Stawka większa niż burmistrz

Katarzyna Kolenda-Zaleska



Choć do wyborów samorządowych jeszcze kilka miesięcy, kampania przedwyborcza nabiera rumieńców: w większych miastach już trwają wewnątrz- i międzypartyjne dyskusje nad kandydatami na prezydentów. Bo też, tak naprawdę, stawką w tych wyborach jest nie tylko władza w samorządach.



Jan Rokita z Platformy Obywatelskiej nie czekał na negocjacje w sprawie wspólnego kandydata „prawicy” i „centrum” na prezydenta Krakowa, ale zaproponował lokalnym liderom, aby koalicję utworzono wokół jego osoby. Rokita nie po raz pierwszy wychyla się przed szereg: w święto 3 Maja rozdawał na krakowskim Rynku małe biało-czerwone flagi: „Samoobrona” zawłaszczyła kolory państwowe na swoich krawatach, więc Rokita postanowił pokazać, że symbole narodowe to dobro wspólne, a nie tylko własność panów Giertycha i Leppera. Pomysł z chorągiewkami był dobry i aż się prosiło, aby w majowy poranek Donald Tusk pojawił się z podobnymi prezentami na gdańskim Długim Targu, a Andrzej Olechowski na Nowym Świecie. Ale się nie pojawili. Powód? „Rokita nie podzielił się z nami swoim znakomitym pomysłem” – mówi jeden z liderów Platformy. W słowie „znakomity” wyczuć można (także) jad. I złość.
Historia z flagami Rokity to klasyczny przykład braku koordynacji działań prawicy, gdzie tradycyjnie indywidualne ambicje przesłaniają wspólny cel. Przed wyborami samorządowymi każda partia powinna w końcu ustalić wspólną strategię, wspólne symbole i hasła, którym potem podporządkują się wszyscy kandydaci, dodając lokalną specyfikę. Gdyby Rokita podzielił się pomysłem, akcja zostałaby nagłośniona w kraju. Ale zmarnowano szansę, pewnie nie po raz ostatni. 
Przykład Rokity jest tutaj raczej normą niż odstępstwem od reguły. W kuluarach Sejmu krąży anegdota, jak to lokalny lider „Prawa i Sprawiedliwości” rozmawia o poparciu swej kandydatury na prezydenta miasta, a drugi lokalny lider tej samej partii nie ma o tym zielonego pojęcia i jest wręcz zaskoczony, bo to on ma pełnomocnictwa z Warszawy do prowadzenia takich rozmów... 
Bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów mają zachęcić obywateli do udziału w głosowaniu. Ale rozbudziły też nowe ambicje polityków. Gra toczy się nieraz o większą stawkę niż fotel prezydenta miasta. W 2005 r. w wyborach prezydenckich nie będzie już kandydata Kwaśniewskiego, zabraknie więc zdecydowanego faworyta. Dla tych, którzy marzą o Pałacu Namiestnikowskim, wybory samorządowe to także pierwsza poważna próba sił.
To dlatego Warszawa, największa i najbogatsza polska gmina, będzie areną zmagań tych, którzy po cichu marzą o przeprowadzce z Placu Bankowego, gdzie mieści się siedziba prezydenta stolicy, na Krakowskie Przedmieście, do pałacu prezydenta RP. I dlatego w Warszawie dojdzie do „bratobójczego” pojedynku Andrzeja Olechowskiego i Lecha Kaczyńskiego: ten, kto zwycięży, może stać się w 2005 r. przywódcą rozproszonej prawicy.
Udział w boju o stolicę zapowiada też Andrzej Lepper. Jego ambicji nie należy lekceważyć, jeśli spojrzeć na zwyżkujące notowania „Samoobrony”, kosztem SLD. Nie ma wątpliwości, że Lepper wystartuje także w wyborach prezydenckich 2005. Pesymiści już rozważają, z kim zmierzy się w drugiej turze.
Także SLD nie odda Warszawy bez walki, choć na razie nie ma popularnego kandydata na prezydenta miasta. Politycy Sojuszu tłumaczą, że nie szukają gwiazdy z pierwszych stron gazet, ale samorządowca-eksperta. To jednak zasłona dymna: SLD ma kłopot ze znalezieniem takiego kandydata, który stawiłby skutecznie czoło znanym nazwiskom z opozycji. Poza tym ci politycy SLD, którzy szykują się za kulisami do wyborów prezydenckich w 2005 r., obawiają się konkurencji ze strony ewentualnego lewicowego prezydenta miasta. Jeśli będzie on rządzić skutecznie, może przecież przyćmić ich popularność.
Partie wiedzą też, że wybory samorządowe to okazja, by podliczyć aktualne poparcie i zweryfikować dokonania z kampanii parlamentarnej. Politycy prawicy dostrzegają, że tracą elektorat, bo ich wyborca coraz częściej dochodzi do przekonania, iż nie da się wykorzenić prawicowej skłonności do autodestrukcji. Pierwszy sygnał, pozytywny, został wysłany: na prawicy coś się jednak łączy, nie tylko dzieli – taki ma być efekt porozumienia PO i PiS o wspólnym starcie w wyborach samorządowych. Oba ugrupowania podzielą się po połowie miejscami na listach wyborczych – ale z umowy wyłączono Warszawę... 
Do parlamentarnej „dwójki” nie dołączy pozaparlamentarna „trójka”: Krzysztof Piesiewicz (Ruch Społeczny, dawna AWS), Władysław Frasyniuk (UW) i Artur Balazs (Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe) wprawdzie odczytali wspólnie apel o jedność prawicy i centrum, oraz o odrzucenie uprzedzeń z przeszłości, ale z góry wiedzieli, że ze strony PiS i PO usłyszą „nie”. 
Gdyby chodziło tylko o polityczną kalkulację – porozumienie z politykami, którzy do końca popierali poprzedni rząd, nie jest raczej korzystne – odmowa wspólnego startu w wyborach byłaby zrozumiała. Jednak tu chodzi o personalne ambicje i zadawnione żale. Tymczasem ordynacja premiuje większe ugrupowania i nie ma nic sensowniejszego nad tworzenie dużych bloków, opartych na solidnych programach. Przykład: Frasyniuk „nie wyklucza” kandydowania na prezydenta Wrocławia. Można się spierać, czy szef partii, która walczy o byt na politycznej scenie, powinien angażować się w lokalne wybory – gdyby zwyciężył, musiałby zrezygnować z kierowania partią, bo tych ról nie sposób pogodzić. Ale rzecz w tym, że za popularnym we Wrocławiu Frasyniukiem nie staną lokalni liderzy PO. Dlaczego? Odpowiedź: „Bo panowie się nie lubią”. 
W tej sytuacji dla tych, którzy odrzucają SLD, Leppera i LPR, wybór może być trudny. Precyzyjne opisanie różnic programowych między PO, PiS, UW, SKL i RS jest niemal niemożliwe. Oczywiście, one są. Ale to, co dla polityka jest przepaścią, dla obywatela wygląda jak niuans. 
Wszyscy chcą do Unii Europejskiej? Wszyscy. Wszyscy są w opozycji? Wszyscy. Wszyscy krytykują metody Leppera? Wszyscy. W sejmowej debacie o kodeksie pracy Platforma i PiS zgodnie poparły zmiany, które w poprzedniej kadencji zgłaszała... UW. Zresztą niektórych różnic można się tylko domyślać, bo dyskusja programowa na prawicy jest w fazie szczątkowej.
Ubiegłoroczne wybory wprowadziły do życia publicznego nową jakość: „Samoobronę” i Andrzeja Leppera, szukającego poparcia nie tylko wśród niezadowolonych, ale także u tych, którym na rękę jest relatywizacja wartości życia publicznego. Jeśli ktoś bezkarnie lekceważy prawo i bez żadnych konsekwencji może obrzucać błotem otoczenie, to znaczy, że wszystkie chwyty są dozwolone. Obywatel, któremu się nie powiodło – bo jest za słabo wykształcony, za mało sprytny, albo po prostu nie miał szczęścia – może pomyśleć: „Oni nie spłacają kredytów, to i mnie się uda. A jeśli nie, pójdę do Leppera i będę krzyczeć jak on”. 
W ostatnich tygodniach lidera „Samoobrony” trudno spotkać w Sejmie. Pojawia się tylko wtedy, gdy wie, że opłaci mu się sejmowe wystąpienie; najlepiej, jeśli jest transmitowane przez telewizję. Lepper opanował sejmową retorykę. Gdy między SLD a PO i PiS toczy się merytoryczny spór np. o promocje w supermarketach, Lepper milczy i czeka. W odpowiednim momencie wchodzi na trybunę i mówi: „Przestańcie sobie wytykać, co kto źle zrobił. Wy rządzicie teraz, wyście rządzili wcześniej. Wszyscy jesteście winni”. I znika. Jedzie na zamykane targowiska i do upadających fabryk, tam czeka na niego elektorat. 
Skoro o opozycji mowa, nie sposób dziś pominąć tak lekceważonej w ostatniej kampanii parlamentarnej Ligi Polskich Rodzin. Liga buduje swą strategię na walce z integracją z Unią, na „obronie polskiej ziemi” i – specyficznie rozumianej – narodowej tożsamości. Partia bez wyraźnego przywództwa, jeśli nie liczyć
o. Tadeusza Rydzyka, ma przynajmniej jakiś program. A przede wszystkim określony – mówiąc językiem reklamy – „target”, czyli odbiorcę, „grupę docelową”. W przypadku wyborów samorządowych polityka zagraniczna wydaje się wprawdzie odległa, ale Liga, wykorzystująca lęki i patriotyczne emocje, potrafi i tutaj uczynić z Unii Europejskiej temat pierwszoplanowy. 
I tak za sprawą partyjnych strategów – zarówno tych, którzy już ostrzą sobie zęby na Pałac Prezydencki, jak i tych, którzy szukają kolejnych „odrzuconych” lub powtarzają mantrę o zagrożeniu z „Brukseli” – sprawy lokalne, niby nadrzędne w kampanii samorządowej, schodzą na dalszy plan. A kluczowy przecież dla miast i gmin problem decentralizacji finansów publicznych nie jest rozwiązany od lat, choć politycy obiecują to przy okazji każdych wyborów. I zawsze kończy się na deklaracjach, bo przecież nikt z „centrali”, która ciągle rozdziela samorządom dotacje, nie odda tych pieniędzy w „nie wiadomo czyje ręce”. 
Może więc wybory te przynajmniej nakreślą – lub potwierdzą – polityczną mapę kraju. 
A mieszkańcy wybiorą na radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów ludzi faktycznie przejętych ideą samorządności.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl