Ukraińców. W efekcie, znaczna część społeczeństwa polskiego i ukraińskiego urodzona po wojnie nie wie, że na Wołyniu w latach 1942-43 z rąk nacjonalistów ukraińskich zginęło 80–100 tys. Polaków. Prawie 4 razy więcej niż w Katyniu. Musimy pamiętać o Ukraińcach, którzy starali się ostrzegać Polaków, ukrywać ich, ale, niestety, nie było ich wielu.
O tych ludzi nie miał się kto upomnieć. Ocaleni uciekli do Polski centralnej albo przesiedlono ich po wojnie, rozpraszając po całym kraju. Byli to prości ludzie: zagubieni i przestraszeni. Nie byli w stanie upomnieć się o chociaż symboliczne zadośćuczynienie za swoje krzywdy, tym bardziej, że klimat polityczny w kraju nie sprzyjał takim poczynaniom. Chyba nadszedł już czas spłaty długu zapomnienia zarówno wobec zamordowanych, jak ocalonych. Rozwiązaniem byłoby wybudowanie przez społeczeństwo skromnego pomnika np. w Lublinie, na którym podanoby liczbę pomordowanych i wykaz miejscowości, gdzie dokonano tych czynów. Pojednanie polsko-ukraińskie wymaga ujawnienia zarówno dobrych, jak złych czynów, których dopuściły się oba narody.


PIOTR SUWAŁA
(Pruszków)






Co na to minister?

Argumenty dziekana Rady Adwokackiej w Krakowie – Lecha Ławrowskiego (list w „TP” nr 22/2002) przypominają mi Tischnerowski podział prawdy na trzy kategorie. Chciałbym odnieść się do niektórych argumentów z tego listu. Ubawiła mnie obrona przed posądzeniem o nepotyzm: „Na 103 aplikantów (...) 70 proc. nie ma związków ze środowiskiem adwokackim”. Autor listu miał prawdopodobnie na myśli synów lub córki, a ilu jest dalszych krewnych, znajomych i innych osób „powiązanych”? Czy podany procent oznacza, że aż 30 proc. kandydatów ma związek ze środowiskiem adwokackim?
Dyskusja o nepotyzmie okazałaby się bezprzedmiotowa, gdyby mecenas Ławrowski odniósł się do sedna artykułu Michała Kłaczyńskiego zawartego w cytacie: „W Polsce jest dziś tylu adwokatów, ilu w jednym dużym mieście w Niemczech (...). Nie jest to tylko problem tysięcy młodych prawników (...). To także problem społeczny: dostęp do wymiaru sprawiedliwości staje się iluzoryczny bez fachowej i powszechnej pomocy prawnej”. Ale na ten temat nie znalazłem w liście „Niesprawiedliwe osądy” ani słowa. Po prostu pilnujemy swojej kasy – nieprawdaż? Jestem ciekawy dalszego ciągu tej sprawy. Co powiedzą na opisaną sytuację: minister sprawiedliwości, Rzecznik Praw Obywatelskich i inne wysokie instancje?


WOJCIECH KAPTURKIEWICZ
(Kraków)





Kto jeździł Roverem...

Brytyjska firma motoryzacyjna Rover, jak informuje Ministerstwo Gospodarki, chce zainwestować w Daewoo-FSO. Dlaczego ministerstwo ignoruje fakt, że sytuacja firmy jest niezbyt klarowna, a jak przyznaje przedstawiciel Rovera, przemysł samochodowy jest dziedziną wymagającą miliardowych inwestycji? 
Kilka lat temu borykającą się z trudnościami finansowymi firmę Rover przejęła japońska Honda, która chciała w ten sposób zbudować swój przyczółek w Europie. Po paru latach okazało się, że Rover nie spełnia oczekiwań Japończyków i firmę przejęło niemieckie BMW. Gdy okazało się, że sytuacja brytyjskiej firmy, mimo przeznaczenia na nią olbrzymich środków, nie poprawiła się i grozi poważnymi konsekwencjami dla inwestora, pozbyto się Rovera za symboliczną sumę, natomiast szef BMW musiał opuścić stanowisko. Dziwi mnie, że firma-kometa rynku samochodowego, której pozycji nie umocniła współpraca z Japończykami i Niemcami, pojawia się w Polsce i rzekomo chce inwestować. Jakie sumy wchodzą w grę? Przecież wyprodukowanie nowego modelu to miliardowa inwestycja... Obecna koalicja zapowiedziała, że jej rządy będą przejrzyste. Interesuje mnie, jak przedstawiały się pozostałe oferty. 
Decyzja Ministerstwa Gospodarki przypomina sławetne decyzje gospodarcze okresu gierkowskiego, np.: licencje na francuskie autobusy czy angielskie traktory. Tamte umowy pomogły co prawda firmom na Zachodzie Europy, ale czy opłaciły się polskiej gospodarce? Chciałbym się mylić, co do następstw mariażu Rover–FSO i mam nadzieję, że za dwa, trzy lata pracownicy z Żerania nie będą rejestrować się w urzędach pośrednictwa pracy.


MAREK LEWANDOWSKI 
(Hamburg, Niemcy) 








LISTY – prośba o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl