Przedsiębiorcy intelektualni

MICHAŁ KOMAR

 


Czytając, że Gregor Samsa przeobraził się w karalucha zacząłem się śmiać i po latach z górą czterdziestu nadal się śmieję. Być może o to właśnie szło pisarzowi: żebym się śmiał, a jeśli nie, to trudno – sam sobie winien. Wiem, rzecz jasna, że kafkowskiemu bohaterowi nie było do śmiechu. Na odwrót, był przerażony okrucieństwem wyroku skazującego go na smętny byt robala z cienkimi nóżkami. Za to autor „Przemiany” niewątpliwie odczuwał zadowolenie i to podwójne. Nie dość, że przekształcił niewinnego człowieka w chitynowe straszydło, uśmiercił go, kazał wymieść gburowatej służącej, to jeszcze odpowiedzialność zaś za ten nieodwracalny ciąg wydarzeń przerzucił na oślepłą w okrucieństwie Opatrzność. Gregor Samsa nie ma żadnych szans, bo padł ofiarą wyroku, taki jego los. Opatrzność też nie ma żadnych szans, bo musi być okrutna i skazać Samsę, taki jej los. Franz Kafka natomiast odczuwa przyjemność wynikłą z wolnego wyboru (napiszę albo nie napiszę), i z uśmiechem przystępuje do wydzierania nóżek następnej muszce. „K. wiedział teraz dobrze, że byłoby jego obowiązkiem chwycić nóż przechodzący tak nad nim z rąk do rąk i przebić się. Ale nie zrobił tego, tylko obracał wolną jeszcze szyję i rozglądał się dookoła. Nie potrafił wytrzymać próby do samego końca i wyręczyć całkowicie władzy, odpowiedzialność za ten ostatni błąd ponosił ten, który mu odmówił tej reszty potrzebnej siły”. Ale mnie wcale nie obchodzi, dlaczego Józef K. „nie wyręczył władzy”. Obchodzi mnie natomiast to, dlaczego Józef K. nie strzelił ze łba jednemu ze swych dręczycieli, dlaczego nie kopnął drugiego w pudenda i dlaczego nie uciekł? Nie mógł? Mógł. Mógł – na co wskazują okoliczności. Gdyby podjął postanowienie, zebrał siły, a potem ze łba, kopa i w nogi... Więc mógł. Mógł, ale nie mógł. A nie mógł, ponieważ uważał, że nie można inaczej, niż nie móc. I nie jest wcale ważne, czy Kafka przedstawiał upiorny sen, czy też budował mozolną teodyceę, i że tekst ma znaczenie metaforyczne. Gdyby Józef K. użył głowy i nogi, to pewnie rzecz inaczej by się skończyła. Że jednak nie użył, to możemy przyjąć zupełnie niemetaforycznie, że Józef K., człowiek wykształcony, z ugruntowaną pozycją społeczną, został unicestwiony za własnym przyzwoleniem, a nawet i nie bez własnej satysfakcji. Założywszy, że opór nie ma sensu, odczuł na koniec zadowolenie, że założenie było trafne: a nie mówiłem! 
„Jedną z niezamierzonych przez autora funkcji, jaką pełnić może to arcydzieło literatury światowej, jest uodpornienie przyszłych pracowników rzeczywistych organizacji biurokratycznych na ich tępotę, konserwatyzm i nieunikniony brak kontaktu z codzienną rzeczywistością – pisze Stefan Kwiatkowski w książce „Przedsiębiorczość intelektualna” (Wydawnictwo Naukowe PWN). – Lektura »Procesu« może po prostu działać jak szczepionka przeciwko najbardziej złośliwej chorobie”. Konkretnie: Kwiatkowski zadał pytanie o cechy, które w ciągu ostatnich dwunastu lat jednym polskim przedsiębiorcom umożliwiały zwycięstwo na rynku, innych zaś popchnęły ku klęsce. W punkcie wyjścia autor odróżnił trzy sposoby uczenia się jednostki (przedsiębiorcy) w jego środowisku. Pierwszy polega na dostosowaniu się do otoczenia, robieniu dokładnie tego, czego wydaje się ono oczekiwać. Drugi – na wykorzystywaniu otoczenia. Trzecie – na takim stosunku do rzeczywistości, który prowadzi do przekształcenia otoczenia. Przeprowadzone badania wykazały, że zwycięzcami są przedsiębiorcy intelektualni. Nie intelektualiści, bo ci często lekceważą swe otoczenie (są z definicji mądrzejsi, nie chcą się uczyć, już wiedzą), odrzucają szanse i wyzwania (nie widzą ich lub je lekceważą), nie umieją z dystansem reagować na zmiany, przez co w końcu popadają w panikę; nie zawodowi przedsiębiorcy z doświadczeniem wyniesionym z ancien regime’u i nie słabo wykształceni przedstawiciele small businessu – zawierzający rutynie. Zwycięzcami są przedsiębiorcy intelektualni, którzy wychodząc ze świata nauki opanowali umiejętność zdobywania wiedzy o rzeczywistości i uczenia się języka tej wiedzy. „Znajomość tego języka to absolutne minimum obecności na scenie, na której toczy się gra o przyszłość – pisze Kwiatkowski. – Prawdopodobieństwo wygranej zwiększa się w miarę rozumienia, iż ani stany Natury, ani tym bardziej nasza ich znajomość, nie pozostają niezmienne. Dzisiejsze reguły gry, oparte na znajomości wczorajszych stanów rzeczy oraz towarzyszące im strategie, mogą prowadzić do jutrzejszej porażki. W dzisiejszym stechnicyzowanym świecie łatwiej jest więc zapewne funkcjonować ludziom znającym znane i zdającym sobie sprawę z tego, dlaczego i na ile jest ono ciągle nieznane”. Wracając do Józefa K. widzimy zatem, że winien był – po chwili namysłu – użyć głowy i nogi. Najpierw ze łba, potem zaś kolanem w pudenda. Istnieją bowiem sytuacje, w których działania z pozoru rutynowe, nabierają nowych treści i mogą przez to stać się czynnikiem przyszłego sukcesu. 
A że nie ma gwarancji zwycięstwa? Nikt poważny i godny zaufania ich nam nie obiecywał.

Michał Komar

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl