Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Winna Piwnik, winny ustrój

Andrzej Łukowski Tumor Gazowicz

Patrycja Bukalska Czechy: ani przełom, ani katastrofa


Wojciech Pięciak „Trybuna” szydzi z Jaruzelskiego


Michał Nawrocki Pasztet z orła

 

 




  
Winna Piwnik, winny ustrój

Odwołanie przez minister Piwnik zasłużonego w walce z przestępczością szefa
łódzkiej Prokuratury Apelacyjnej wywołało oburzenie. Pewnie słuszne – jeśli prawdziwe są doniesienia o powiązaniach łódzkich przestępców z SLD.
Tyle że winni są też wszyscy ci politycy, którzy nie reagowali na postulat zlikwidowania jednego z największych skandali ustrojowych III RP – bo tak określić trzeba połączenie politycznej funkcji ministra sprawiedliwości z urzędem Prokuratora Generalnego. Tak się składa, że układ taki, choć morderczy dla wymiaru sprawiedliwości, zawsze odpowiadał tym, którzy akurat byli u steru: i ZChN, i UW, i AWS, i SLD. Wszystkie te partie mogły przeforsować stworzenie niezależnej prokuratury. Szansy nie wykorzystała żadna.


Krzysztof Burnetko








Tumor Gazowicz


Jedno jest pewne: gazrurka jest dziś najważniejszym narzędziem uprawiania polityki na styku Rosji i Europy. Reszta nie jest tak pewna: oplątani kłębowiskiem istniejących, budowanych oraz planowanych gazociągów politycy tracą rachubę, ile gazu płynie, ile powinno płynąć, a ile popłynie ze wschodu na zachód.
W kłopocie są zarówno dawcy, jak biorcy. Rosja chce gaz sprzedać, Europa chce kupić. W czym zatem problem? Otóż rosyjski dostawca gazu – koncern Gazprom – „robi bokami” i ma kłopoty z wywiązaniem się z licznych kontraktów (a gaz jest jednym z głównych dostarczycieli pieniędzy do rosyjskiego budżetu). Przez ostatnie lata nie uruchomił bowiem nowych złóż – tymczasem obecnie eksploatowane leżą daleko na północy (a więc są drogie), zresztą według ekspertów wkrótce się skończą. A pieniędzy na konieczne inwestycje zwyczajnie nie ma.
Mimo to Moskwa przedstawia coraz to nowe projekty tras przesyłu błękitnego surowca – nie tylko do Europy Zachodniej, ale także Południowej. A to w chwili propagandowych uniesień zapomina o tradycyjnym partnerze tranzytowym – Ukrainie i flirtuje z Polską (obiecując nowe rurociągi, łączniki między istniejącymi trasami i możliwość renegocjacji niekorzystnych kontraktów – tu akurat warto przypomnieć, że Ukraina zachowywała wtedy pełny spokój). To znowu przypomina sobie o Ukrainie, a zapomina o obietnicach złożonych na najwyższym szczeblu Warszawie. Ostatnim osiągnięciem w tym tangu jest podpisanie 9 czerwca przez prezydentów Rosji i Ukrainy oświadczenia o wspólnym konsorcjum do spraw zarządzania systemem ukraińskim gazociągów tranzytowych (projekt sponsorować mają Niemcy). Trudno orzec, czy to tylko kolejny paroksyzm w walce o jak najkorzystniejsze warunki przesyłu gazu do spragnionej go Europy, czy wielki krok na drodze do przejęcia przez Rosję kurateli nad ukraińskimi gazociągami.
Pewne jest jeszcze jedno: nad zabiegami kolejnych polskich delegacji o zmniejszenie określonych w kontrakcie z 1996 roku kwot dostaw gazu, Rosjanie wzruszają ramionami. Z formuły „bierz lub płać” dziś interesuje ich wyłącznie druga część.


Andrzej Łukowski








Czechy: ani przełom, ani katastrofa

Václav Havel już parę lat temu zauważył, że polityka w krajach Europy Środkowej zamienia się w cyniczną „technologię władzy”, sprowadzoną do partyjno-gabinetowych manewrów, niezrozumiałych dla społeczeństwa. Zakończone właśnie wybory do niższej izby czeskiego parlamentu potwierdzają tę diagnozę. Podczas kampanii wszystkie partie obiecywały nowy początek. Lecz kiedy ogłoszono nieoficjalne wyniki, stało się jasne, że niezależnie od tego, z jakiej układanki wyłoni się nowy gabinet, nic się właściwie w kraju nie zmieni.
Wybory, jak przed czterema laty, wygrali socjaldemokraci z 30 proc. poparciem. Druga jest prawicowa Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS) byłego premiera Václava Klausa (24,5 proc.). Trzecie miejsce zajęli komuniści (18,5 proc.). Czwarte – niespodziewanie – centroprawicowa Koalicja (niewiele ponad 14 proc.) – i to jej słaby wynik ma decydujące znaczenie dla przyszłego rządu. 
Przez ostatnie lata rządził mniejszościowy gabinet socjaldemokratów, wspierany przez teoretycznie opozycyjną ODS. Ten dziwny układ krytykowano jako oparty właśnie na „technologii władzy”. Niechętny był mu m.in. przewodniczący od roku socjaldemokratom Vladimir Szpidla. Zapowiadał, że konsultacje w sprawie nowego rządu rozpocznie od Koalicji. Wynik wyborów pokazuje jednak, że taki sojusz może liczyć tylko na 101 mandatów w 200-osobowej izbie. To za mało, by spokojnie rządzić. Mimo więc że Szpidla i Klaus się nie lubią, na aktualności zyskuje Wielka Koalicja, czyli sojusz socjaldemokratów i ODS. Mniej prawdopodobne – choć nie do wykluczenia – jest wciągnięcie do gry dotąd izolowanych komunistów.
Cokolwiek się stanie, nie będzie przełomu. Ani katastrofy. Eurosceptycyzm Klausa nie zablokuje czeskich starań o wejście do Unii. Napięcia w stosunkach z Niemcami i Austrią (o powojenne wypędzenia czy elektrownię w Temelinie) będą wracać, ale nie nastąpi ich eskalacja. Piwo będzie drożeć powoli, a Pragę nadal będą odwiedzać miliony turystów. A w styczniu Václav Havel spakuje walizki i wyjedzie do domu w Portugalii pisać książkę (jak deklarował, „coś między Bukowskim a Kissingerem”). Na Hradzie zastąpi go pewnie wróg nr 1 Václav Klaus lub wróg nr 2 Milosz Zeman. Nikt już ludziom nie będzie zawracał głowy opowieściami o moralności w polityce. I w tym sensie jedna z popularnych w Czechach obietnic wyborczych zostanie spełniona: w kraju zapanuje spokój. 


Patrycja Bukalska

 








„Trybuna” szydzi z Jaruzelskiego

Instytut Pamięci Narodowej zorganizował spotkanie opozycjonistów lat 70. Przyszli ludzie dziś skłóceni, którzy wówczas wspólnie, przy obojętności większości społeczeństwa, wystąpili o sprawy tak teraz oczywiste, jak wolność i godność człowieka. Chodzi nie o kombatanctwo – tłumaczył historyk Jerzy Eisler – ale o zebranie dokumentacji, by za 20 lat nie pisano o opozycji tylko na podstawie esbeckich „teczek”. Poza tym „tym wszystkim ludziom należy się proste słowo: »dziękuję«”.
Spotkanie odnotował Marek Barański, wicenaczelny „Trybuny” (w latach 80. symbol PRL-owskiej propagandy, który mówił o sobie: „Mnie nie trzeba było werbować. W sensie politycznym i propagandowym z MSW współpracowałem jawnie i z przekonaniem”). Barański szydzi: „Jakie to były piękne czasy, te lata 70. i 80... Powszechnie znany profesor-opozycjonista przechodził odważnie z Piwnej na Piwną – do powszechnie znanego opozycjonisty-literata. Na Dziennik [TV] i poważną dyskusję: co dalej. Podziemie było miłe – z herbatą, ciasteczkami, po sąsiedzku. Co ich podkusiło, żeby to zmieniać? Cały świat się nimi interesował, co powiedzieli, to święte, co napisali, to dzieło. Dziś, żeby mogli zaistnieć, choćby w jednej gazecie, muszą jak protezą podpierać się dawno zapomnianym szlagwortem: »Co nam zostało z tych lat?«”. Barański pyta dawnych wrogów: „Co wam zostało z tych lat?”. I odpowiada: „To, co zwykle mężczyźnie z przeszłością i kobiecie po przejściach”.
W „Krzyżakach” jest taka scena: komtur de Löwe mówi do pojmanego Juranda: „Ty psie!”. Ten odpowiada: „Nie poniżaj mnie, komturze, bo szydzisz z tych, co z ręki mojej padli”. Szydząc z dawnych przeciwników, Barański szydzi w gruncie rzeczy ze swych przyjaciół: Jaruzelskiego, Kiszczaka, Urbana i innych, których świat upadł 13 lat temu, gdy ku własnemu zaskoczeniu przegrali z mężczyznami i kobietami „po przejściach”. 


Wojciech Pięciak

 








Pasztet z orła

Polska odpadła z mundialu. Piłkarze zawiedli garstkę tych, którzy mieli nadzieję oraz wielu tych, którzy mieli złudzenia. To źle. Gorzej, że porażkę tę traktuje się niczym klęskę wrześniową. Jeszcze gorzej, że winnych ma się niemal za zdrajców, dezerterów i szpiegów w jednym. A dla takich, wiadomo, wyrok może być jeden.
Są to działania konsekwentne. Medialny wizerunek poczynań polskiej reprezentacji od początku kreowany był na zasadzie wojny „Polska – reszta świata”. Dominowała metaforyka militarno-frontowa. Do boju, Polsko. Hej, kto Polak, na bagnety. Chwała wiekuista narodowi, co takich wydał synów – jeżeli się uda. Jeżeli się nie uda, to takich synów pod mur. Pod tym samym murem można przy okazji postawić popularną piosenkarkę, której też się nie udało.
Występ polskich orłów to była sportowa kompromitacja. Występ piosenkarki stanowił artystyczny odpowiednik ich dokonań. Jednak największą kompromitacją są reakcje na jedno i drugie. Mówiąc krótko: byłoby dobrze, gdyby Polacy, którzy ośmieszyli się przy okazji sportu, nie ośmieszali się jeszcze bardziej. Trąbo nasza, wrogom grzmij. Tylko trochę ciszej. 


Michał Nawrocki

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl